czwartek, 5 czerwca 2014

Zadziwiająco duże denko.


Całkiem sporo pustych opakowań w tym miesiącu uzbierałam, aż się sobie dziwię. :) Z tego powodu posty denkowe będą nadal powstawać, to świetna mobilizacja do likwidacji zapasów. Za to nie będzie majowej aktualizacji włosów – widziałyście je na zdjęciach po farbowaniu henną Khadi (klik), urosły standardowo o 1 cm, z powrotem się przetłuszczają (upały + wysiłek fizyczny), wypadanie nieco spadło (z około 170 do około 120 sztuk dziennie) i nic specjalnego się z nimi nie dzieje. Przez cały czerwiec zamierzam używać darsonvalu, i mam nadzieję, że pod koniec miesiąca będę mogła pochwalić się jakimiś efektami.

Wracając do tematu: moje śmieci po raz kolejny podzieliłam na trzy grupy. Zaczynam od hitów:


1. ZSK, Potrójny kwas hialuronowy. Już kupiłam kolejne opakowania. Najczęściej używam do po prostu mieszając go na dłoniach z kilkoma kroplami olejku i wklepuję w twarz i dekolt. Użyłam go również do toniku z glukonolaktonem (klik) i serum z witaminą C, wzbogacam nim też maski do włosów, balsamy do ciała itd. Nie wyobrażam sobie nie mieć go w łazience. HA i naturalny olej biją u mnie na głowę wszelkie sera drogeryjne.

2. Biotique, krem do twarzy z szafranem (odlewka). Dostałam go od Kociambra zimą i oszczędzałam go jak mogłam. Pięknie pachnie, nawilża skórę, regularnie stosowany poprawia jej koloryt, nie uczula i nie podrażnia.

3,4. Kremy Biocura na dzień i na noc. Całkiem sympatyczne i niedrogie. Nie są to może jacyś liderzy w mojej pielęgnacji, ale w ich składzie znajdziemy sporo składników przeciwstarzeniowych, i nie uczulały mnie, co sprawia, że oceniam je wyżej niż Sylveco, niestety. W dodatku jeden słoiczek kosztuje około 10 złotych. To bardzo dobra jakość za niewielką cenę i pewnie kiedyś do nich wrócę. Do dostania w Aldi.

5. Theramed, pasta do zębów wybielająca (Schwarzkopf). Całkiem fajna pasta dla mojego Męża. Podkradałam mu ją, bo moja pasta okazała się kompletną porażką. Z takich bez fluoru byłam zadowolona z Dabur goździkowej, polecacie jeszcze jakieś? :) Opakowanie nieco ucierpiało wkutek licznych kontaktów z podłogą, ale sam dozownik działał bez zarzutu do samego końca. Już kupiłam inną wersję tej pasty.

6. Fitomed, Płyn oczarowy do twarzy. Kiedy go dostałam, byłam nieco rozczarowana składem – mocno rozcieńczony hydrolat oczarowy z olejkiem eterycznym pomarańczy i konserwantami. Ale okazuje się, że działa bardzo fajnie! Używałam go do nawadniania twarzy w trakcie aplikacji porannych i wieczornych kometyków, odświeżałam nim cerę w ciągu dnia, zwilżałam maseczki z glinki. Aplikator jest bardzo wygodny, nie zacina się, rozpyla delikatną mgiełkę. Pachnie jak pachnie, oczar robi swoje. ;) Jakiś „psik” do twarzy musi być zawsze, a Fitomedowy wystarczył mi na 3 miesiące codziennego (wielokrotnego) używania.

7. Farmona, Nivelazione, dezodorant do stóp. Wracam do niego od lat, najlepszy z tych, które miałam. Odświeża stopy, zapobiega nieprzyjemnemu zapachowi, nie wysuszając przy tym. Jest w atomizerze, a nie sprayu – dla mnie to kolejna zaleta. