piątek, 31 stycznia 2014

Spowiedź włosoświra (3): Oleje

Trzecia i ostatnia część wyznań zbierackich. Pozostałe kosmetyki mam w normalnej ilości: jedno serum do końcówek otwarte i jedno zamknięte, jedną piankę do włosów, jeden suchy szampon, jeden żel i jeden wygrany w rozdaniu krem do loków.

Oleje nakładam na włosy przed każdym myciem, z reguły jest to ziołowy olej na skalp i czysty na długość włosów. Czasami nakładam też dosłownie mniej niż kroplę na suche włosy, związane w kitkę lub warkocz. Olejem zmywam też makijaż, a wymieszany z kwasem hialuronowym jest nieodłącznym elementem pielęgnacji mojej twarzy. Zdecydowanie wolę też oleje od balsamów czy maseł do ciała, stosuje je zawsze po peelingu rękawicą kessa na mokrą skórę (staram się raz w tygodniu, ale w pielęgnacji ciała brakuje mi włosowej systematyczności).

Olejami wzbogacam też średnie balsamy do ciała czy kremy do rąk. Olej migdałowy dodaję również do Zosinej kąpieli z pianką, żeby złagodzić zawarte w nim detergenty (naprawdę trudno o większe zdzieraki niż większość kosmetyków dla dzieci). Niektóre wykorzystuję też w kuchni – ryżowy, sezamowy (pomyliłam go ostatnio z sosem sojowym i kilkakrotnie „doprawiałam” nim warzywa po chińsku – nie polecam), kokosowy, rokitnikowy (pyszny do sałatek), z pestek winogron.

Oleje ziołowe:

Oilmedica – recenzja;
Amla - nie będę jej nakładać na skalp ze względu na zawartość parafiny;
Heenara – zamknięty;
Navratna – zamknięty, nie jest na kokosie, więc nie trzeba go ogrzewać w celu wydobycia z butelki;
Khadi Trifla – bardzo fajny olej, w lutym wreszcie pojawi się jego recenzja;
Maceraty: żywokostowy, z zielonej herbaty – oba na oleju słonecznikowym, kupiłam na ZSK. Zielona herbata zajmie miejsce arganowego w pielęgnacji twarzy, kiedy skończy mi się mała buteleczka. Na razie oba zamknięte;
Alterra, limonka – pachnie tak jak Oilmedica, czyli podejrzanym cytrusem. Zmywam nim makijaż.Wysoko w składzie ma oliwę, dlatego nie trafił i nie trafi na moje włosy.

Oleje czyste:

Arganowy - zamknięty; najpierw kupiłam ten, a później dostałam przywiezioną z Maroka mniejszą butelkę. Świetnie sprawdza się w pielęgnacji twarzy i włosów, to taki pewniak;
Ze słodkich migdałów – dodatek do kąpieli Zo, czasami służy mi też do demakijażu. To już moja druga buteleczka i poprzedni nie miał zapachu, tutaj wyraźnie wyczuwam woń orzechów. U mnie akurat średnio się sprawdza, najwięcej go zużyłyśmy z Zosią do Shantali;
Kokosowy (Efavit) – uwielbiam go. Jest pyszny, pięknie pachnie, sprawdza się przy masażu twarzy, wyraźnie służy moim włosom i skórze głowy i już któryś raz udało mi się go kupić stacjonarnie w małym miasteczku. Jest lekki i szybko się wchłania, dlatego też bardzo często używam go jako masło do ciała. Z reguły jest ważny około 3 miesięcy i właśnie tyle zajmuje mi zużycie słoiczka. :) Nie wiem, czy rzeczywiście odchudza, bo nie jadłam go wystarczająco systematycznie. Jakoś nie sądzę, żeby sam z siebie miał takie działanie;
Olej musztardowy – schował się z Oilmedicą, uwierzcie mi jednak, że tam jest. Na razie zamknięty, mocno liczę na jego skuteczność porostową, i trochę boję się zapachu;
Olej z orzechów laskowych – jeszcze go nie wypróbowałam, więc kompletnie się nie wypowiem;
Awokado – dostałam odlewkę i jeszcze nie miałam przyjemności używać;
Rokitnikowy – mieszka w lodówce i zapomniałam wyjąć go do zdjęcia. Mój ulubiony włosowy olej, jedyny, który mam wrażenie, że nie tylko natłuszcza, ale i nawilża włosy. To główny sprawca poprawy ich stanu. Trochę ciężki do wcierania w ciało solo, ale wymieszany z balsamem do ciała nadaje skórze promiennego kolorytu. :) Owoce rokitnika zawierają witaminy A, E i C, przy czym tę ostatnią bez askorbinazy, czyli rozkładającego ją enzymu. Oznacza to, że witamina z tego krzewu jest bardzo stabilna i odporna na czynniki środowiskowe;
Sezamowy – moje włosy dosyć go lubią, służył mi wiernie przez wiele miesięcy. Na tyle wiernie, że mam już serdecznie dosyć jego zapachu;
Olej z czarnuszki – pisałam o nim tutaj. Ostatecznie znalazłam dla niego zastosowanie: jego właściwości rogrzewające i przeciwgrzybiczne sprawiają, że świetnie się spisuje w pielęgnacji stóp. Wmasowuję go, zakładam grube skarpety i idę spać. W nocy jest mi ciepło, a rano stopy są mięciutkie i gładkie;
Ryżowy – używany tylko z doskoku, więc nie wypowiem się o regularnym stosowaniu, ale byłam zadowolona z działania na ciało, twarz i włosy. Podobno może zapychać. Włosy przyjemnie zmiękczał i nabłyszczał. Swój olej kupuję w markecie za 18 złotych za litr;
Olej z pestek dyni – na twarz czystego nie położyłam ze względu na intensywny, zielony kolor, ale na pewno będzie bohaterem jakiegoś smarowidła DIY, jak wreszcie je zrobię (zainspirował mnie glutek pod oczy Italiany). Włosy wysuszał, podobnie jak oliwa. Doskonale za to sprawdzał się jako kuracja wewnętrzna, niesamowicie podniósł odporność zarówno moją, jak i Zochy;
Olej z pestek winogron – polecam go każdemu, kto chce zacząć przygodę z olejami, tak jak ryżowy. Jest łatwo dostępny, tani, bez zapachu, sprawdza się na większości włosów. U mnie teraz już szału nie robi, ale też coraz trudniej zrobić u mnie szał. Kiedy włosy były bardzo zniszczone, każdą zmianę na plus było widać natychmiast, a teraz nawet jak coś mi robi krzywdę, to nie od razu to wyłapuję.
Lniany - nie bijcie, ale kupuję go... jako suplement diety dla psa. Bez niego Majka byłaby łysa. Robiłam kilka podejść do Budwigowych śniadanek, ale mój olej - nieoczyszczony, tłoczony na zimno - ma bardzo intensywny zapach, a moim celem nie jest męczyć się przy jedzeniu. Czasem dodaję do maski do włosów i nakładam przed myciem, jeśli nie miałam czasu na tradycyjne olejowanie.

Nie wiem, w jakim stanie robiłam te zdjęcia, połowę olejów ominęłam. I taaak, widzę, że mam ich za dużo. Toteż nowych nie kupuję, sporo z nich dostałam. Jeżeli olej ma trafiać tylko na długość włosów, nie przejmuję się też aż tak terminem ważności. Z kolei te, które można jeść, zjadam.

Kupiłyście już coś z Biedronkowej gazetki? Nie mogłam przejść obojętnie obok Biovaxowych saszetek i wzięłam te, których nie znam. :)

czwartek, 30 stycznia 2014

Spowiedź włosoświra (2): Odżywki i maski.

Używam ich sporo, duża porcja prostej odżywki jest mi potrzebna do zemulgowania oleju i pierwszego mycia włosów, kolejną mniejszą po umyciu nakładam na długość ze szczególnym uwzględnieniem lubiących się wysuszać końcówek.

Nazbierałam i zużyję:

Dramers, Look Expert. Świetnie się sprawdza w roli odzywki myjącej. Kosztuje niewiele poad 10 złotych, używam od 3 miesięcy i dopiero niedawno zbliżyłam się do dna. Bardzo wygodna butelka z pompką. Pełen opis tutaj.

Nivea Long Repair. O tej odżywce pisały już chyba wszystkie blogerki, więc ja opiszę ją w dwóch słowach: bardzo dobra. Polecam do każdego rodzaju włosów.

Olejowa Isana. Pojawiła się także nowa wersja, dodająca objętości, Chętnie ją sobie kupię, ale podczas przeceny, za piątala, co będę aż dychę płacić. Użyłam kilka razy i podoba mi się, zobaczymy jak będzie dalej.

Balsam DeBa – aż 4 butelki, bo co sobie będę żałować za 3 złote. Używana codziennie puszy moje włosy, zobaczę jeszcze jak się sprawdzi w zmywaniu oleju. W razie czego włosy mojej siostry bardzo ją lubią, więc mam komu oddać.

Balsam Venita, z wyciągiem z gingko biloba. Jestem go bardzo ciekawa, ma fajny skład, jest polskiej produkcji i nie kosztuje wiele. Na razie jest zamknięty.

Maska do włosów Henara: niezbyt porywający skład, miałam nadzieję na większe powinowactwo z ziołową farbą Heenara czy olejkiem do włosów o tej samej nazwie. Nie używam jej zbyt często ze względu na zawartość parafiny.

Maska Calmar Style z linii arganowej. Nie będę się tutaj rozpisywać, zrobię to w pełnej recenzji. ;)

Balsam Domowy Babuszki Agafii. Jeszcze nie otwarty, kupiony podczas promocji z myślą o nawilżaniu i odżywianiu skalpu. Miałam inny z tej serii i sprawdzał się w tej roli świetnie.

Mrs. Potters, Aloes i Jedwab. Nie mogłam nie kupić tej kultowej odżywki. Jestem ciekawa, czy u mnie lepiej sprawdzi się przed myciem czy po – sądząc po składzie może być i tak, i tak. Na razie zamknięta.

Kolejna legenda internetu, czyli maska Gloria. Kupiłam jako bazę półproduktową, ale przynajmniej raz wypróbuję też samą. Na razie do półproduktów używam czarnej maski marokańskiej, której dostałam bardzo dużą odlewkę, a która sama robi mi z włosów „piorun przez szczypiorek” (w wolnym tłumaczeniu: napusza, wysusza i w ogóle jakoś udziwnia). Nie rozumiem tych zachwytów nad nią, ale co kto lubi. ;)

Planeta Organica, Balsam Tybetański. Jestem pełna podziwu dla siebie, że jeszcze go nie otworzyłam, bo bardzo mnie ciekawi. ;) Nadal zamknięty, czeka na miejsce w łazience.

Biovax do włosów skłonnych do wypadania. Ma w składzie same dobroci i powinien spodobać się i długości i skalpowi. Na razie zamknięty. Nie wiem, czy Wy też tak macie, ale jeśli nie otworzę kosmetyku zaraz po zakupie, to cieszę się z niego dwa razy. Raz, bo kupiłam, i drugi raz, bo otworzyłam. ;)

Na zdjęciu brakuje odlewki maski marokańskiej i bingacza z masłem shea i 5 algami (puszek okruszek, pójdzie do mycia), a także słoiczka którejś Ziai zakupionej w osiedlowej drogerii „bo tania”, bodajże fioletowiej. Albo czerwonej. Naprawdę nie pamiętam, taki to był ważny i potrzebny zakup.

Tak więc, widzicie, Dziewczyny, jeśli uważacie, że macie za dużo odżywek, najprawdopodobniej wcale nie jest tak źle. Nie otwieram nowych, dopóki nie wykończę starych, a nowe otwieram zwracając uwagę także na termin ważności. Nie musiałam wyrzucać jeszcze żadnego kosmetyku pielęgnacyjnego z powodu przeterminowania i nie zamierzam zacząć.

Poza użyciem oczywistym, czyli do włosów, odżywki o prostym składzie wykorzystuję również zamiast pianki/żelu do golenia, a także dodaję do kąpieli Zo, kiedy ma suchą skórę. Moja córcia nienawidzi się czymkolwiek smarować i to jedyny sposób nawilżenia, jaki zniesie. ;)

W związku z rzadszym myciem włosów – a co za tym idzie, mniejszym zużyciem kosmetyków, będę kupować mniej odżywek, za to niekoniecznie już z najniższej półki. Oczywiście dopiero, kiedy zużyję zapasy całkowicie. A co! Dobry plan? :)

środa, 29 stycznia 2014

Ankieta dla uczestniczek akcji "Daj gula"

Postanowiłam najpierw napisać ankietę dla uczestniczek akcji "Daj gula", a dopiero po jej zamknięciu opowiedzieć Wam o moich wrażeniach. Dlaczego? Ano dlatego, żeby nic Wam nie sugerować i poznać Waszą opinię.

Przypomnę założenia akcji: picie przynajmniej 1,5 litra wody (i innych zdrowych płynów typu zielona herbata, rooibos, zioła, świeże soki) dziennie. Przyjmijmy, że na 2-3 dni obsuwy możemy przymknąć oko. Sama mam dwa "niepełne" dni: raz bardzo bolało mnie gardło i nie chciałam się męczyć i raz byłam okropnie zajęta i zwyczajnie zapomniałam o napojach.

Mam nadzieję, że byłyście mądrzejsze niż ja i nie dopijałyście braków tuż przed snem po to, żeby kilka razy wstawać w nocy do łazienki.;)

Nie przedłużając, bardzo Was proszę o uzupełnienie długaśnej ankiety i serdecznie Wam dziękuję za udział w akcji!

Ankietę możecie uzupełnić do 5 lutego włącznie.


***ankieta zakończona***

wtorek, 28 stycznia 2014

Aktualizacja włosów – styczeń.

Włosy zostały przycięte, niestety nie przez fachowca (a to się zareklamowałam ;p), nie wytrzymałam do wizyty i obcięłam je sama. Zważywszy, że robiłam to całkiem na ślepo, nie jest najgorzej (ta dziura po prawej to efekt uboczny robienia zdjęcia z samowyzwalaczem - dzięki odwracaniu się w tę i z powrotem włosy się podwinęły). ;) Z długości poleciało kilka centymetrów, a z warstw cieniowanych około 0,5 cm. Dzięki temu pozbyłam się najbardziej przesuszonych partii, jednocześnie zmniejszając różnicę między najkrótszą, a najdłuższą warstwą włosów.

Jestem zadowolona z działania mojej wcierki. Stosowana w niewielkich ilościach nie obciążała włosów, jednocześnie łagodząc podrażnienia. Dzięki niej i szamponowi z glinką nie miałam problemów ze skalpem. Ucieszył mnie też przyrost. Mimo strzyżenia, pasmo kontrolne wydłużyło się do 29,5 cm. Co oznacza przyrost powyżej 1,5 cm, czyli mój jak do tej pory maksymalny wynik. „Winą” za szybszy wzrost mogę obarczać i szampon, i wcierkę, myślę że najistotniejszy tutaj był jednak codzienny masaż. :)

Farbowałam włosy henną Mumtaz (odrost) i farbą ziołową Venita, odcień Rubin. Zapomniałam już jakie to urocze, jak kapie z włosów czerwona woda. Taki eksperyment zaspokoił moją chęć zmian i jednocześnie przypomniał mi, dlaczego używam czystej henny – bo się nie wypłukuje, po dwóch myciach kolor jest wieczny, a jasne ubrania i pościel bezpieczne. Te spływające różowopomarańczowe krople to jakaś masakra. ;)

W tym miesiącu używałam najczęściej:

Dramers, Look Expert – odżywka myjąca.
Szampon DIY z zieloną glinką i zieloną herbatą. Tutaj znajdziecie jego skład, a tu działanie.
Odżywka DeBa (która niestety zostanie zdegradowana do roli emulgatora oleju. Jednak shea na co dzień mi nie służy).
Maska Calmar arganowa – niedługo pojawi się recenzja.
Odżywka Nivea, Long Repair – jest bardzo dobra! Efekty widzicie na zdjęciu aktualizacyjnym. ;) Szukajcie jej w marketach, potrafi kosztować tylko 6 złotych. Na pewno po niej zdecyduję się na jakąś jej siostrę.
Oilmedica, Maska i odżywka do włosów. Nie spodobał mi się zapach tego olejku i dość wysoka zawartość oleju rycynowego. Za to pomogła ograniczyć przetłuszczanie, pięknie nabłyszczając włosy u nasady. Pełna recenzja tutaj.
Nieśmiertelna kuracja arganowa Marion, 7 efektówserum do zabezpieczania końcówek, a także odżywka w sprayu, jeśli włosy dzień po myciu są splątane i suche. Myślę, że te produkty zabiorę ze sobą do grobu, takie są wydajne. Używam serum dzień w dzień i w ogóle go nie ubywa.

Zrezygnowałam również z metody kubeczkowej. Choć mi nie szkodzi, takie same efekty używając bez bawienia się z dodatkowymi naczyniami. Spieniam szampon w dłoniach i myję skórę głowy jak zwykli śmiertelnicy. Moje włosy zrobiły się na tyle gęste, że muszę dzielić je na partie, żeby wszędzie dotrzeć. :) Oczywiście myję szamponem po tym, jak już zmyję olej odżywką (OOMO lub OOM).

W ramach zużywania zapasów w lutym wracam do mydełek. Dam skórze głowy odpocząć od wcierki. Zamierzam na zmianę używać Sesy (Ban Lab), Shikakai (Godrej) i szałwiowego (Tuli). Jestem ciekawa, czy wpłyną jakoś na przyrost. Ponadto znów zwiększę odstępy pomiędzy myciem włosów, tym razem do 2,5 dnia. Na przykład umyję włosy w niedzielę rano, następnie we wtorek wieczorem, i po raz kolejny w piątek rano. Trochę z tym zabawy, ale nie dam rady przeskoczyć od razy z dwóch dni do trzech. Trzymajcie kciuki! :)

Oprócz tego dzielnie piję wodę, i zaskakująco wiele z Was się do mnie przyłączyło (tutaj), za co bardzo dziękuję. Niebawem opowiem Wam o swoich odczuciach i przygotuję ankietę podsumowującą dla Was. Wspólna akcja była dla mnie niesamowitą motywacją! :)

A jak Wasze włosy? Radzicie sobie z wysuszeniem i plątaniem zimowym? :)

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Spowiedź włosoświra (1): Szampony.

Zebrane wszystkie razem nieco straszą, ale przyznam się Wam, że obawiałam się, że będzie jeszcze gorzej. „Niestety”, te które do tej pory otworzyłam, sprawdzają się bardzo dobrze. Te zamknięte grzecznie czekają. To jest mój najbardziej wstydliwy z włosowych zapasów, choć nie największy. Dlaczego? Dlatego, że szamponu zużywam naprawdę niewiele. Mniej więcej 50 ml miesięcznie.

Himalaya, szampon proteinowy do włosów suchych. Sprawdza się na moich włosach bardzo dobrze, niemniej przy długotrwałym stosowaniu okazał się zbyt mocny dla końcówek. Dlatego używam go od czasu do czasu, kiedy już pora na proteiny. Z powodzeniem zastępuje mi domowe, proteinowe maski.

Biotique, szampon z henną ożywiający kolor i ukrywający siwe włosy, prezent od Magdy. Bardzo jestem ciekawa, jak będzie działał, ale nadal jest jeszcze zamknięty. Musi poczekać.

Calmar Style, szampon arganowy. Zawiera SLS, ale nie jest typowym oczyszczaczem. Ze względu na walkę z przetłuszczaniem się skóry głowy jeszcze go nie otworzyłam.

Barwa pokrzywowa. Dobry, tani zdzierak. Na razie zamknięty.

Love 2 mix Organic, Pomarańcza i chili. Bardzo dobry szampon do codziennego stosowania. Polecam. Zapach nie porywa, ale ma bardzo dobry skład, a dzięki większej butelce jest atrakcyjny też cenowo. Podobno przyspiesza wzrost włosów, ale nie trzymam go wystarczająco długo na skalpie, żeby się o tym przekonać.

Love 2 mix Organic, Proteiny pszenicy i żółtko jaja. Zastępuje mi Himalayę w dokarmianiu kłaczorów proteinami, zawiera większą ich dawkę. Dlatego nie polecam go do bardzo zniszczonych włosów, może je wysuszyć. Moje przyklapki za to bardzo go polubiły. Tak jak wyżej, dobra proporcja ceny do wydajności i jakości.

Mój szampon z rozmarynem, zieloną herbatą i zieloną glinką. Chwalę go tutaj, używam na co dzień. Moje włosy następnego dnia wyglądają coraz lepiej, niedługo znów wydłużę odstęp między myciem. :)

Biotique, szampon z proteinami soi, też od Magdy. Uwielbiam! Bardzo fajnie myje, i uwielbiam jego zapach. Nie plącze, nie wysusza włosów.

Eva Natura z czarną rzepą. Ma doskonały skład, za 300 ml płacimy koło 7 złotych. :) Dziewczyny, które używały go regularnie raz w tygodniu, chwaliły za wysyp baby hair. Dlatego też go musiałam mieć, przykleił mi się w sklepie do ręki i koniec. Dobrze chociaż, że ma bardzo długi termin wazności i na razie jest zamknięty.

Garnier Neril. Przyspieszył porost włosów, nie podrażnił skóry głowy, spowodował wysyp baby hair. Obecnie niedostępny w polskich hurtowniach, ale można go kupić w Niemczech. Z racji odstawienia SLS używam go tylko do oczyszczania.

Na zdjęciu zabrakło szamponu w kostce (z SLS), czarnego mydła Natura Siberica, którym również czasem myję włosy, i miniaturki z.one concept. Nie ma także Facelle w piance, które mieszka u moich Rodziców i tam służy mi jako myjak uniwersalny. Skoro spowiedź to spowiedź, przyznam się Wam też, że kupiłam już mleczko kokosowe do zrobienia nowego szamponu. Ale termin ważności ma długi. Będę ćwiczyć silną wolę.

A był już taki czas, że miałam tylko dwa szampony otwarte i taka byłam z siebie dumna. Dlatego korzystając z pomysłu podpatrzonego u (no właśnie nie pamiętam i za skarby żadne nie mogę znaleźć. Jeśli wiecie, kto ostatnio liczył kosmetyki i zapisał to pięknie na karteczce dajcie proszę znać), zrobiłam listę otwartych kosmetyków. Dopiero kiedy zredukuję ilość otwartych opakowań do 1 lub 2 (zależy od kosmetyku, niektóre muszę stosować wymiennie), sięgnę po produkt z kartonu z zapasami. A dopiero kiedy zapasu już nie będzie, pozwolę sobie na zakup czego innego. Amen.

Jesteście zbieraczkami? ;)

niedziela, 26 stycznia 2014

Google Analytics vol.3

Siemka! :) Wśród mnóstwa sensownych zapytań i tym razem odnalazłam... mniej sensowne (pisownia oryginalna). Zapraszam!

ile kierunkow musi sie zglosic do 20 listopada zeby wyjsc na swoje
Czyżby jakiś rektor liczył kaskę? ;)

która by chciała mieć już piątek
Pewnie ta co ma właśnie poniedziałek. WTF, jakim cudem takie zapytanie zaowocowało wizytą na Włosowelove?

minimalizm to fobia
Aha.

nie myje sie codziennnie jakie moga byc tego skutki
Myślę, że ubogie życie socjalne, nie licząc nadmiaru mikrobów.

obrazy płaczących dzieci jak się tego pozbyć
Nakarmić? Na moje dziecko działa :D

sposób na rzadki skalp
Mój jest taki półpłynny jak piszę posty.

czy od zapchanych zatok moga sie powiekszyc skronie
O tak. Po 3 dniach przeziębienia masz poroże niczym jeleń.

dlaczego moje włosy się nie przetłuszczają
Jak się nie ma problemu, to się sobie wymyśli. :)

jak sie pozbyc koltuna u dzieci
Proponuję czesać włosy, albo obciąć i nie dopuścić do kołtuna.

kury domowe co robicie po całych dniach w domu?
Jak to co? Blogi piszemy, żeby zgarniać darmoszkę.

po umyciu wlosow u nasady wlosy sa tluste
No cóż, włosy należy umyć, a nie pogłaskać.

wiedźmi kociołek blob
Czarownicująca, wiem, że to tylko literówka ale od teraz dla mnie już na zawsze pozostaniesz blobem niczym Jabba. Przykro mi.

zabobony zaplątane włosy
Nie, nie, włosy naprawdę mogą się zaplątać. To nie zabobon.

I nie mogło zabraknąć pracy domowej dla gimnazjalistów i/lub obcokrajowców:

pracujac w parach, opiszcie nawzajem ponizsze zdjecia.do ktorych miejsc najbardziej chcialbys pojechac na wakacje
nudny jak...z olejem trafilo sie jak slepej... ziarno

Serio, dziękuję Wam za odwiedziny, szczególnie te nieprzypadkowe. Przepraszam Pana od wąsów, który nadal poszukuje swojej pomady, wciąż jeszcze nie zgłębiłam tematu, ale będę nad tym pracować.

sobota, 25 stycznia 2014

Czepek termiczny Inventure – porównanie z sauną do włosów, czepkiem na gumce i folią typu stretch.

Dzięki wygranej w konkursie organizowanym przez sklep Setare.pl oraz firmę Inventure mogłam zaznajomić się z tym wynalazkiem. Przyznam, że byłam bardzo ciekawa, czy rzeczywiście taki czepek termiczny jest w czymś lepszy od innych stosowanych przeze mnie gadżetów.

Zo liczy, ile czepków jeszcze zostało. ;)

W pracy fryzjera nauczyłam się posługiwać folią podobną do spożywczej. Wykorzystuje się ją do koloryzacji, a także zabezpieczenia włosów przez utratą ciepła podczas zabiegów pielęgnacyjnych. Szczelne owinięcie mokrych włosów pokrytych ampułką, maską czy olejkiem powoduje zatrzymanie ciepła naturalnie wydzielanego przez skórę głowy. Łuski włosowe otwierają się i przyjmują większą ilość produktu, który może dzięki temu wniknąć głębiej w strukturę włosa.

Na takiej samej zasadzie działa właśnie czepek termiczny. To rozwiązanie tańsze i pod pewnymi względami wygodniejsze od sauny do włosów (można się poruszać zamiast siedzieć pod kloszem).

Koniec programu sauny polega na ochłodzeniu powietrza, które otacza włos, dzięki czemu łuski włosowe zamykają się i zatrzymują produkt wewnątrz. Korzystając z czepka czy folii należy pamiętać o domknięciu łusek „ręcznie”, za pomocą chłodnej wody, płukanki, zakwaszającej odżywki, szamponu czy płynu do higieny intymnej. Nie używamy wody całkiem zimnej. Działanie sauny jest bardziej intensywne również dzięki wyższej temperaturze grzania niż ciepło ludzkiego ciała. Niemniej sauna jest dość droga i zajmuje sporo miejsca, a cały zestaw czepków jest niewielki i nie odczujemy wielkiego wydatku dorzucając go do koszyka podczas zakupów.

Czepki na gumce mają swoich zwolenników: są dość wygodne w użyciu i niedrogie, dostępne w wielu sklepach fryzjerskich i takich typu wszystko za 5 złotych. Niestety, jeśli macie sporą głowę lub długie włosy, nie zapewnią Wam dostatecznej szczelności, żeby utrzymać ciepło. Używając czepka na gumce większość włosów i tak mam zimną, poza tym zawsze znajdzie się strumyczek wody, który cieknie mi za kołnierz lub spływa po czole, by dostać się do oczu. Tutaj czepek Inventure ma znaczącą przewagę: choć pasek chłonny wydaje się cienki i niewielki, całkiem nieźle zatrzymuje kropelki wody. Jeśli dobrze odsączę włosy przed nałożeniem maski, nie kapie mi nic a nic.

Rozmiar czepka również jest większy niż takiego na gumce. Dzięki temu, że samodzielnie zawiązujemy tasiemki, wielkość naszej mini-sauny możemy wyregulować od małej do całkiem sporej. Zmieszczą się pod nim naprawdę długie i gęste włosy.

Kiedy pierwszy raz użyłam czepka, źle zawiązałam tasiemki. Na czubku powstał niewielki otwór i włosy były zimne. Później już uważałam, żeby tasiemki obwiązać też wokół folii poniżej i stworzyć szczelną „kopułkę”. Jak widzicie na zdjęciu, wszystko mi ładnie zaparowało. Mimo to dla utrzymania ciepła na czepek założyłam jeszcze turban z mikrofibry, bo temperatura była dużo niższa niż przy zastosowaniu folii spożywczej.

Folia to jednak mój ulubiony sposób. Owijanie jej szczelnie wymaga wprawy, jednak dla mnie jest łatwiejsze niż zabawa z naklejką i tasiemkami. Mogę też nałożyć jej kilka warstw, a cała rolka folii spożywczej kosztuje 5 złotych i wystarcza mi na kilka miesięcy. Opakowanie trzech czepków Inventure to podobny koszt, jednak tylko czasami czepka udało mi się użyć dwa razy, większość okazała się jednorazowa (warstwa chłonna odklejała się od folii i czepek tracił szczelność).

Podsumowując, polecam Wam samodzielnie wypróbować czepek, by przekonać się, czy odpowiada Wam takie rozwiązanie. Z przyjemnością zużyję te, które już mam, ale raczej sama nie kupię ich więcej. Tym niemniej wyobrażam sobie, że dla wielu z Was mogą okazać się wygodnym, ekonomicznym odpowiednikiem sauny do włosów.

Czepki Inventure są dostępne w Setare tutaj. Znajdziecie tu również obrazkową instrukcję zakładania i szczegółowy opis.

Próbowałyście czepków albo sauny? Używacie ciepła w pielęgnacji włosów, czy uważacie, że to już wydziwianie? ;)

piątek, 24 stycznia 2014

Post chwalipięcki, czyli dlaczego warto się do czegoś przyłożyć. :)

Tak jak nigdy w życiu nic nie wygrałam, tak odkąd prowadzę bloga dość często szczęście się do mnie uśmiecha. Przyjemnie coś wygrać w losowaniu, jeszcze przyjemniej, kiedy ktoś doceni naszą pracę i starania. Osobiście wolę właśnie takie konkursy, w których trzeba się postarać, choć oczywiście w tych drugich też czasem biorę udział.

Po tym zbiorze banałów przyszła pora na podziękowania dla Dziewczyn, które poświęciły swój czas po to, aby zebrać ciekawe nagrody i zorganizować konkurs lub zabawę na blogu. Niech Was nie zmyli tytuł, taki właśnie jest cel dzisiejszego posta: docenić starania blogerek, które organizują konkursy i sprawiają radość! :)

Ogromne wyróżnienie spotkało mnie na blogu Hedonizm&Eskapizm. :) Bardzo lubię go odwiedzać: spotykam tam inspiracje, przepiękne zdjęcia, a także całe mnóstwo wiedzy. :) Przede wszystkim jednak wyjątkowa estetyka bloga zasługuje na owacje na stojąco. Tym bardziej cieszy mnie wyróżnienie w zabawie organizowanej przez Unę: zachęciła ona wszystkie odwiedzające ją blogerki, aby zgłosiły wpis z 2013 roku, z którego z jakiegoś powodu są naprawdę dumne, :) Zapraszam Was tutaj, gdzie możecie znaleźć linki do wszystkich ciekawych postów. Dla mnie to była fajna okazja, żeby poznać blogi, na które inaczej pewnie bym nie zajrzała, bo na przykład nie mieszczą się w tematyce, której zwykle szukam. Mój wpis, który doceniła Una to post o pielęgnacji rzadkich i cienkich włosów. Dziękuję! :)

Bardzo ucieszyła mnie wygrana w rozdaniu u Farmetki. Doszłam ponadto do wniosku, że internet za bardzo rozpieszcza nas konkursami. Mimo, że jedynym warunkiem udziału w rozdaniu było wyrażenie takiej chęci, a na widok nagród ogarnęła mnie chcica z gatunku gwałtownych i nagłych, zgłosiło się mniej niż 10 osób! Naprawdę nie wiem, dlaczego. Może za mało mainsteramowe te nagrody? Albo straszne (bo półprodukty, a nie gotowce)? ;) Na zdjęciu nie znalazł się krem do fal i loków Illumyna, który zaniosłam do łazienki celem podjęcia żałosnych prób ugniecenia czegoś na mojej głowie, oraz pyszne rodzynki w czekoladzie, które Zo ujrzała, zagarnęła, i tyle je widzieli. ;)

O wodzie termalnej rozmyślałam od dłuższego czasu, zwłaszcza odkąd odkryłam, że lubię makijaż mineralny, i wypowiedziałam walkę suchej skórze. Pudru bambusowego nie trzeba chyba nikomu przedstawiać, podobnie jak glinek (zielona i niebieska, obie znam i lubię). Szczególnie ciekawią mnie algi (Ascophyllum nonodosum) i teraz będę zbierać się na odwagę, żeby ich użyć. Dla mnie ta paczuszka to bomba. Próbek było więcej, ale przecież musiałam je wypróbować! ;)

I na koniec paczuszka od Marty, za którą po raz piętnasty chyba dziękuję, dziękuję, dziękuję! :) Bardzo przyjemnie brało mi się udział w samym konkursie – zadanie polegało na opisaniu najpiękniejszych Świąt, i przywołanie tych wspomnień było nagrodą samą w sobie. :)

Ale ponieważ świat jest piękny, a Święta obfite, nie zabrakło tez nagród rzeczowych. Brawo dla Marty za zebranie takich cacuszek! :) Płyn do twarzy Fitomedu, którego ogromna pojemność sprawiła, że już nigdy, przenigdy nie będę musiała oszczędzać hydrolatu. Odżywka i szampon dla efektu wow, które dzięki mniejszym pojemnościom chętnie zabiorę ze sobą na wyjazd. Kosmetyki Paula's Choice, które pozwolą mi sprawdzić, czy moja hiperwrażliwa mordka poradzi sobie z kwasami. Pomadka w kredce w stonowanym kolorze. Nigdy nie używałam takiego kosmetyku, kto wie, może przekonam się do malowania ust? :)

Paletka MUA, która uparła się być mało fotogeniczna. Zapewniam Was, że na żywo wygląda przepięknie i sama Kaczmarta przyznała, że ciężko jej się było z nią rozstać. ;) Dzięki niej wykonam i dzienny, niewidoczny makijaż, i mocniejsze smokey. Fiolety na żywo są bardziej napigmentowane niż na zdjęciu, a błękity mogą się sprawdzić na przykład do robienia kolorowych kresek. <3 Beże znajdziemy w wersji zarówno połyskującej, jak i matowej. Powyższa paletka zaspokaja w zupełności moje potrzeby cieniowe, nie muszę kupować już nic więcej. :)

W paczuszce, poza uroczą kartką z owieczkami, znalazł się też zestaw korektorów i rozświetlacza Gosh. Sama przenigdy nie wpadłabym na pomysł zakupienia takiego gadżetu, a po pierwszym użyciu widzę, że to może być błąd. ;) Korektory są łatwe w obsłudze dzięki kremowej konsystencji, łatwo stapiają się ze skórą i trudno z nimi przesadzić. Kremowość jak za sprawą magii znika chwilę po aplikacji, więc kosmetyk trzyma się twarzy. Dla takiej sieroty makijażowej jak ja – rewelka! :)

I jeszcze cień od Gosh. Mój najulubieńszy kolor cienia. Nic dodać, nic ująć, właśnie chciałam dokładnie taki zakupić. Mimo zdobycia takich wspaniałości, raczej nie spodziewajcie się postów makijażowych, zostawię je blogerkom, które się na tym znają.

W każdym razie, Dziewczyny, warto brać udział w konkursach! To świetna zabawa, a jak widać, można też wygrać coś fajnego. ;)

czwartek, 23 stycznia 2014

Jak pielęgnowałam noworodka? Nasze pierwsze tygodnie z Zo pod kątem mycia, kąpania, przewijania.

Dzisiaj post na specjalne życzenie, napisany po bardzo miłej korespondencji. :) Muszę zaznaczyć, że nie jestem wyrocznią i opisane przeze mnie metody odnosiłam jedynie do własnej córeczki: zdrowej, bez alergii, egzemy, zapalenia skóry czy innych problemów. W przypadku wątpliwości i jakichkolwiek zmian skórnych, należy postępować zgodnie z zaleceniami położnej i lekarza.


Do pielęgnacji Zosi przygotowała nas zarówno szkoła rodzenia, jak i doświadczone położne w szpitalu. Kiedy kąpały dzieci, zawsze pytały, czy któraś mama chce przekonać się, jak to wygląda. Było tu pouczające doświadczenie: zobaczyłam, że nawet takie maleństwo można umyć i wcale się od tego nie rozleci. ;) W dodatku kąpany chłopczyk sprawiał wrażenie, jakby zabieg sprawiał mu przyjemność. Dzięki temu nie bałam się wykąpać naszej Zosi po powrocie do domu.

Odczekałam jednak dwa dni – bardzo wymęczył mnie poród i wolałam wytrzeć córkę wilgotną szmatką na łóżeczku czy na leżaczku, niż upuścić ją do wanienki (a w naszym przypadku miski, potem większej miski, a potem już dużej wanny – razem z mamą lub Tatą. Zo zawsze była długa).


Czym myłam Zosię? Wodą. :) Taka mała istotka nie jest przecież brudna, najwyżej się troszkę obślini. Dbałam o to, żeby wodę czymś zmiękczyć, na przykład naturalnym mydełkiem. Bardzo dobre są również emolienty do kąpieli, w aptece polecili nam Oilatum, w szpitalu Emolium. Nie kupiliśmy żadnego, zaopatrzyliśmy się za to w olejek ze słodkich migdałów. :)
Powiem Wam, czego w żadnym wypadku nie polecam używać: żadnych kosmetyków z parafiną (to bardzo ważne! Parafina bardzo oblepia delikatną skórę, spotkałam się również z opiniami, że może również osadzać się na nerkach), silnymi detergentami (SLS, SLeS), ani nawet pseudodelikatnych żelów czy płynów do kąpieli dla niemowląt i noworodków (na przykład Jonhson&Jonhson mają niby delikatne, antyalergiczne składy, ale bardzo nieprzyjemnie ściągają i przesuszają skórę. Włosy po nich przypominają wytrawione kłaczki lalki, a skórę rąk wysuszały bardziej niż niejeden płyn do mycia naczyń. Detergenty są delikatne, ale jest ich sporo, i nie są zrównoważone substancjami nawilżającymi i natłuszczającymi).

Z naturalnych sposobów u nas bardzo dobrze sprawdzało się naturalne mydełko (aleppo, mydło oliwkowe), odrobina olejku dodana do kąpieli. Uważałabym natomiast na kąpiel dziecka w herbatce rumiankowej czy innej – zioła mogą bardzo uczulić. Dobrze sprawdzają się orzechy piorące, ale woda z takim wywarem jest gorzka i bardzo szczypie w oczy przy najlżejszym kontakcie. Ortodosyjne eko-mamy kąpią swoje dzieci w wodzie z odrobiną własnego pokarmu, jednak nigdy nie udało mi się odciągnąć większej ilości niż jedna łyżeczka. ;)

Powtórzę tutaj, bo zawsze warto to powtarzać: To, że nie możesz odciągnąć mleka laktatorem nie oznacza, że masz go za mało. Natura jest bardzo mądra i często piersi wytwarzają pokarm na bieżąco, tylko przy karmieniu malucha. Żaden laktator, choćby najdroższy, najbardziej markowy, masujący niczym najznakomitszy kochanek i w ogóle najcudowniejszy nie zastąpi Twojego dziecka, spojrzenia w oczy, dotyku małej rączki i tych rozkosznych małych stópek. Jestem najlepszym przykładem: nigdy nie udało mi się odciągnąć mleka na zapas, a z powodzeniem karmię moją córcię już ponad dwa lata. :)


A co z myciem włosków? :) Uważam, że codzienne używanie szamponu w przypadku noworodka to jakieś nieporozumienie. Wystarczy główkę umyć tą samą wodą, która jest w wannie./misce/wiaderku do kąpieli. Szampon należy wprowadzić dopiero, kiedy dziecko ma prawdziwe włoski! Zosi włoski poznały szampon dopiero, kiedy miała pół roku, i tylko dlatego, że pojawiła się ciemieniuszka. Obecnie Zosia w ogóle nie używa szamponu. Raz w tygodniu na włosy nakładam jej olej, a potem zmywam go odżywką. Odżywka do włosów o prostym składzie jest też najczęstszym dodatkiem do naszych kąpieli. :) To taki ekonomiczny odpowiednik emolientowego płynu do kąpieli.

No właśnie, a co na ciemieniuchę? Męczyliśmy się z łuską dość długo używając naturalnych i aptecznych sposobów, od tanich po dość drogie. A ostatecznie rozprawiłyśmy się z nią raz na zawsze w jedno popołudnie. Naprawdę! :) Na ciemieniuchę polecam krem ziajka, taki zwykły, do buzi (zdjęcie ze strony producenta):

Kosztuje około 5 złotych. Wprawdzie zawiera parafinę, ale uwierzcie mi, że to jedyny środek, który zadziałał. Nałożyłam go grubą warstwą na główkę Zosi, a kiedy po godzinie sięgnęłam po szczoteczkę dla dzieci, sczesałam razem z kremem całą łuskę. Całą! Główka była jak nowa. Nie mogłam uwierzyć, że to, czego nie osiągnęłam w wiele tygodniu troskliwych zabiegów, udało mi się zwalczyć w jedno popołudnie, kremem dostępnym w każdym markecie i w dodatku tanim jak barszcz. A jednak.


Co robić z paznokietkami? Dopóki się da, nie obcinamy ich. Na początku są tak mięciutkie, że same odginają się i można zdjąć nadmiar po prostu delikatnie pociągając. Przez to, że płytka paznokciowa niemowlęcia jest tak delikatna, bardzo łatwo skrócić ją za bardzo, sprawiając dziecku ból, a w skrajnych przypadkach trwale zniekształcając paznokcie. Zaleca się nie używać nożyczek przez około 6 tygodni. U nas po tym czasie świetnie sprawdziły się zwykłe, „dorosłe” nożyczki do skórek. Kiedy Zosia była jeszcze malutka, obcinałam jej pazurki przez sen, a teraz sama do mnie przychodzi, żeby obciąć. Te dziecięce sprzęty pewnie są bezpieczniejsze, ale obcięcie nimi tak małych paznokci na wystarczająco krótkie, żeby maluch się nie podrapał, w moim przypadku było niewykonalne.


No dobrze, a co z pępkiem? W pielęgnacji pępka panują „mody”, i te dwa lata temu, kiedy rodziłam Zo zalecano mycie pępka w wannie i dokładne osuszanie, oraz jak najczęstsze zapewnianie dostępu świeżego powietrza. Zwykle też pieluszki w najmniejszych rozmiarach są specjalnie wycięte, żeby nie urażać wrażliwego miejsca. Niestety, w naszym przypadku choć teoretycznie mydło powinno pępek wysuszyć, kikut był ukształtowany w ten sposób, że nie byłam w stanie osuszyć go do końca. Po kilku dniach odwiedziła nas doula i poleciła nam starszy sposób – wacik ze spirytusem. Kupiliśmy kilka takich już gotowych i po 3 dniach kikut odpadł, a ranka była ładna i czysta. :) Oczywiście nie obyło się też bez rozpaczy i rzewnych łez Tatowych, kiedy podczas zmiany pieluszki zadarł lekko strupek i wylało się z pół kropelki krwi. ;)


W pielęgnacji pupy warto odpuścić sobie używanie wyłącznie gotowych „mokrych chusteczek”. My mieliśmy muślinowe ściereczki, które przechowywaliśmy w pudełku z wodą i olejkiem lawendowym, a po użyciu praliśmy. Można kupić gotowe, albo zrobić je samemu. :) Wybraliśmy tę drugą opcję jako dziesięć razy tańszą. Kiedy Zo podrosła, po prostu myliśmy jej pupę w umywalce. Smarowaliśmy pupę, kiedy była zaczerwieniona bardzo cienką warstwą Sudocremu. Nie widzę potrzeby używania go po każdym przewijaniu, jedynie wtedy, kiedy jego działanie ochronne było szczególnie potrzebne, na przykład podczas ząbkowania (zmieniał się wtedy skład chemiczny moczu na bardziej „żrący”).

