piątek, 28 lutego 2014

Aktualizacja włosów – luty. Jakie efekty przyniósł rok włosomaniactwa?

To dla mnie ważna aktualizacja – Włosowelove skończyło niedawno pół roku i mogę Wam się pochwalić efektami, jakie wypracowałam na swoich włosach w czasie prowadzenia bloga. Wciąż mam problemy ze skalpem, choć jest i tak o wiele lepiej niż rok temu, za to pielęgnację długości mam obcykaną. ;)


Zdjęcie dzisiejsze, włosy rozpuszczone z koczka ślimaka, nierozczesane. Jest nieźle. :)

Pół roku temu - sierpień 2013. Zdjęcie zrobiłam tuż przed naskrobaniem pierwszego posta. :)

I jeszcze dla spotęgowania efektu - zdjęcie sprzed roku: marzec 2013.

Jak już się niektórym z Was żaliłam, przednówek to najgorsza dla mnie pora roku. Jestem osłabiona, zmęczona, cera pryszczata jak za czasów nastoletnich, włosy wypadają. Próbowałam się uchronić przed tymi dolegliwościami za pomocą suplementu l'Biotica, ale nie brałam go regularnie (i niezbyt wierzę w takie suplementy). Nie pomogła mi też wcierka z soku z rzepy, o której szerzej pisałam tutaj – podrażniła skalp i przyspieszyła przetłuszczanie się skóry głowy.

W tym miesiącu nie farbowałam włosów. Chcę je trochę rozjaśnić po zimie – zajmę się tym w marcu, a pofarbuję je,kiedy będę już zadowolona z efektów. Na razie koję podrażnienia.

Czego używałam:

Szampony:DIY z rokitnikiem i białą glinką, Love2mix żółtko i pszenica, mydło północne „detox” Natura Siberica (recenzja).

Odżywki: Balsam tybetański Planeta Organica (szykuje się nowa miłość), Isana profesjonalna olejowa, balsam Venita, Nivea Long Repair, Calmar arganowa (recenzja), Biovax do włosów suchych i zniszczonych (tylko saszetka, ale zakochałam się!).

Oleje: Oilmedica (kilka razy, recenzja tutaj), Khadi Trifla, na długość olej arganowy. 40 ml buteleczka oleju arganowego wystarczyła mi na 4 miesiące! Używałam codziennie rano i wieczorem do twarzy, i kilka razy w tygodniu do olejowania włosów na długości.

Inne: wcierka z rzepy, kuracja arganowa Marion do zabezpieczania końcówek, mydełko Sesa, Godrej Shikakai Soap, szałwiowe Tuli.

W lutym miałam używać mydełek do włosów przy każdym myciu, i używałam przez pierwsze dwa tygodnie. Jednak nawet Sesa zostawiała na moich włosach tyle osadu, że zamiast myć włosy raz, musiałam to robić trzy razy. A cienkie i delikatne włosy bardzo tego nie lubią. Godrej i Tuli dawały jeszcze gorsze rezultaty. Dałam sobie spokój.

Dziękikuracji sokiem z rzepy mój miesięczny przyrost wyniósł 2 cm – pasmo kontrolne mierzy teraz 31,5 cm. Biorę także udział w akcji „Nakręćmy się na wiosnę”, czyli spontanicznym kręceniu włosów bez użycia ciepła. Szczegóły u Ewy (pod powyższym linkiem). Polecam Waszej uwadze również projekt Makapaki - „Czeszemy się”, choć sama nie dam rady w nim uczestniczyć.

I jeszcze dla tych, co to nie wierzą, że mam cienkie włosy – kucyk. A raczej kucyczek. :D (Obwód u nasady 7 cm, jeśli ktoś jest ciekaw. Ja byłam). Na zdjęciu widać też zakola oraz fakt, że sobie pomalutku zarastają.;)

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę Wam pięknego weekendu!

poniedziałek, 24 lutego 2014

Oko traszki, beknięcie żaby, sok z czarnej rzepy. Jak domowa wcierka wpłynęła na mój skalp?

No dobra, dwa pierwsze składniki były tylko po to, aby przykuć Waszą uwagę. Naprawdę w lutym wcierałam w skalp sok z czarnej rzepy zakonserwowany wodą brzozową.

Liczyłam na przyspieszenie porostu, ograniczenie wypadania (przednówek to okropna pora dla mojej skóry, paznokci i włosów) i ograniczenie przetłuszczania. Dzięki postowi Freaky Gyal przygotowałam się na potworny smród, ale niestety chyba nie na aż tak potworny. Rzepa od Joanny to czyste perfumy w porównaniu z sokiem rzepy, który się utlenił – natychmiast po wyciśnięciu pachnie bowiem jak świeżutka rzodkiewka i naprawdę zachodziłam w głowę, o co tyle krzyku z tym zapachem. Tylko przez chwilę – jeszcze nie umyłam sokowirówki, a receptory węchu dostały... po nosie.

Kupiłam o wiele za dużo bulw (czy korzeni? Ktoś wie?). Jedna spora lub dwie małe w zupełności by wystarczyły. Pozostałe też wycisnęłam, resztę soku spróbowałam zamrozić, dzięki czemu zasmrodziłam lodówkę i musiałam tydzień po rozmrażaniu bawić się w czyszczenie po raz kolejny. Nie polecam.

Pokroiłam warzywa w plasterki, a plasterki w paski i wsadziłam je do dokładnie wyszorowanej sokowirówki.

Otrzymałam sok, poczekałam, żeby osad opadł na dno. Przelałam do zlewki, dodałam odrobinę konserwantu i wodę brzozową (1 część wody brzozowej na 3 części soku).

Wcierkę używałam codziennie rano i wieczorem, poza dniami, kiedy olejowałam skalp. Okazała się dość drażniąca i taka przerwa ratowała mnie przed drapaniem. Natychmiast po nałożeniu płynu czułam mrowienie. Delikatniejsze niż po cynamonie, mocniejsze niż po jakiejkolwiek innej wcierce, którą miałam okazję używać.

Smród był niemiłosierny i pogłębiał się z każdą aplikacją, dodatkowo płyn paskudnie oklejał włosy.

Po trzech tygodniach używania pojawił się łupież (podrażnienie skalpu), a na dnie buteleczki wytrącił się osad. Buteleczkę wyrzuciłam (i tak służyła mi rok!) i zaprzestałam używania wcierki.

Co dała mi kuracja sokiem z rzepy?

  • przyrost: 15 mm w trzy tygodnie (zwykły przyrost to 8 mm na miesiąc)
  • podrażnienie skalpu i łuszczący się naskórek;
  • lekkie załamanie Męża (zapach)
  • zwiększyło się przetłuszczanie skóry głowy; skalp w ten sposób broni się przed podrażnieniem i tym samym plany rzadszego mycia włosów spłynęły we łzach. Właściwie znów powinnam myć codziennie, ale staram się tego nie robić. Myję na zmianę delikatnym szamponem i odżywką, wcieram wspaniały olejek khadi trifla i pluję sobie w brodę, że zrobiłam sobie krzywdę
  • włosy były nieprzyjemne w dotyku, kleiły się
  • baby hair: są, ale nie ma ich więcej niż zwykle
  • włosy jak leciały tak lecą, cieszę się, że przynajmniej nie wypada ich więcej

Podsumowując: kurację sokiem z czarnej rzepy polecam tylko osobom z pancernym skalpem. U mnie odniosła skutek odwrotny od zamierzonego. Być może świeży sok odniósłby lepsze efekty, ale po takich doświadczeniach nie odważę się spróbować. Włosy i tak urosną, a jest sporo przyspieszaczy, które nie psują mojej pracy nad ograniczeniem przetłuszczania się skóry głowy i do tego pachną ładnie.

To jest właśnie różnica między teorią a praktyką: teoretycznie taka wcierka powinna być dla mnie idealna. Próbowałyście tej lub innych domowych wcierek? Macie lepsze od moich wspomnienia? :)

sobota, 22 lutego 2014

Nakręćmy się na wiosnę: burza naturalnych drobnych loków (z włosów cienkich).

Nie mam grubych włosów, zawsze było ich niezbyt dużo i wielokrotnie w ciągu swojego życia słyszałam, że „nie ma po co takich piórek zapuszczać”, „ojejku, ale cieniutkie włoski” i „trzeba wycieniować”.

Nie trzeba cieniować, i jest po co zapuszczać, czemu nie? Zadbane włosy są piękne, nawet kiedy nie jest ich bardzo dużo (wkrótce pokażę Wam mój dziecięco cienki kucyk). ;) Kiedy mam ochotę na naprawdę bujną fryzurę, mogę pobawić się w zakręcanie. Pokazywałam Wam już bardziej uładzone wersje fal i loków (klik, klik, klik), ta jest bardzo naturalna i nie każdemu zapewne będzie się podobać. Mnie było bardzo przyjemnie przez jeden dzień mieć mnóstwo włosów, a wszystko to zawdzięczam Ewie, której akcja „Nakręćmy się na wiosnę” zmotywowała mnie wykrzesywania z moich prościelców odrobiny skrętu. Wszystkie informacje o akcji znajdziecie w tym poście, może przyłączycie się do nas? :)

Jakość zdjęć jest jaka jest, za to widać jak bardzo różni się kolor moich włosów w zależności od oświetlenia. Użyłam piankowych papilotów, które widywałam również w drogeriach, ale jeśli macie możliwość, wybierzcie takie z hurtowni fryzjerskich. Są lepszej jakości i w bardziej korzystnej cenie. W salonach używa się ich najczęściej do wykonywania naturalnie wyglądającej trwałej na średnich i długich włosach.

Oczywiście nie zamierzam robić im antyreklamy, klasyczne i staranne loki również za ich pomocą da się wyczarować – wystarczy nawijać na nie włosy bez dodatkowego zakręcania. Mnie zależało na jak najdrobniejszym skręcie, dlatego każde pasmo skręciłam wokół własnej osi.

Następnie nawijałam takie skręcone na papiloty, tak aby przytrzymać końcówki, chciałam, żeby cała długość włosa była podkręcona. Nie nakładałam żadnego stylizatora, bo wieczorem miałam w planach olejowanie.

Bardzo łatwo dogiąć papilot tak, aby nie spadł, jeśli zawijamy pasma ostrożnie, nic się nie plącze, nie wyrywamy włosów. O wiele lepiej niż w przypadku zwykłych papilotów z gąbki. :)

Tak wyglądała cała głowa po nawinięciu. Samo zawijanie zajęło mi może 15 minut, wybierałam dość grube pasma ze względu na niewielką ilość papilotów. Chodziło mi się bardzo wygodnie, zapomniałam, że mam coś na głowie i bardzo zdziwiło mnie podejrzliwo-rozbawione spojrzenie pani listonosz, która akurat przyniosła mi przesyłkę. :) Górne pasma nawinęłam najwyżej, a dolne najniżej, jak się dało. W ten sposób udało mi się optycznie skrócić górną, a wydłużyć dolną warstwę fryzury. Przy długich włosach obciętych na prosto można stworzyć w ten sposób wrażenie cieniowania. :)

Nie chciało mi się bawić w ręczne rozdzielanie kręciołków, dlatego rozczesałam wszystko grzebieniem. W końcu o objętość chodziło, no nie?

Dzięki bałaganowi na głowie wyczarowałam ogromny kok bez jakiegokolwiek wypełniacza (wersja robocza).

Nakręcicie się na wiosnę? :)


wtorek, 18 lutego 2014

O szczęściu, pechu, motywacji i naturalnej gąbce.

Hej, Dziewczyny! :)

Wybaczcie ciszę tutaj i u Was: katastrofy remontowo-meblowe trwają w najlepsze; wczoraj bardzo chciałam wsiąść w samochód i pojechać trzasnąć w paszczę pewnego idiotę, który odpowiedzialny jest za umeblowanie naszej kuchni, a raczej jego brak... Przejechałabym się po nic, bo nie było go akurat w swojej czeluści partactwa i lekceważenia, to jest w siedzibie firmy. Ten akapit właśnie jest o tytułowym pechu – tyle firm meblarskich, a trafiliśmy na taką... To i pozostałe roboty wykończeniowe sprawiły, że blog zszedł na jakiś czas na dalszy plan. Moje nerwy muszą nieco dojść do siebie, no i coś trzeba z tą nieszczęsną kuchnią zrobić...

Ale za to przyznam Wam się, że bardzo długo już marzyłam o naturalnej, morskiej gąbce. Podjęłam po drodze średnio satysfakcjonujący romans z luffą, zbierałam się z zakupem gąbki i zbierałam, aż udało mi się wygrać konkurs na blogu One more dress. :) Fundatorem nagród jest firma Flax, dystrybutor marek Mythos, Drops i LifoPlus. Nagrodę mogłam wybrać sama z asortymentu sklepu (klik), a że sporo produktów było akurat w promocji, miałam niemały problem na co wydać mój wygrany bon. Poza gąbką, oczywiście.

Oprócz wybranych przeze mnie mydełka, gąbki i odżywki, otrzymałam również zestaw miniaturek (uwielbiam takie podejście!). Bardzo dziękuję Monice i firmie Flax za wyróżnienie. :)

***

Wiecie, że powstała autorska koszulka włosomaniaczek? Zaprojektowała ją Paulina z bloga Blondregeneracja, a samą koszulkę możecie podziwiać tutaj. Wraz z 49 innymi dziewczynami zgłosiłam się do akcji motywującej na blogu Pauliny, dzięki czemu powstał przepiękny album, który można by nazwać 50 powodami, dla których warto dbać o włosy. :)

Do środy, 19 lutego, możecie zagłosować na najbardziej inspirującą, Waszym zdaniem, przemianę. Do jednej spośród głosujących osób w drodze losowania trafi właśnie koszulka włosomaniaczki. Sama już zagłosowałam, choć powiem Wam, że bardzo, ale to bardzo trudno było mi wybrać jedną dziewczynę. Wszystkie zdjęcia niezwykle motywują, a sam album obejrzałam już dobre kilkadziesiąt razy. Tutaj możecie zobaczyć filmik z wszystkimi przemianami, a pod nim link do zdjęć w powiększeniu wraz z adresami blogów dziewczyn, które wzięły udział.

Dobrego dnia, Kochane! :)

piątek, 14 lutego 2014

Na jakich kosmetykach oszczędzam?

Niektóre kosmetyki dobieram bardzo starannie. Szczególną uwagę zwracam na skład i często są one trochę droższe, niż to co spotykamy na drogeryjnych półkach (choć bywają też nieco tańsze, ale trudniej dostępne albo wymagające odrobiny pracy).


Inne kosmetyki mogę spokojnie kupować kierując się głównie ceną. :) Do takich zaliczam:

Mydło do rąk.

Mąż i ewentualni goście używają takiego w płynie, Zo i ja w kostkach Staram się, żeby było w miarę naturalne, ale nie popadam w przesadę. Mydła zużywamy dość sporo i nieszczególnie widzę różnicę między drogim a tanim. To w płynie kupuję najczęściej w Biedronce, dość często trafiam też na zestaw z płynem do kąpieli dla dzieci, gdzie jeden z kosmetyków jest gratis. Ma myć i nie podrażniać, nie musi pielęgnować. Jeśli chodzi o kostki, to przez jakiś czas były to mydła, którymi kiedyś myłam włosy i nazbierał się ich zapas, teraz jest to ogromna Luksja o prostszym składzie, lubię też te Alterry.

Krem do rąk.

Moim dłoniom i stopom nie przeszkadza parafina. Rzadko kupuję taki, który kosztował więcej niż 5 złotych. Ma się szybko wchłaniać, nie śmierdzieć i jakkolwiek działać. Poza tym zawsze mam ich kilka: w kuchni, w torebce, w łazience, przy komputerze i przy łóżku, inaczej zapominam używać.

Krem do stóp.

Używam tu wszystkiego, co nie sprawdziło się na twarzy i na ciele, w razie potrzeby wzbogacam olejami i olejkiem z drzewa herbacianego. Mój ukochany krem do stóp to Bambino w metalowym pudełku, jest bezkonkurencyjny. :)

Peeling.

Przez ostatnie 10 lat raz posiadałam peeling. Dostałam go w prezencie. Wolę solidną szczotkę do ciała i rękawicę kessa, ewentualnie mydło peelingujące. Nie cierpię uczucia, jakie drobinki peelingu zostawiają na wnętrzu mojej dłoni, sama myśl działa na mnie jak dźwięk paznokci szorujących po tablicy czy widelec skrobiący po talerzu. Włosy stają dęba i zęby chcą uciekać. Jeżeli chodzi o peeling twarzy, nie robię go wcale. Większość naturalnych mydeł działa jak peeling enzymatyczny, a jeśli na twarzy pojawią się jakieś suche skórki, znikają po zrobieniu maseczki z glinka.

Żel do mycia twarzy.

Odkąd zaszłam w ciążę, twarz myję wyłącznie naturalnym mydłem, najczęściej jest to aleppo. Poza nieszczęsnym mydłem z czarnuszki taka pielęgnacja służy mi najbardziej, a wszelkie eksperymenty kończą się podrażnieniem i irytacją na własną głupotę. Ponad rok zabrało mi znalezienie odpowiedniej pielęgnacji twarzy i mimo iż szanuję Waszą wiedzę i mądre opinie na temat prawidłowego pH – u mnie sprawdza się tylko zasadowe mydło i zasadowa woda różana. Przykro mi, jeśli kogoś to obraża.

Płyn do demakijażu/tonik.

Przez długi czas się nie malowałam wcale, teraz zdarza mi się to częściej. Większość makijażu zmywam olejem (zwilżam płatek kosmetyczny, dodaję kropelkę oleju i mam dwufazę jak ta lala), poprawiam płynem micelarnym z Be Beauty. Jest zupełnie wystarczający jak na moje potrzeby i kosztuje grosze. Jeśli chodzi o tonik, zastępuje go powyższym płynem bądź wodą różaną, ewentualnie ziołowym naparem.

Odżywka myjąca.

Zmywam nią olej i nie oczekuję wiele poza możliwie najprostszym składem. Mój faworyt w tej dziedzinie to Dramers, o który wspominam chyba w co trzecim poście, ale działają też Hegrony i cokolwiek, co nie sprawdziło się po myciu.

Żel do włosów/pianka do włosów.

Są to kosmetyki, których używam bardzo rzadko, jedynie kiedy chcę utrwalić bardziej skomplikowaną fryzurę. Na 100% przeterminują się, zanim je zużyję, a ze względu na sporadyczne użytkowanie nie zdążą zrobić krzywdy włosom, stąd ich skład nie jest istotny.

Żel pod prysznic.

Używa ich tylko mój Mąż, a ma naprawdę pancerną skórę, Mają świeżo pachnieć i dziko się pienić, mogą być za 2 złote. ;)

Tusz do rzęs

Możecie mnie bić, ale nie widzę różnicy między tuszem za 50 a za 10 złotych. Podejrzewam, że jest jakaś między tym za dyszkę a takim za 200 złotych, ale wątpię, żeby kiedyś było mi dane się o tym przekonać. Nie mam problemu z rzęsami, są długie, dość gęste, nie wypadają. Tusz ma mi je lekko przyciemniać i nie sklejać. Nie podrażniać oczu.

Akcesoria higieniczne

Patyczki do uszu, płatki higieniczne, chusteczki, wkładki higieniczne. Nie odczuwam żadnej różnicy między stosowaniem Cleaniców a takimi będącymi marką własną marketów. Ba, często niby „porządne” płatki się rozwarstwiają i drą, albo na ich powierzchni tworzą się kulki jak na starym swetrze, tymczasem te marketowe oprócz tego, że tańsze, są grubsze i ładnie obszyte. W przypadku wkładek zwracam uwagę na to, żeby były bawełniane.

Mleczko do twarzy, masło do ciała, odżywka do paznokci i skórek, serum do twarzy, perfumy i wody toaletowe.

Na tych kosmetykach w ogóle super oszczędzam, ponieważ nie kupuję ich wcale. :) Zastępuję je olejami czystymi i mieszankami. Czasem solo, czasem w mieszankach gotowych lub własnej produkcji. W perfumach i wodach toaletowych przeszkadza mi zapach alkoholu, dlatego zastępiłam je perfumami w olejkach. <3
Jeśli chodzi o serum do twarzy, rano mieszam kropelkę oleju arganowego z witaminą C (kropelki Juvit: gliceryna z 10% zawartością witaminy C, do kupienia w aptekach za ok. 12 złotych), wieczorem z potrójnym kwasem hialuronowym. Zamierzam kupić gotowe serum, uśmiecha się do mnie to odmładzające z Biochemii Urody, ale dopiero po wykończeniu zapasów żelu hialuronowego. Mam opakowanie 60 ml, więc powinno mi wystarczyć na cały 2014 rok.

 
To na przykład żel pod prysznic w wersji oszczędnościowej. Wrzuciłam go do koszyka w Netto, gdzie zaglądam od czasu do czasu w poszukiwaniu ryczki. Suchy dowcip i twarz Watsona sprawiły, że byłam pewna, że Mąż doceni mój nabytek. ;)

Takie oszczędności pozwalają mi na większą różnorodność pielęgnacyjną, poza tym w przypadku mojej skóry im prostszy skład, tym mniejsze prawdopodobieństwo podrażnienia.

A jak to jest u Was? Jestem ciekawa, czy macie podobne listy. A może któryś z powyższych punktów to dla Was herezja? :)

czwartek, 13 lutego 2014

Nie mamy telewizora.

Dość często z Mężem wypowiadamy to zdanie. Na pytania o chęć zmiany dostawcy telewizji lub wzmianki o serialach, programach o różnych talentach i takich tam. Nasza odpowiedź zazwyczaj budzi konsternację, niedowierzanie, a nawet... współczucie.

Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem wrogiem telewizji, tak jak nie jestem wrogiem lakierów do paznokci czy modelarstwa. Po prostu te dziedziny mnie nie interesują, ani mnie ziębią, ani grzeją.

W poprzednim mieszkaniu mieliśmy telewizor. Przywieźliśmy go od moich Rodziców – taniej było wykupić internet z kablówką niż bez niej, a u nich stał sobie nieużywany. Okazało się, że tv raczej się kurzył i służył mi jako półka. ;) Kiedy pojawiła się Zo i trochę podrosła, czasami oglądała bajki na programie dla małych dzieci. Przeprowadziliśmy się do mniejszego mieszkania, nasz odbiornik nie był specjalnie wartościowy, więc zostawiliśmy go w poprzednim lokum.

Dlaczego tv nie jest nam potrzebny?

Zajmuje dużo miejsca. Trzeba go gdzieś postawić, podłączyć do prądu i ustawić meble tak, żeby dało się oglądać. Nietęgo dla kogoś, kto przewiózł meble z trzech pokoi na dwa. ;)

Zo ogląda bajki na komputerze. Mam większą kontrolę tego, co znajduje się na jej ekranie, jak długo jest włączone, i chronię ją przed nadmiarem bodźców zawartych w reklamach.

Wiadomości? Opuściłam się i nie jestem już na bieżąco, ale powiem Wam, że kiedy po przestudiowaniu informacji w sieci obejrzałam dwa serwisy informacyjne na popularnych stacjach, byłam w ciężkim szoku. Wszędzie mama Madzi czy inny tabloidowy temat, a brak nawet wzmianki o ważnych wydarzeniach na świecie czy ustawach przegłosowanych przez rząd, ewentualnie wzmianki tak okrojone, że zakrawały na satyrę. Nie mnie oceniać, na ile jest to celowe działanie dezinformacyjne, a na ile odpowiadanie na potrzeby widzów, którzy być może sensację przedkładają nad informację, ale zdecydowanie jest to kolejny minus dla telewizji w moim odczuciu.

Seriale. Oglądam w oryginale, rok lub dwa przed ich premierą w Polsce, w dodatku bez irytującego lektora (i kiepskiego tłumaczenia). Polskich nie znam, kiedy będąc gdzieś z wizytą wypatrzę fragment, hmm... dziwię się ich popularności. Oglądanie przez internet ma też taki plus, że sama wybieram porę, kiedy włączę odtwarzanie i w dowolnym momencie mogę zatrzymać film lub go cofnąć. Tak, wiem, że niektórzy dostawcy telewizji też coś takiego oferują, obiło mi się o uszy. ;)

Hałas. Ryczące reklamy, zawsze o pięćset tonów głośniej niż film. Bardzo głośna ścieżka muzyczna, a wypowiedzi dograne szeptem, tak że jeśli się da, włączam wersję dla niesłyszących. W moim odtwarzaczu mediów była to kwestia przesunięcia kilku suwaków i okazuje się, że można i usłyszeć co ktoś mówi, i nie obudzić dziecka, które wreszcie usnęło za ścianą. 

Szczerze mówiąc, żal mi ludzi, którzy nie potrafią spędzać czasu w ciszy, moim zdaniem świadczy to o jakichś zaburzeniach psychicznych – kiedy organizm domaga się dostarczania zbędnych bodźców przez cały czas.

Czas trwania programu. Z 42-minutowego odcinka stacja tworzy godzinny program, kradnąc 20 minut mojego wolnego czasu. Dziękuję, to nie dla mnie. Mam zbyt mało wolnych chwil, żeby poświęcać je rozważaniom na temat hemoroidów czy czystości mojej muszli klozetowej.

Więzi. To, że bajki nie są włączone całą dobę, sprawia, że muszę poświęcać więcej uwagi mojej córce. Spędzamy więcej czasu na sensownych aktywnościach. Bawimy się w chowanego, rysujemy, opowiadamy sobie historie, budujemy z klocków czy zjadam jej brzuszek. :) Jasne, że czasami mi się nie chce. Ale kiedy Mąż wraca z pracy, opowiadamy sobie, jak minął nam dzień. Rozmawiamy o naszych marzeniach i planach, albo po prostu o głupotach. Ile znacie domów, gdzie pierwszą rzeczą po zdjęciu kurtki i butów jest włączenie telewizora?

A ile znacie domów, gdzie się nie rozmawia? Pamiętam, jak poszłam kiedyś do sąsiadki. Tv był włączony tak głośno, że nie słyszałam, co do mnie mówi. Zresztą po bardzo krótkiej chwili przestała, jej głowa sama odkręciła się w stronę migoczącego ekranu i przysięgam, że przez chwilę miałam wrażenie, że zamierają wszelkie procesy myślowe, twarz wygładza się, a oczy zmieniają w wodniste jajka...

Kiedy jestem u Rodziców, z chęcią oglądam „Top Gear”, „Pogromców mitów” albo „Zaklinacza psów”. Ale nie brakuje mi tej przyjemności na tyle, żeby specjalnie płacić za nią co miesiąc. I kupić tv. 1500 złotych, serio? :)

Stanowczo spędzamy zbyt wiele czasu przed komputerem, to prawda. Niemniej zawsze znajdujemy go jeszcze dla siebie nawzajem, i na zabawy ruchowe z Zo. A komputer przynajmniej nie hałasuje non stop. ;)

Jak to jest u Was, wyobrażacie sobie życie bez telewizji? :)

EDIT:  Znajdą się tutaj jacyś obrońcy/obrończynie telewizji? Miałam nadzieję na bardzo intensywną dyskusję, a przecież post przeczytały mole internetowe, z większą lub mniejszą obojętnością wobec innych mediów. ;)

poniedziałek, 10 lutego 2014

Szampon ziołowy z rokitnikiem i białą glinką – DIY.

Skończył mi się zielonek (receptura i działanie), w związku z czym aż nosiło mnie, żeby ukręcić coś nowego. Nie dlatego, że gotowe szampony, które mam są złe, dlatego że zielonek był jeszcze lepszy. ;) Miał swoje wady, jak to pierwsza samoróbka – był trochę za ostry i okrutnie rzadki, wodnisty. Jednak praktyka czyni mistrza i nie popełniłam tym razem błędów z poprzedniej „produkcji”, takich jak na przykład niezmierzenie pH przed przelaniem kosmetyku do docelowej butelki. ;) Tym razem kręcenie szło bez większych zgrzytów, poza przerwami narzuconymi przez Zo.

Zazdrościłam tym z Was, które go mają, szamponu z rokitnikiem Planeta Organica. Ale im dłużej oglądałam jego skład, tym bardziej chciałam, żeby był jeszcze bardziej prosty. Mój szampon miał także przeciwdziałać przetłuszczaniu, nie przesuszając skóry głowy.

Zatem po tym przydługim wstępie przedstawiam Wam recepturę na szampon z rokitnikiem i białą glinką:

50 ml wywaru: z orzechów piorących, lawendy, bylicy bożego drzewka i łopianu
30 ml coco glucoside
10 ml białej glinki
6 ml sodium cocoyl isethionate
5 ml aloesu zatężonego 10x
5 ml oleju rokitnikowego
2 ml D-panthenolu
0,5 ml gumy ksantanowej
20 kropli FEOG

Miałam dodać też zapach, ale zapomniałam, a niestety glinka skutecznie zabiła miodowo-lawendowy zapach początkowego wywaru.

Tak, tak, stworzyłam własną Aqua with infusions of. :) Oczywiście zamiast orzechów doskonale sprawdzi się mydlnica, której na razie nie posiadam. Szampon przeszedł pozytywnie użycie testowe: pieni się o wiele bardziej kremowo od poprzednika i nie oczyszcza aż tak mocno, dzięki czemu absolutnie nie plącze włosów. Jest też bardziej gęsty. Jego największą wadą jest rozwarstwianie się – glinka opada na dno, czego można było się spodziewać. Wstrząśnięcie przed użyciem załatwia sprawę. Pachnie glinką, osobiście lubię ten zapach. Można to zmienić, dodając odrobinę olejku lawendowego lub kosmetyczną kompozycję zapachową.

Saponiny zawarte w orzechach piorących zmiękczają wodę, są naturalnym, bardzo delikatnym detergentem. Już sam wywar się bardzo mocno pienił, co nieco utrudniło mi mieszanie. ;) Lawenda miała za zadanie ładnie pachnieć, olejki eteryczne w niej zawarte mogą przyspieszać wzrost włosów, wykazują również działanie bakteriobójcze. Bylica boże drzewko ogranicza przetłuszczanie, stanowiła główny składnik mojej poprzedniej wcierki (klik), z której byłam bardzo zadowolona. Łopian wzmacnia cebulki włosów, łagodzi podrażnienia i tonizuje skalp.

Ziół nie mogło być za dużo – szampon wysuszałby włosy na długości, ani za mało – nie miałyby absolutnie żadnej szansy, żeby zadziałać, niezależnie od tego, czy wierzycie w działanie lecznicze szamponów czy nie. Na moją skórę głowy szampon potrzymany około minuty jest już w stanie wpłynąć, choć oczywiście nie tak intensywnie jak wcierka, olejek, czy odżywka.

Olej rokitnikowy dodaje moim włosom sprężystości i blasku, nie zabierając objętości. Jest go dość sporo, ale jeszcze nie odczułam żadnych efektów obciążenia włosów. :) Biała glinka łagodzi podrażnienia, zawiera wiele mikroelementów i doskonale sprawdza się u mnie jako pomocnik w walce z przetłuszczaniem. Zanim robiłam własne szampony, dodawałam ją (i inne glinki też) do kubeczka, w którym rozcieńczałam gotowy. Aloes uwielbiają i moje włosy i skalp, dlatego dodałam go więcej niż w poprzedniej wersji, chciałam, żeby jego działanie było odczuwalne.

Zarówno przepis na zielonka, jak i szampon z rokitnikiem, powstały w oparciu o przepis Arsenic na szampon z zieloną herbatą (klik).

***

I jeszcze cytat z samego końca procesu twórczego:

 - Zobacz, Kochanie, zrobiłam szampon!
 - Śliczny.
 - Nawet nie spojrzałeś. Z rokitnikiem.
 - Śliczn.. dlaczego zielony?
 - Bo był żółty i dodałam białej glinki.

Rozmowę już wczoraj publikowałam na stronie na Facebooku, gdzie serdecznie Was zapraszam. :)

Ps. Wybrałam się do apteki po suplement L'biotica Włosy i paznokcie, który chwaliła Eve. Zapłaciłam jedynie 18 złotych, gratis otrzymując jeszcze pełnowymiarowy jedwab do włosów, i wypatrzyłam półlitrowe opakowania Biovaxów opatrzone chytrą adonotacją "Edycja limitowana" w zabójczej cenie 24,90. Nie kupiłam, ale było mi bardzo trudno.


sobota, 8 lutego 2014

DIY – myjak do twarzy i ciała inspirowany Lushem.

Niedawno czytałam recenzję Lushowych Angels on Bare Skin u Pieguski, która zawarła w niej jedno ważne zdanie: przecież możemy podobny kosmetyk przygotować sobie same. I zrobiłam! :)

Starałam się czyścidło dopasować do mojej cery: mieszana w kierunku suchej, skłonna do podrażnień i zaczerwienień, płytko unaczyniona. Zrobiłam niewielką porcję produktu, żeby nie martwić się konserwacją. Chodziło mi o to, żeby cudo myło, ale nie wysuszało ani nie natłuszczało niesamowicie mojej skóry. Dwa pierwsze użycia określiłabym mianem małego sukcesu, zobaczymy jak będzie dalej. :)

Mój przepis zawiera:

30 g mielonych migdałów
10 ml (dużą łyżkę) różowej glinki
20 ml (dwie łyżki) „hydrolatu” głogowego
5 ml (łyżeczkę) oleju rokitnikowego
kilka kropli żyworódki z gliceryną
suszoną lawendę i kwiaty słonecznika.
Konserwanty: witaminę E dodałam do migdałów, do naparu głogowego użyłam FEOG

Migdały można sparzyć i ręcznie obrać ze skórki, ja poszłam na łatwiznę i mieliłam płatki migdałowe. Zemściło się to na mnie, bo przez noc wypiły większość wody i mam w pudełku bardziej proszek niż pastę, będę musiała mieszać jeszcze raz.

Wybrałam różową glinkę ze względu na jej kojące działanie na moje naczynka. Zamiast żyworódki możecie dodać czystą glicerynę, kwas hialuronowy albo żel aloesowy, chodzi o to, żeby w masie znalazł się jakiś nawilżacz. Żyworódka ma właściwości nawilżające, łagodzące i przyspieszające gojenie, a otworzyłam ją już dość dawno, więc wybór był dla mnie oczywisty. Jeśli wybierzecie nawilżacz na bazie gliceryny, weźcie pod uwagę, że w dużej ilości może się kleić i używanie plastusia nie będzie zbyt przyjemne.

Mój „hydrolat” głogowy zrobiłam sama korzystając z pomysłu podpatrzonego u Dark Lady. Zioła parzymy w kafaterce otrzymując w górnej części bardzo aromatyczny napar. Po wystygnięciu na jego powierzchni wyraźnie widziałam kropelki olejków, tak więc destylacja tym domowym sposobem całkiem nieźle się spisuje. Porcję, którą dodałam do myjaka, zakonserwowałam FEOG, inaczej bardzo szybko by się zepsuła. Możecie użyć wody destylowanej, soku z aloesu, wody różanej lub innego hydrolatu.

Lawendę dodałam, aby zabić nieprzyjemny zapach różowej glinki (udało się, teraz pachnie bardzo delikatnie lawendą), poza tym olejek lawendowy, który znajduje się również w suszonych kwiatach, ma działanie bakteriobójcze. Słoneczniki są, bo są ładne. ;)

Jak używać takiej pasty? Niewielką porcję nakładamy na dłoń. Dolewamy wody i mieszamy w dłoniach, stworzy się delikatna emulsja, którą myjemy twarz. W zależności od tego, jak drobno zmielimy migdały, otrzymamy miękką pastę lub całkiem mocny peeling. Wybrałam pośrednie rozwiązanie. Emulsję możemy krótko wmasować i zmyć, możemy również użyć jej jako maseczki solo lub mieszając ją z treściwym kremem do twarzy. Z powodzeniem umyjemy w ten sposób nie tylko twarz, ale też dekolt i inne części ciała, którym zima dała się we znaki i potrzebują szczególnej troski.

W zależności od rodzaju cery możecie dowolnie zmodyfikować przepis. Pamiętamy o konserwowaniu produktu (jeśli użyjecie gotowego hydrolatu, toniku czy wody, możecie pastę przechowywać do dwóch tygodni w lodówce bez dodatkowego konserwowania). Proporcje zmieniamy w zależności od preferowanej konsystencji naszego czyścika.

Moja propozycja dla cery tłustej:

25 g mielonych migdałów
15 g glinki zielonej lub czarnej
25 ml hydrolatu oczarowego lub rozmarynowego
3 ml oleju rycynowego
kilka kropli aloesu zatężonego
kilka kropli olejku tamanu lub z drzewa herbacianego

Moja propozycja dla cery dojrzalej:

30 g mielonych migdałów
10 g glinki białej
20 ml wody różanej
5 ml oleju arganowego
5 kropli kwasu hialuronowego
suszona lawenda lub mielone płatki róży

Koszt mojego myjaka? Mniej niż 3 złote. Wystarczy mi co najmniej na miesiąc.

Spróbujecie? :)

piątek, 7 lutego 2014

Dlaczego moje dziecko płacze?

Zaglądają tutaj czasem sfrustrowane Mamy sfrustrowanych Dwulatków? Dzisiaj taki post z przymrużeniem oka. :)

Moje dziecko jest kochane i wspaniałe, i poza skokami rozwojowymi właściwie nie płacze. :) Oczywiście nie biorę pod uwagę sytuacji oczywistych: kiedy czegoś się przestraszy, kiedy jest przemęczone, głodne, albo coś je boli.

Jednak mimo ogromnego wysiłku włożonego w empatię nie pozostaje mi czasem nic innego jak trochę się uśmiechnąć. :D Moja córa jest w wieku, kiedy obie uczymy się jej samodzielności. Zosia próbuje wszystko i wszędzie robić ze mną, na zmianę z wykrzywikaniem „Sosia siama!”, i jest to dobre, i każda rzecz, którą chce zrobić beze mnie raduje moje serce. Coraz więcej jej się udaje.

Uczy się też narracji. :) Brzmi pięknie, prawda? Znaczy to tyle, że czasami po prostu... kłamie. Opowiada wymyśloną przez siebie historię. Również mnie to cieszy. Niech gada jak najwięcej, jeszcze pół roku temu nie mówiła prawie nic.

Ale bywa nieprzewidywalna. Oto kilka powodów (nie widziałam innych), które sprawiły, że wrzask był nieludzki, a łzy obfite i rzęsiste; w ciągu ostatnich tygodni:

  • Nie pozwoliłam jej zjeść kostki surowych drożdży.
  • Sama poczęstowała się kostką surowych drożdży. Okazało się, że smakują drożdżami.
  • Ta sama sytuacja, tylko drożdże już zabite wrzątkiem.
  • Jechałyśmy odwiedzić Babcię.
  • Wracałyśmy do domu od Babci.
  • Pora na kąpiel.
  • Trzeba wyjść z wanny.
  • Ugotowałam jajka na śniadanie. Nie były zrobione z czekolady.
  • Włączyłam bajkę na komputerze Męża. Miała być włączona na moim komputerze.
  • Wyjęłam z szafy spodnie w kwiatki.

To moje wymienianie jest wstępem do tego, co chciałam Wam dzisiaj pokazać. Być może nie znacie tej strony, a uważam że jest kapitalna. Zapraszam Was na www.reasonsmysoniscrying.com, gdzie znajdziecie mnóstwo zdjęć dzieciaków zanoszących się płaczem z wyjaśnieniem tego płaczu przyczyny. Brzmi może niezbyt sympatycznie, ale dowiadujemy się z tej strony dwóch rzeczy: że nie jesteśmy sami w takiej sytuacji. I że warto zatrzymać się na chwilę i spojrzeć na sytuację z żartobliwym dystansem, zrobić sobie przerwę, odetchnąć głęboko, nawet zrobić zdjęcie, zamiast od razu rzucać się w wir rozpaczy i nerwów. Rodzice też ludzie! :)

Ps. Wczoraj miałam imieniny, więc Mąż z pracy wrócił z różą. Stanął w progu, uśmiechnął się ślicznie i mówi: "To dla Ciebie, Kochanie!". Zo wybiega z pokoju i aż promienieje szczęściem: "Dziękuję, Tatusiu!". Dzisiaj od rana chodzi i pokazuje: "Tatuś kwiatek kupił dla Zosi w sklepie!". Nie mamy serca wyprowadzać jej z błędu. A od następnego razu kwiatki będą dwa.

czwartek, 6 lutego 2014

Podsumowanie akcji "Daj gula" i wyniki losowania

Do akcji włączyło się Was aż 30, w moim odczuciu to całkiem sporo, biorąc pod uwagę miesięczny czas jej trwania. Końcową ankietę wypełniło aż 28 z Was, brawo! Jestem z Was bardzo dumna! :) Mam nadzieję, że te dwie osoby tylko przegapiły ankietę, ale pić piły.

Skoro zamknęłam ankietę, mogę opowiedzieć Wam o swoich wrażeniach. Po kilku dniach zwiększonej podaży płynów organizm się przyzwyczaił i nie musiałam już co chwilę biegać do toalety. Nauczyłam się wcześniej rozpoznawać symptomy pragnienia. Obecnie nie wyobrażam sobie wypić mniej niż 2 litry wody czy herbaty, bo po prostu chce mi się pić.

Najchętniej sięgałam po ciepłe płyny, ale wybierałam te zdrowe. Najwięcej piłam zielonej herbaty i rooibos, ale sięgałam też po pokrzywę, koper włoski, rumianek, miętę, kwiat lipy. Najmniej piłam wody. Ciepłej nie lubię, a zimna mnie nie kusiła w połączeniu z ciągłym pobolewaniem gardła. Co rano wypijałam też kawę z mlekiem, jak szaleć to szaleć.