Ponieważ nasze kąpiele rzadko były wysuszające, a zwykle wręcz lekko natłuszczały, pozostało nam jedynie od czasu do czasu zadbać o nawilżenie. U nas świetnie się sprawdzał w tej roli balsam Hipp (szampon i oliwka również mają fajne składy i dostępność), a wielka butla sprawiała, że musiałam też go używać, żeby nie przekroczył terminu ważności. ;). Zosię smarowałam balsamem 2-3 razy w miesiącu, za to codziennie jej skóra dostawała ogromną dawkę oleju ze słodkich migdałów albo winogronowego, dzięki masażom Shantali. BTW, polecam Wam Shantalę i żałuję, że Zosia dość szybko z niej wyrosła.

Jak już pisałam, to są nasze metody. Nie traktujcie ich jako jedyne słuszne, zawsze najważniejsze jest zdanie lekarzy i położnych. Choć myślę, że ograniczenie ilości chemii w pielęgnacji tak małego osobnika, z bardzo cienką i przepuszczalną skórą, będzie korzystne w każdym przypadku. :)

Chodzi mi po głowie jeszcze jeden post noworodkowy: co nas jako świeżo upieczonych rodziców najbardziej przerażało. Chcecie? :)

środa, 22 stycznia 2014

Jak mogę więcej się ruszać? Kilka rad dla kury domowej bez ambicji. ;)

Dla wielu z Was mój problem będzie pewnie zabawny, ale jestem grubasem i leniem. Jeszcze dwa miesiące temu rzeczywiście trudno było mi wygospodarować czas na aktywność fizyczną inną niż zabawa na spacerze z Zo. Potem czekała mnie przeprowadzka i remont, a zaraz po nim (zostały już tylko sprawy kosmetyczne) chcieliśmy wszyscy nieco odpocząć. Kiedy próbowałam ćwiczyć w domu z dzieckiem, natychmiast rzeczone dziecko wisiało na mnie i zanosiło się śmiechem. Jeśli było za drzwiami, straszliwie płakało, że chce do mamy. Jeżeli spało, budziło się, choćbym robiła tylko brzuszki. Innej opcji nie było, bo zwyczajnie nie miałam gdzie Męża z Zochą wysłać.


Ale teraz skończyły się moje wymówki. Mąż pracuje krócej niż w poprzednim miejscu, ma też wolne weekendy, poza tym nie jestem już jedyną osobą, która potrafi uśpić Zo, choć wciąż preferowaną. Odległość 30 km, jaka dzieliła mnie od najbliższego basenu, zmalała do 500 m. Pływanie to moja ulubiona aktywność fizyczna, razem z jazdą rowerem. Wiosną, latem i jesienią co weekend wybieraliśmy się całą rodziną na wycieczki. Na swoim rowerze wiozłam Zo, a TŻ dzielnie trzymał smycz z Majką, dla której przebiec 30 km jednego dnia to pryszcz.

Przyszła zima i zmalała ilość czasu, jaką mogłam spędzać na dworze z Zo. W międzyczasie przeżyliśmy przeprowadzkę i remont, wyczerpującą i fizycznie, i psychicznie.

Ale, ale! Przecież są też i inne rzeczy, które mogę robić, żeby zwiększyć ilość aktywności, a tym samym poprawić swoje zdrowie, samopoczucie, i – mam nadzieję – wagę. A ponieważ jak dotąd blog była dla mnie wspaniałą motywacją, postanowiłam podzielić się i z Wami moimi pomysłami, a następnie się z nich rozliczać.

Mój portfel nadal nie jest szczególnie zasobny, podobnie jak ograniczony jest czas, jaki mogę spędzić bez mojej córci. Niemniej jest kilka prostych rzeczy, które łatwo mogę zmienić.

  1. Basen 3 razy w tygodniu. Jeżeli zamiast moczyć się w jacuzzi będę energicznie pływać, stopniowo zwiększając dystans, co najmniej wzmocnię się, odciążę plecy i poprawię krążenie w nogach. Nie wspomnę o tym, że woda wspaniale mnie relaksuje, a jak wszyscy wiedzą, szczęśliwa mama to szczęśliwa cała rodzina. ;) Nasz basen oferuje bardzo korzystne karnety, a także zniżki rodzinne. Dzieci poniżej 3. roku życia nie płacą, dlatego koniecznie zabiorę czasami ze sobą Zo i jej Tatę.
  2. Przestanę prosić Męża, żeby robił zakupy po drodze do domu. Będę planować jadłospis na następny dzień lub dwa, żeby mieć wszystko, co mi potrzebne do przygotowania obiadu, a po zakupy wybiorę się sama, po południu. Albo z całą rodziną, chodzi o to, żebym wyszła z domu i poczłapała do sklepu i z powrotem.
  3. Wrócę do wieczornych spacerów z psem. Majka będzie szczęśliwa. :) Do tej pory to TŻ zajmował się ostatnimi spacerami, bo Zo zasypiała tylko przy cycu. Dosyć już tego, poradzą sobie beze mnie. Pies będzie szczęśliwszy dzięki długim spacerom, a ja będę miała chwilę, żeby spokojnie pomyśleć, albo posłuchać muzyki. <3 Moja mp3 od dwóch lat leży nieużywana, a kiedyś nie wyobrażałam sobie wyjścia z domu bez niej.
  4. Na poranne spacery z Zo przestałam już zabierać Majkę, i będę nadal tak robić. Do tej pory musiałam ogarnąć psa na smyczy, posprzątać po nim, a jednocześnie nadążyć za Zosi pędem do zabawy. Wskutek tego pies czekał przywiązany gdzieś do ławki, a ja cały czas bałam się, że jedną lub drugą pannę stracę z oczu i coś im się stanie. Taki spacer bardzo wyczerpywał mnie psychicznie, a przez to był za krótki i nikt nie był z niego zadowolony, a każde wyjście było źródłem stresu.
  5. Kiedy zrobi się cieplej, przynajmniej jeden spacer w tygodniu zastąpię marszobiegiem. Bieganie zimą u mnie zakończyłoby się natychmiastowym przeziębieniem, a siłownia wiąże się z kolejnymi wydatkami (w dodatku nigdy nie lubiłam takiej aktywności, a szczególnie z moją sporą nadwagą czułabym się tam oceniana i nie na miejscu).
  6. Odnajdę zagubioną podczas przeprowadzki matę do tańczenia i jej używać. To świetna zabawa. :)
Jestem dobrą mamą. Odkąd zaszłam w ciążę przewartościowałam swoje życie i podporządkowałam je całkowicie opiece nad córką. To bardzo ładnie, ale nie zauważyłam podczas tych zmian, że z macierzyństwa zrobiłam sobie wymówkę, aby zapuścić się, rozleniwić i roztyć. Niemal dwa i pół roku po porodzie nadal mam całą ciążową nadwagę. Przy czym mam wrażenie, że jestem mniej sprawna niż pod koniec ciąży (!), bo wiele czynności sprawia mi teraz trudność.

Przez ostatni rok ogarnęłam się nieco „urodowo”: zadbałam o włosy, twarz, poprawiłam dietę. Jednak nadal zajadam doły słodyczami. I przecież wiem doskonale, jak krótkoterminowe i głupie w gruncie rzeczy jest dbanie o siebie wyłącznie od zewnątrz. Pora to zmienić. Zaczynam rozliczać się z codziennej aktywności. Trzymajcie mnie za słowo.

Może same przechodziłyście lub przechodzicie przez coś podobnego? Gdzie szukać pomocy i wsparcia? Znacie jakieś ciekawe społeczności dla zasiedziałych leniuszków, które chcą coś zmienić?

Może z odchudzania uda mi się zrobić hobby i pasję, tak jak to miało miejsce z włosami? :)

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Tydzień z życia moich włosów

Chętnie czytam takie posty u innych dziewczyn. Jeśli jesteście ciekawe jak dbam o swoje włosy w praktyce, czytajcie dalej! :)

Właściwie moja pielęgnacja jest dość nudna. Używam danego produktu aż się nie zużyje, a każdy wystarcza mi na bardzo długo. Odkąd myję włosy rzadziej, wydajność wszystkiego jeszcze wzrosła. ;) Mam już za sobą etap eksperymentowania i używania codziennie czego innego, dlatego postarałam się pokazać Wam nieco ciekawszy tydzień - kiedy wyjechałam (mam komplet kosmetyków u Rodziców, żeby nie wozić ich kilka razy w miesiącu tam i z powrotem) i farbowałam włosy, co wiąże się z ich oczyszczaniem szamponem z SLS. Zwykle moja pielęgnacja wygląda jak dwa pierwsze dni, tylko na zmianę używam silikonowej i bezsilikonowej odżywki.

Poniedziałek
wieczorem: oilmedica (skalp), olej arganowy (długość)

Wtorek
rano:
Odżywianie: Dramers (emulgowanie oleju)
Mycie: zielonek DIY
Odżywianie: BingoSpa, Shea i 5 alg (na 30 minut pod czepek)
Zabezpieczenie: Marion z olejkiem arganowym (spray+serum)
wieczorem:
Wcierka: DIY

Środa 
wieczorem: 
olej rokitnikowy (całość)

Czwartek
rano:
Odżywianie: Hegron
Mycie: Facelle w piance
Odżywianie: maska Fructis nutri gładki
Zabezpieczenie: Jedwab Green Pharmacy
wieczorem:
Wcierka: DIY

Piątek
nic

Sobota
Mycie: Garnier Neril x2
Strzyżenie: samodzielnie, nie dotarłam do fryzjera :(
Farbowanie: Henna mumtaz (odrost) + farba ziołowa Venita Rubin (końcówki)

Niedziela
nic

Włosom poświęcam dziennie 10 do 15 minut, i to łącznie z ich rozczesywaniem i upinaniem, oczywiście farbowanie trwa odrobinę dłużej. Myślę, że niektórym samo suszenie zajmuje więcej czasu. :) 

Jak uważacie, moja pielęgnacja jest przesadnie bogata, czy wcale nie taka szalona? ;)

niedziela, 19 stycznia 2014

Mity o włosach (7): czy częste zmiany odżywki mogą wywołać łupież?

Spotkałam się z taką teorią na jednym z blogów i szybko przekonałam się, że nie było to twierdzenie odosobnione. Po pierwszej myśli „Oczywiście, że gdybym chciała sprzedać jak najwięcej swojej odżywki opowiadałabym wszystkim, że mieszanie jej z inną to zuo” przyszła pora na głębszą refleksję.

Po pierwsze, należy wyjaśnić, że to co nazywamy „łupieżem”, a co nam dokucza po nieudanym produkcie pielęgnacyjnym – najczęściej szamponie – to raczej suchy naskórek, który łuszczy się w wyniku przesuszenia skóry głowy, jej podrażnienia lub reakcji alergicznej. Właściwy łupież wywołany jest nierównowagą mikrobiologiczną skóry głowy lub niewłaściwymi procesami zachodzącymi w organizmie (jak zaburzenia gospodarki hormonalnej). Bardzo trudno wyhodować sobie łupież tłusty, suchy lub pstry wyłącznie używając nieodpowiedniej odżywki, a nawet szamponu. Musielibyśmy ignorować wszystkie negatywne objawy (świąd, wypadanie włosów, łuszczący się naskórek) i używać niewłaściwego produktu przez wiele tygodni, aby zmiany na skórze głowy miały charakter chorobowy.

W przypadku zwykłego podrażnienia (umyłam włosy tym alba tamtym szamponem, bardzo swędziała mnie głowa i zauważyłam białe kawałki naskórka na ramionach) wystarczy odstawić produkt, który nam szkodzi, ewentualnie dołączyć do pielęgnacji środek łagodzący i nawilżający, który zniweluje uczucie dyskomfortu, jak żel aloesowy, d-pantenol, Cerkogel, emulsja Emolium do suchej skóry głowy. U mnie w tej roli poza żelem aloesowym doskonale sprawdzała się żyworódka z gliceryną oraz olejek łopianowy (za wyjątkiem olejków Green Pharmacy, które mnie podrażniały, zapewne z powodu BHT w składzie).

Tym trudniej mi uwierzyć, że częste zmiany odzywki same w sobie mogą wywołać łupież. Zwykle odżywki nie nakładamy przecież na skalp. Sama robię to dopiero odkąd nauczyłam się wystarczająco skutecznie czytać składy – wybieram odżywki bez brzydkich konserwantów, alkoholu, silikonów, za to z substancjami nawilżającymi, i na pewno nie przy każdym myciu. Od ucha w dół czy od karku w dół możemy nakładać na włosy co nam się żywnie podoba, bez szkody dla skalpu.

Nie wszystkie włosy natomiast polubią częste zmiany kosmetyków, przy dużej rotacji produktu trudniej również ustalić co jest przyczyną problemów, jeśli jakieś wystąpią.

Podsumowując: kosmetyki w ogóle niezmiernie rzadko są przyczyną łupieżu (a nigdy bezpośrednią). Niewłaściwy produkt pielęgnacyjny może spowodować stan zapalny skóry głowy, ale jedynie jeśli ma z nią kontakt, co w przypadku większości odżywek nie ma przecież miejsca. Nie polecam natomiast mieszania ze sobą gotowych kosmetyków w jednej porcji: mogą wchodzić ze sobą w reakcje, co znacznie zwiększy ryzyko szkodliwego oddziaływania na włosy i skalp.

piątek, 17 stycznia 2014

Są czarne mydła i są czarne buble.

Jeszcze nie zdarzyło mi się, żebym kupiła naturalne mydło i nie była z niego zadowolona. No, może raz. Dzisiaj o tym razie.

Na fali zachwytów nad olejkiem z czarnuszki postanowiłam zakupić to mydło zrobione w 100% właśnie z olejku nigella. Aczkolwiek, kiedy się nad tym zastanawiam, nie wiem dlaczego uznałam, że skład mojej kostki jest właśnie taki. Na opakowaniu są same arabskie robaczki, na aukcji na której ją kupiłam brak podanego składu. Mimo to cały czas byłam przekonana, że wiem co kupuję i dopiero pisząc tego posta ze zdziwieniem widzę, że jednak nie. Mam nadzieję, że to ostatnia taka wpadka, bo trochę mi głupio. ;) Krzywdy mi nie zrobiło: zdecydowanie jest mydłem, ślimaczy się jak naturalne, nie zawiera dodatków zapachowych, więc nie jest najgorzej.

Obfotografowałam mydło bardzo obficie, kiedy tylko wyjęłam je z paczki, niestety zachowało mi się jedynie jedno zdjęcie, widoczne w nagłówku, dlatego pożyczam sobie obrazek (źródło). Mydełko jest włożone luzem do kartonika. Zawiera sporo niezmydlonego oleju, więc nawet sucha kostka jest bardzo klejąca. Poleżało u mnie kilka miesięcy i stwardniało odrobinę.

Czym zatem naraziło mi się tak okropnie, że ochrzciłam je bublem?

Po pierwsze, okropnym smrodem. Ja dużo rozumiem i wiele zapachów zniosę: mogę wypić drożdże, wysmarować się rzepą, zapach aleppo to dla mnie bajerka, wręcz stronię od myjadeł, które pachną (bo zwykle robią mi krzywdę). Ale to coś wonieje nie do opisania. Jak nieświeża rukola, jak podpieczone opony, jak po prostu dziwny, szurnięty brat ropy naftowej.

Po drugie, nie wystarczy, że zajeżdża gumą/ropą, o nie! Musi jeszcze podejrzanie wyglądać. W mydle są ścierne drobinki. Podejrzewałam je o powinowactwo z węglem (bo mydełka węglowe podobnie się zachowują), ale w trakcie zużywania kostki natrafiłam również na... małe, kolorowe papierki. Znaczy to, że mydło było przetwarzane, powstało z innych mydeł, dodano do niego oleju i ponownie uformowano w kostki, wszystko to bez szczególnej troski o czystość. Niektóre kawałki wyglądają na kawałeczki mydeł toaletowych (różowe), inne podejrzewam o bycie zwykłym piaskiem. Kupiłam kiedyś mydło aleppo wytwarzane na podobnej zasadzie, ale tamto poza tym było świetne, więc sporadyczny celulozowy intruz mnie nie ruszał. Tutaj skrawki papierków, niezidentyfikowane drobinki i dziwaczny zapach sprawiają, że poważnie się zastanawiam czy przypadkiem wielbłąd na pudełku nie oznacza, że to dla niego przeznaczony jest produkt...

Ale, żeby nie było, że same wady, to dodam jeszcze dwie: mydło to nie myje. Zamiast tego wysusza i brudzi. Tworzy brudną emulsję, którą trudno nazwać pianą. Piana wysusza, ściąga i skleja skórę, poza tym wbija się w jej załamania: zmarszczki, suche skórki przy paznokciach, skórę pod płytką paznokcia i tworzy tam szaroczarny osad. Tak więc pomysł, żeby umyć nim ręce, upadł – można nim ręce pobrudzić, jak widać na zdjęciu. Przydać się może najwyżej do stylizacji a 'la hiena cmentarna.

Za kostkę 75 g zapłaciłam 12 złotych. Jeśli macie masochistyczne skłonności, polecam: za 12 złotych kupujecie mydło na wieki. Przez 6 miesięcy nie zużyłam nawet pół kostki. Ani w tym się myć (patrz wyżej), ani zużyć do sprzątania, czy prania, psa też strach wykąpać. Zachowam je jeszcze, w razie adopcji wielbłąda będę miała co mu zaproponować.

Rada dla ciebie, przyszła Doroto: czytaj składy. Przecież potrafisz. Jak nie ma składu, to o niego dopytaj, albo w ogóle odpuść sobie zakup. Dobrze? Dobrze.

środa, 15 stycznia 2014

Fryzura: grube fale dla leniwych.