Zauważyłam, że mam więcej energii i z optymizmem patrzę w przyszłość. Mniej dokuczał mi PMS oraz sama miesiączka (choć tutaj swoją cegiełkę z pewnością dołożyło też odstawienie glutenu). Nie budzę się już z opuchniętą twarzą, mimo że Zo nie daje w nocy spać, i mimo że śpię na brzuchu. Tak jak oczekiwałam, zmniejszyła się nadwrażliwość twarzy, zanotowałam tylko dwa podrażnienia, i oba były winą użytych kosmetyków. Nie mam wagi, a zmierzyłam się dopiero niedawno, ale sądząc po ubraniach, organizm fajnie się oczyścił, na pewno zatrzymuje mniej wody, jestem mniej „workowata”, jeśli kogoś przekonuje taki supernaukowy termin.

Zdaję sobie sprawę, że ankieta na takiej grupie osób jest statystycznie mało wiarygodna. Niemniej pewne tendencje dało się w niej zauważyć.


6 z Was już przed akcją wystarczająco dbało o nawodnienie, i to Wy odnotowałyście najmniej zmian, z reguły żadnych. Za to pomogłyście mi trochę upowszechnić akcję, za co serdecznie dziękuję! :)

4 z Was zaznaczyły, że mają mnóstwo energii, aż nie mogą usiedzieć w miejscu, a to wszystko dzięki akcji. Dla mnie bomba! :) Aż 7 z Was zaczęło w czasie trwania akcji uprawiać sport, razem ze mną 8. Lubię sobie myśleć, że to inicjatywa „Daj gula” dodała Wam motywacji do tych zmian. Mnie na pewno! Znów chodzę na basen i czuję się z tym świetnie, i dziękuję za to właśnie Wam.

18 z Was zaznaczyło, że przed akcją czuły się ciągle zmęczone. Po akcji tylko jedna, co sprawia, że mam ochotę skakać z radości. 4 z Was, tak jak ja, zanotowały znaczny spadek dolegliwości przedmiesiączkowych. 11 z Was skarżyło się na problemy z trawieniem, w podsumowaniu końcowym ta liczba spadła do 2.

Ponad połowa z Was zauważyła poprawę nawilżenia skóry, a u 2 z Was zmniejszyły się dolegliwości alergiczne. Dwie Dziewczyny skarżyły się na wysyp krostek, jedna z Was uznała to za efekt oczyszczania się organizmu, druga wini niezbyt zdrową dietę. :)

Najważniejszy efekt jest taki, że wszystkie deklarujecie, że po zakończeniu akcji będziecie nadal pić wodę. Jedna z Was nawet zasugerowała, że akcja promująca nawadnianie powinna zawsze trwać na Włosowelove. Niestety nie wiem, jak miałabym się za to zabrać. Pozostaje mi mieć nadzieję, że wyniki ankiety zmotywują inne Czytelniczki do picia wody i zdrowych płynów. :)

Jedna z Was napisała, że źle się czuje po zielonej herbacie. W zależności od sposobu zaparzania, zielona herbata może odczuwalnie podnieść lub obniżyć ciśnienie tętnicze. Moim zdaniem nie powinnaś jej pić, za to koniecznie obserwować swoje ciśnienie i w razie potrzeby podjąć się leczenia. Ja mam bardzo wysokie ciśnienie i wystarczy talerz słonej zupy (na co dzień niemal nie używam soli) aby rozłożyć mnie na resztę dnia opętaną myślą „teraz już umieram”. Z ciśnieniem nie ma żartów, Kochana!

Ponieważ Wasze własne komentarze niesamowicie mnie ucieszyły i dały mi poczucie celowości tych wszystkich starań, postanowiłam się z nimi podzielić. Publikuję je anonimowo, na życzenie Autorek chętnie je podpiszę. Wyjęłam z nich fragmenty bardziej osobiste, zawierające dane osobowe, czy będące po prostu miłymi słowami na temat bloga, które były dla mnie bardzo inspirujące. Dziękuję, że podzieliłyście się ze mną kawałkiem swojej historii. Bardzo się cieszę, że nie musiałam wybierać, do kogo pójdzie nagroda, na podstawie odpowiedzi. ;)

Gdyby nie akcja nie miałabym wystarczającego samozaparcia żeby pić wodę,a wiedząc że nie jestem sama, spięłam się i poszło. Na początku było mi trudno,a teraz mam efekt "kaca", suszy mnie jak nie wypije swojej ilości wody. Organizm sam się domaga nawadniania. Dopiero teraz skojarzyłam że wysyp niedoskonałości może być spowodowany oczyszczaniem organizmu.
Wodę pije także mój synek (ma rok i miesiąc) i od małego nauczyłam go pić czystą wodę. I teraz nie mam kłopotu że musi być soczek albo coś słodkiego do picia.
Mam swoją specjalną szklankę do wody, taką większą !Stoi zawsze na widocznym miejscu, żeby mi przypominać że muszę sięgnąć po nią i jej zawartość ;).

Na początku akcji musiałam sobie przypominać, żeby na uczelnie zabrać ze sobą butelkę napoju - czy to wody, czy soku. Po kilku dniach już miałam to w głowie zakodowane :) Po miesiącu akcji czuję się zdecydowanie lepiej, i widać to szczególnie po mojej cerze - od ponad 2 tygodni nie pojawiła się na niej żadna niespodzianka.

Czasem pobolewała mnie głowa, teraz nic a nic, a jeśli zaczyna lekko boleć, piję 2 szklanki wody i za kilka minut przechodzi. Byłam od jakiegoś czasu w stanie lekkiego odwodnienia, teraz czuję się dużo lepiej :)
Synek od zawsze pił czystą wodę, ale teraz razem z mamusią pije jeszcze więcej, bo skora mama pije, to ja też muszę prawda hehe :)

Twoja akcja doskonale wpasowała się w moje próby powrotu do zdrowego trybu życia, miałam już co prawda parę "zrywów", ale dopiero tym razem udało mi się dopilnować siebie przez okrąglutki miesiąc - i wiem, że to dopiero początek, bo nie zamierzam rezygnować z dbania o odpowiednie nawodnienie.

Czystą wodę piłam i pić będę :). Jest ona dla mnie nieodłącznym elementem dnia, dzięki któremu czuję się dobrze.
Mogę napisać ciekawe doświadczenie, które opisuje jaki wpływ ma ilość wody na nasz organizm.
Bardzo łatwo je przeprowadzić wtedy, kiedy spędzamy większość dnia w podróży i nie mamy czasu na popijanie płynów.
Taka sytuacja przytrafiła się u mnie jakieś 3 dni temu. Pojechałam na zakupy do miasta oddalonego od mojej miejscowości o 60 km. Czas zleciał bardzo szybko (no cóż, wliczając awarię samochodu, ale pomijając :D), a czasu na picie szczerze nie było.
W drodze powrotnej już bolała mnie głowa. Jak tylko zajechałam do domu od razu wypiłam dużą szklankę wody i nieprzyjemne uczucie w skroniach minęło :).

Akcja była świetna, bardzo motywująca, jednak nadal picie takich ilości wody jest dla mnie dość trudne, bo całe życie piłam znacznie mniej.
Teraz na pewno się to zmieni i nowy tryb życia zostanie ze mną na dłużej :)

Akcja ta była dla mnie swoistym testem samodyscypliny, który choć nie był łatwo to jednak przeszłam go i odniosłam prywatne zwycięstwo. Motywacją do działania była myśl, że biorę w niej udział nie tylko ja. Powszechnie wiadomo, że człowiek powinien pić około 1,5 - 2 litów wody dziennie, jednak w moim przypadku było to nie możliwe ze względu na niedowagę (47 kilogramów przy wzroście 162 cm). Obawiałam się przyśpieszenia przemiany materii, co skutkowałoby dalszym chudnięciem. Jednak pozostałe braki uzupełniałam owocami tj. jabłka, pomarańcze czy grejpfruty. Po tym miesiącu zauważyłam poprawę stanu cery, skóra zrobiła się bardziej jędrna i napięta, zniknęły sińce i wory pod oczami. Moje serce zaczęło wolniej pracować, zawsze miało skłonność to szybkiego bicia, nawet w stanach spoczynku. Poza tym mam więcej energii, jestem wypoczęta, lepiej się uczę i zapamiętuje. Zdecydowanie będę kontynuować ten nowy zwyczaj i zachęcam do niego już moich bliskich. Wypracowałam sobie swój idealny system nawadniania organizmu, myślę, że nie porzucę go tak łatwo.