Dawno nie było posta z fryzurą. Mam dla Was w zanadrzu (w sensie, że w głowie) jeszcze jedno upięcie dla niesfornych grzywek, ale muszę jeszcze wymyślić jak uwiecznić je na zdjęciach albo filmie.

Na razie więc fryzura, która dosłownie robi się sama i daje taki efekt jak lubię najbardziej: grube, mięsiste fale. Oczywiście jeśli Wasze włosy są proste jak druty, to nawet z pomocą stylizatorów fale się rozprostują w ciągu godziny czy trzech. Trudno się mówi. ;)

Wykorzystałam najwygodniejszy moim zdaniem rodzaj twistera. W środku mają drucik zamiast sztywnej i nietrwałej blaszki, a przez duży otwór wygodnie zmieścimy dowolną ilość włosów wraz z nadgarstkiem, zachowując swobodę ruchów. Drut w środku jest dość gruby i nie odegnie się sam, a obszyto go miękkim materiałem, który jest łagodny i czuły dla Waszych wychuchanych włosów. Swoje twistery kupiłam na ebayu (konkretnie tutaj – wrzucam link, bo najróżniejszych pomocników do koka jest całe mnóstwo i trudno znaleźć określony typ) za około 3 złote za sztukę, ale pojawiają się też na allegro. Żałuję tylko, że wzięłam zaledwie dwa, bo są naprawdę fajne.

Rozczesałam kłaczory, podzieliłam je na pół i przełożyłam przez otwór w twisterze tak, żeby złapać wszystkie włosy, czyli odrobinę powyżej linii cieniowania. Końce owinęłam wokół twistera, a następnie przytrzymałam je resztą włosów i zagięłam końce gadżetu. Powstały dwa ślimaczki.

Na ślimaczki założyłam czapkę, chwyciłam Zochę pod pachy i poszłyśmy na spacer. Po powrocie rozwinęłam stwory i obejrzałam sobie bałagan, jaki powstał na głowie. Wybaczcie po raz kolejny jakość zdjęć. Nie jestem mistrzem painta. :(

A potem rozczesałam włosy. Przy twarzy powstały grubsze loczki, których nie udało mi się sfotografować. Fryzura jest banalna, i z powodzeniem można w niej spać, nic nie ciągnie i nie gniecie. Jeśli macie taką fantazję, możecie użyć mniejszej lub większej liczby twisterów, im więcej ślimaczków, tym drobniejszych fal/loczków się doczekacie.

U mnie takie rozwiązanie sprawdza się o wiele lepiej niż kok-ślimak wiązany gumką, który zawsze mnie uwiera i ciągnie, daje nieprzewidywalny efekt i odgniata i plącze końcówki włosów, czy taki spinany żabkami albo wsuwkami, który rozplątuje się sam po kilkunastu minutach.

Lubicie takie gadżety? Jaka jest Wasza ulubiona fryzura do snu? :)

wtorek, 14 stycznia 2014

HexxBOX – Poznaj i testuj z 1001pasji!- Oilmedica, maska i odżywka do włosów.

Długo zbierałam się do tej recenzji. Chciałam ocenić produkt pod każdym możliwym kątem i wykazać się dogłębną analizą jego właściwości. Bardzo dziękuję Hexx za umożliwienie mi przystąpienia do fantastycznego projektu, jakim jest HexxBox, i to w momencie, kiedy Włosowelove nawet nie raczkowało, raczej uczyło się siadać. ;)


Oilmedica należy do mojego ulubionego rodzaju kosmetyków, jest to olejek do włosów. Nazwa „maska i odżywka” może być myląca, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że dzięki temu kosmetyk miał trafić do większej grupy odbiorców niż tylko włosomaniaczki. Mimo wszystko jeśli produkt kupi ktoś, kto spodziewa się odżywki do nałożenia po myciu i spłukania jej wodą, będzie co najmniej zawiedziony. Ponadto poszukiwaniu szerokiej grupy odbiorców nieco przeczy znikoma dostępność stacjonarna. Jeśli wiecie, gdzie można zakupić Oilmedicę nie korzystając z internetu, dajcie proszę znać. :)

Firma jest polska i specjalizuje się w dwóch produktach: są to właśnie ten olejek i czysty olej kokosowy (strona Oilmedica.pl). Podobno cała rzesza specjalistów pracowała, aby otrzymać dokładnie takie połączenie ziół, ekstraktów i oleju. Szkoda, że nikt z nich gotowego wyrobu nie powąchał. Jeżeli lubicie zapach trawy cytrynowej, będziecie zadowolone. Jeśli tak jak mnie drażni Was i męczy, cóż... możecie domieszać do olejku ulubiony zapach, albo znaleźć mu innego właściciela, któremu okropna woń kojarzy się z naturą, wakacjami, luksusem czy innym pozytywem i relaksem. Po miesiącu pogodziłam się z zapachem, tak jak można pogodzić się z łupieżem albo uciążliwym sąsiadem. Nie, że mi nie przeszkadzał, po prostu pomyślałam, że szkoda życia na nadmierne przejmowanie się. Na pewno zapach ma większą szansę przypaść do gustu fanatykom cytrusów (choć bliżej mu do kostki toaletowej niż cytryny) i przeciwnikom indyjskich, kadzidlanych zapachów.

Skład zasługuje na uznanie:

Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Helianthus Annus Seed Oil, Ricinus Communis (Castor) Seed Oil, Emblica Officianalis, Avena Sativa Kernel Extract, Lawsonia Inermis Extract, Centella Asiatica Extract, Rosmarinus Officianalis Leaf Extract, Cymbopogon Schoenanthus Oil, Citrus Medica Limonum (Lemon) Peel Oil, Ascorbyl Palmitate, Citral, Citronellol, Eugenol, Geraniol, D-limonene, Linalool.

Mamy tutaj: olej kokosowy, słonecznikowy, rycynowy, amlę, ekstrakt z owsa, henny, gotu coli, rozmarynu, olejek lemongrasowy (sprawca zapachu!), olejek eteryczny cytrynowy, palmitynian askorbylu (rozpuszczalna w tłuszczach witamina C), składniki zapachowe.

Taka mieszanka istotnie może działać tak jak deklaruje producent: dbać o zdrowie skóry głowy, nadawać blask, odporność i wzmacniać włosy. Oczywiście pod warunkiem, że żaden z ekstraktów Was nie uczula, a Wasze kosmyki tolerują olej kokosowy. U siebie nie zauważyłam żadnych spektakularnych efektów. Nabłyszczał włosy u nasady, ale końce niejednokrotnie wysuszał (olej rycynowy). Jeśli nałożyłam go zbyt dużo, wędrował na policzki przez noc i wysuszał także skórę twarzy.

Przed każdym użyciem olejek należy podgrzać, ponieważ w temperaturze pokojowej ma on formę stałą. Po ogrzaniu do temperatury około 25 stopni zmienia się w złocistą ciecz. Najprzyjemniej jest aplikować olejek nieco cieplejszy niż temperatura ciała.

Używając olejku przed każdym myciem przez dwa miesiące zaobserwowałam zmniejszenie przetłuszczania się skóry głowy, choć na pewno nie był jedynym kosmetykiem, który miał wpływ na taki stan rzeczy. Omijałam końcówki włosów. Włosy u nasady były zdrowe i nabłyszczone i gdyby nie zapach, może skusiłabym się na jeszcze jedną butelkę.

Opakowanie cechuje dość ciekawy design. Etykietka jest odporna, nie odkleja się i nie roluje, czy to za sprawą oleju czy gorącej wody. Nie podoba mi się jedynie dozownik. Jestem leniem, dlatego olejki ogrzewam na kaloryferze i aplikuję na skórę głowy bezpośrednio z butelki. Duży otwór w tym opakowaniu sprawiał, że często wylewałam zbyt dużo olejku, a ostra krawędź zatrzasku haczyła o włosy i drażniła skórę głowy. Mimo to produkt oceniam jako całkiem wydajny – po 2 miesiącach używania co drugi dzień wciąż pozostała mi 1/3 butelki. Kiedy ręce były śliskie od olejku, trudno mi było zamknąć i otworzyć butelkę bez obaw, że wypadnie mi z ręki. Niemniej nie wypadła. ;)

Podsumowując: cieszę się, że miałam okazję przetestować ten kosmetyk, kusił mnie od dłuższego czasu. Szkoda, że producent nie zadbał o inne wersje zapachowe. Olejek doskonale działał na moją skórę głowy. Wprawdzie włosy nie rosły szybciej, ale z miesiąca na miesiąc są zdrowsze i coraz mocniejsze, jest ich też więcej. Rozjaśniane końce nie przepadają za kokosem i ziołami, choć nie musi to być regułą i u Was akurat może się sprawdzić.

Plusy:

polski producent
ładny, naturalny skład
trwała i estetyczna etykieta
pomaga zmniejszyć przetłuszczanie się skóry głowy
dodaje blasku włosom

Minusy:

niewygodny dozownik
zapach (drażnił mnie)
myląca nazwa (maska i odżywka)
słaba dostępność
nie sprawdził się na delikatnych, rozjaśnianych włosach
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...