Witam, dziękuje za wspólną akcję i motywację, dzięki której udało mi się wytrwać. Jestem osoba z natury szczupłą, nigdy nie miałam problemu z waga dlatego pozwalałam sobie na duże ilości śmieciowego jedzenia i cale tony słodyczy. Od kilku miesięcy zmieniłam nawyki żywieniowe, zwracam uwagę na to co jem i w jaki sposób zostało to przygotowane. W większości przerzuciliśmy się z mężem na azjatyckie potrawy i produkty. (...) Pełni szczęścia brakowało mi właśnie odpowiedniego nawodnienia organizmu i dzięki Tobie udało mi się wyrobić w sobie ten nawyk.

Dziewczyny, to ja Wam dziękuję. Gdybym mogła, każdej z Was wysłałabym nagrodę. Ale nie mogę. Dlatego jedyna paczucha pójdzie do:

serojad@xxx (Matka bloguje)

Mała niespodzianka powędruje także do Wioli (wiola606@xxx).

Gratuluję! Proszę o podanie adresu do wysyłki w ciągu 3 dni. :)

***

I jeszcze jedna, przykra uwaga: Regulamin zabawy nie był skomplikowany, niemniej kilka z Was nie spełniło warunków. Dlatego następne zabawy i rozdania będą skierowane jedynie do obserwatorów bloga, co w znacznym stopniu ułatwi mi identyfikację uczestników.

Na koniec pozdrawiam dziewczynkę, która zgłosiła się pod mailem natalia****@xxx. Chciałam Ci specjalnie podziękować za zgłoszenia, wszystkie cztery. Niestety, nie zwiększyłaś w ten sposób szans na wygraną, wręcz przeciwnie. „Dziękuję” za całą dodatkową pracę, jaką kosztowało mnie naprawienie ankiety, którą zepsułaś, swoją zachłannością zafałszowując wyniki, których zebranie kosztowało i mnie, i inne uczestniczki akcji sporo pracy. Nie jesteś tutaj mile widziana. Biorąc pod uwagę Twoją uczciwość i rzetelność, życzę także wiele sukcesów w prowadzeniu bloga. Możesz już usunąć z niego mój banerek, nie chcę być z nim kojarzona.

Warto pić wodę! :)

środa, 5 lutego 2014

Małe przypomnienie :)

Dziewczyny, jeśli razem ze mną piłyście systematycznie wodę przez cały styczeń, zapraszam do uzupełnienia ankiety. Brakuje jeszcze kilku z Was

A jutro podsumowanie Waszych i moich wrażeń, dowiecie się też, do kogo trafi paczuszka. :)

wtorek, 4 lutego 2014

Mój sposób na kohl – koniec efektu pandy! :)

Jakieś pół roku temu kupiłam kohl w proszku. Naczytałam się o jego cudownych właściwościach kojących, chłodzących, wybielających białko oka dzięki obkurczaniu naczynek, chroniących przed słońcem. W dodatku miał podkreślać oko, jak czarna kredka.

No i wszystko to pięknie, ale kompletnie nie potrafię się obsługiwać szklanym patyczkiem dołączonym do opakowania. No jak sobie szklaną rurką pomalować oko? Zo mi świadkiem, że próbowałam. I to jak próbowałam! Niestety przez kilka miesięcy nie zrobiłam żadnych postępów. Nadal niemal nic proszku nie lądowało na powiece, za to bardzo dużo w oku, pod okiem i na policzku. Jeszcze nie zaczęłam robić makijażu, a już wyglądałam jak w zrobionym trzy dni temu.

Obraziłam się na kohl.

Aż zainteresowałam się kosmetykami mineralnymi. Dowiedziałam się, że istnieją miki. I że z miki można zrobić bardzo łatwo eyeliner w dowolnym kolorze. Wtedy przypomniał mi się mój osypujący się ziołowy gagatek. Na pomoc ruszył kwas hialuronowy, który razem z olejem od wielu miesięcy spełnia funkcję mojego serum do twarzy (oczywiście nie ta sama butelka).

Do szklanego lub porcelanowego naczynia wsypujemy niewielką ilość proszku. Na zdjęciu jest go o wiele za dużo. Mieszamy w proporcji 1:1 z kwasem hialuronowym. Nada się też żel aloesowy.

I już.

A takie wychodzą kreski. Na oczach też zrobiłam, ale nie będę Was katować zdjęciem podkreślającym mój brak wprawy. :) To są kreski jeszcze trochę wilgotne. Po wyschnięciu robią się całkowicie matowe. Taki „eyeliner” zasycha bardzo szybko, jednocześnie zachowując właściwości chłodzące i zwężające naczynka czystego kohlu. A jak już zaschnie, jest na cały dzień. Nie rozmazuje się, nie blaknie, nie odbija na górnej powiece.

Pamiętamy jedynie, aby kupić kohl niezawierający ołowiu, i aby wykonać próbę uczuleniową. Jestem wrażliwcem, ale bardzo dobrze reagującym na zioła, więc te z Was, którym natura nie służy, powinny szczególnie uważać.

Możecie też kupić eyeliner. Po prostu wychodzi ze mnie Poznań – nie cierpię, kiedy coś mi się marnuje. :D

Spróbujecie? Czym podkreślacie oczy? :)

poniedziałek, 3 lutego 2014

Ostatni haul w tym półroczu.

Ostatnio nic nie robię, tylko pokazuję Wam kosmetyki. Obiecuję już wkrótce się poprawić, na razie jednak po prostu muszę się podzielić z Wami radością, jaką sprawił mi prezent imieninowy. Pochwalę się już teraz, bo z kolei 6 lutego (Doroty) obdaruję jedną z Was paczką "zachętową" związaną z akcją Daj Gula. Przy okazji przypominam o wypełnieniu ankiety, połowa z osób zgłaszających się do akcji jeszcze tego nie zrobiła. :)

Wszystkie zakupy pochodzą z Setare.pl, gdzie serdecznie Was zapraszam. :) Możecie kupić tam rosyjskie i indyjskie kosmetyki, naturalne oleje i glinki, trochę akcesoriów, wybór mydeł aleppo i kosmetyków Najel. Asortyment sklepu systematycznie się rozrasta, zamówienia dochodzą szybko, i na bieżąco otrzymujemy informacje o statusie przesyłki.

Ponieważ wszystkie produkty to dla mnie nowości, nie będę Wam ich opisywała, zrobię to podczas używania. Jedyny włosowy kosmetyk to maska drożdżowa Babuszki (no bo co ze mnie za blogerka włosowa, co drożdżowej Babuszki nie wypróbowała?;)), a także Neem, który otrzymałam jako gratis, co mnie niesamowicie rozbroiło. Dark Lady dołożyła mi także całe mnóstwo próbek i rybkę, która zajęła Zochę na cały dzień. Rybka przeżyła, jeśli Was to martwi.

Jeśli zaglądacie na blogi, zapewne doskonale znacie kosmetyki Sylveco. Jeśli natomiast trafiliście tutaj dzięki któremuś poradnikowi (albo znacie mnie prywatnie i dlatego czasami coś przeczytacie), zachęcam Was do zapoznania się z ofertą firmy. Sylveco to kosmetyki polskiej produkcji, wykonane wyłącznie z naturalnych składników. Nie zawierają parafiny, alkoholu, substancji zapachowych czy silnych detergentów. Każdy składnik jest dokładnie przemyślany, i szczegółowo opisany na stronie producenta, a także na opakowaniu. Uważam, że to coś wspaniałego, że mamy polską firmę o tak sympatycznej, ekologicznej filozofii, w dodatku sprzedającą swoje kosmetyki w cenach dostępnych zwykłemu śmiertelnikowi.

Zapraszam również na FanPage firmy na Facebooku, dowiecie się tutaj w którym mieście Sylveco prowadzi aktualnie darmowe dermokonsultacje. Dzięki byciu na bieżąco załapałam się w zeszłym tygodniu do testów lekkiego kremu brzozowego. ;)

Nachwaliłam przed użyciem, choć zwykle tego nie robię. Niemniej dla mnie te wszystkie sprawy związane z marką są równie ważne jak samo działanie kosmetyku, dlatego musiałam się uzewnętrznić. ;) Poza Sylveco w paczce znalazły się wspomniana już maska drożdżowa, jako że głęboko wierzę w odżywianie skóry głowy. Neem, który z pewnością będę dodawać do henny podczas farbowania, a także kremy Bioluxe. Ten z aloesem już miałam i dobrze wspominam, awokado to dla mnie nowość, ale też mam dobre przeczucia co do niego. ;) Kremy są przyzwoite, a do tego tubka 40 ml to wydatek rzędu 6 złotych. Pierwszy raz trochę bałam się kupować takie tanie, ale niepotrzebnie.

Teraz mam już wszystko czego potrzebuję, nawet z nadwyżką. Nawymyślałam sobie kosmetyków, które bardzo chcę mieć, a które wykraczają poza moja zwykłą półkę cenową. Zapisałam je w swoim kalendarzu i po pół roku dzielnego denkowania bez zakupów (tak, spokojnie wszystkiego mi na tak długo wystarczy) pozwolę sobie na którąś rzecz z listy. Tymczasem mój tradycyjny budżet kosmetykowy będzie lądował w słoiku, śwince, skarpecie albo materacu i za te kilka miesięcy pozwoli mi na realizację zachciewajki. Trzeba się porządniej zmotywować, bo choć pisanie bloga ułatwiło mi zużywanie kosmetyków po kolei, to niestety lektura Waszych powoduje u mnie gwałtowną potrzebę kupienia tego, co chwaliłyście.

Koniec z tym, poluję w pierwszej kolejności na Kaminomoto. Dlatego myślę, że wybaczycie mi ostatni zakupowy post przez najbliższe pół roku. :D Wybaczycie? Kciuki potrzymacie za moją słabą silną wolę? ;)


EDIT: Właśnie odebrałam paczuchę :) 


sobota, 1 lutego 2014

Calmar, Argan Line, Krem nawilżający z olejem arganowym – moje wrażenia.

Maskę tę posiadam już kilka miesięcy i przez ten czas zdążyłam sobie wyrobić o niej zdanie. Serdecznie zapraszam, jeśli jesteście ciekawe tych mało na razie znanych kosmetyków. ;)

O samej marce usłyszałam, kiedy Balbina Ogryzek zorganizowała rozdanie, w którym nagrodą była maska z siemieniem lnianym. Udało mi się je wygrać i poza maską z siemieniem (recenzja tu) otrzymałam próbkę szamponu i maski z linii arganowej. Zrobiły na moich włosach efekt WOW: nie mogłam się przestać po nich głaskać, były lśniące i wygładzone, a jednocześnie puszyste, w dodatku zachowały świeżość odrobinę dłużej niż zwykle, mimo ciągłego głaskania, do którego zmusiłam też Męża („no patrz jakie gładkie i miziaj!”).

Cały zestaw otrzymałam na urodziny od mojej Teściowej (pozdrawiam, Mum!) :) Szampon zawiera SLS, dlatego w czasie przyzwyczajania włosów do rzadszego mycia po niego nie sięgałam. Za to rzuciłam się na maskę, byłam bardzo ciekawa, czy powtórzy się mój zachwyt, jaki wzbudziło pierwsze użycie.

Niestety, bez szamponu efekt nie jest ten sam, dlatego jeśli Wasza skóra głowy nie boi się SLS, polecam kupić cały zestaw. Sama maska w sklepie internetowym polskiego dystrybutora kosztuje 30 złotych/250 ml i 50 złotych/500 ml, zestaw szampon i maska 500 ml każde – 85 złotych. Kosmetyki można kupić także w salonach fryzjerskich, niestety nie znalazłam nigdzie ich listy.

Inne działanie mogę zawdzięczać także zmianie wody po przeprowadzce: choć w poprzedniej miejscowości, gdzie używałam próbek, nie było pod tym względem różowo, to w obecnym miejscu zamieszkania woda jest po prostu tragiczna, brudna i potwornie twarda.

Maska jest w dość wygodnym, trwałym słoiku o nieciekawych kolorach. ;) Dla tych, które kupują kosmetyk dla opakowania, na pewno nie będzie stanowić atrakcji. Oryginalnie pod wieczkiem była jeszcze plastikowa nakładka, uniemożliwiająca wylanie się produktu podczas transportu. Ponieważ kosmetyku ze sobą nie wożę, a w codziennym używaniu tylko by mi przeszkadzało, wyrzuciłam je przed pierwszym użyciem,

Maska jest treściwa, gęsta. Nie spływa z włosów i wystarczy jej niewielka ilość, żeby pokryć długość. Jeśli kupicie 500 ml, wystarczy Wam pewnie na rok (i w ciągu roku od otwarcia należy ją zużyć). Rozprowadza się łatwo i bez problemu spłukuje, nie zostawia na włosach ciężkiej powłoczki. Nie obciąża. Pachnie typowo fryzjersko. Nie jest to piękny perfum, ale też zapach nie męczy. Raczej nie utrzymuje się na włosach.

Na stronie producenta podany jest skład maski:

Aqua, Cetyl Alcohol, Cetrimonium chloride, Stearyl Alcohol, Argania Spinosa Oil, Tocopheryl Acetate, Propylene, Glycol, Inidazolidinyl, Methylparaben, Citric Acid, Parfume.

Bardzo sympatyczny, bez oblepiaczy, silikonów. Oczywiście nie powinno być przecinka między „Propylene” a „Glycol”, to jeden związek, nadający olejowi „suchości” i ułatwiający jego spłukiwanie, a po „Imidazolidinyl” brakuje „Urea”, cały związek jest średnio przyjemnym konserwantem. Mimo to maskę o takim składzie bez wahania położyłabym i na skórę głowy. Literówki dość często widuję w składach podawanych na stronach sklepów, choć nie wzbudzają ani mojego entuzjazmu, ani zaufania.

A co do mnie przyszło? Skład przepisany z mojego pudełka:

Aqua, Cetyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Stearyl Alcohol, Argania Spinosa Oil, Persea Gratissima, Tocopheryl Acetate, Hexyl Cinammal, Propylene Glycol, Imidazolidinyl Urea, Linalool, BHT, PEG/PPG-18/18 Dimethicone, Propylparaben Methylparaben, Citric Acid, Parfum.

Jak widzicie, skład się wydłużył, i to nie tylko o awokado. Swoją drogą, awokado co? Nie lubię takiej niedokładności w składzie. Olej awokado, ekstrakt z awokado, olej, a może miąższ? Nie wiadomo. Poza tym otrzymujemy dodatkowe substancje zapachowe, paraben, a także silikon. I BHT, które raczej nie działa dobrze na moja skórę głowy (jeszcze jeden konserwant). W opisie znajdującym się na opakowaniu producent informuje nas o zawartości oleju arganowego z ekologicznej uprawy, jednak na potwierdzenie swoich słów nie wymienia żadnego certyfikatu.

Podsumowując skład: zakochałam się w tym ze strony producenta, liczyłam na otrzymanie prawdziwej perełki wśród kosmetyków profesjonalnych. A dostałam standard. Dobrze działający, ale jednak standard, w dodatku taki, przy którym muszę uważać, aby nie miał kontaktu ze skórą głowy. Lekki zawód.

Teraz weźmy pod lupę działanie. Ta maska to pewniak. Jeśli chcę, by moje włosy wyglądały dobrze, to właśnie nią powinnam zakończyć mycie. Nie obciąża i nie skleja pasm w strąki. Nadaje blask, lekkość i sprężystość. Ułatwia rozczesywanie i sprawia, że włosy wyglądają perfekcyjnie. Myślę, że z bardzo suchymi włosami mogłaby sobie nie poradzić, bo nie zawiera substancji o działaniu szczególnie nawilżającym, ale u mnie działa pięknie. W połączeniu z wydajnością uważam ją za mimo wszystko całkiem przyjemny kosmetyk, jeśli chodzi o działanie na włosy absolutnie nie ma się do czego przyczepić. Ponieważ nie nakładałam jej na skórę głowy, nie miała żadnego wpływu na skrócenie czy wydłużenie świeżości włosów.

Sprawdzi się u Was szczególnie, jeśli Wasze włosy lubią się z olejem arganowym.

Tylko, że. W tym samym czasie używałam odżywki Nivea Long Repair. Niby tylko drogeryjna odżywka, ale również o niezłym składzie. Podobnie jak w masce Calmar zawiera wysoko w składzie olej, a dalej lekki silikon. I również daje efekt wow. Kupiłam ją za 6 złotych w Biedronce. Jest dostępna w każdej drogerii, a nawet wielu sklepach spożywczych. Jest tak samo wydajna jak Calmar i cały akapit o efektach na włosach mogłabym podpiąć też pod Niveę, która zresztą dla mojego nosa o wiele przyjemniej pachnie.

Podsumowując, maska Calmar jest bardzo dobra. Przegrywa za to ceną i dostępnością. Musiałam ją kupić przez internet, od momentu złożenia zamówienia do otrzymania paczki minął aż tydzień (nie było możliwości płatności online, jedynie zwykły przelew, choć to miało się zmienić zgodnie ze słowami pana z obsługi). Czy polecam? Tylko w duecie z szamponem z tej samej serii.

Słyszałyście o tych kosmetykach? Stosujecie w pielęgnacji olej arganowy?

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...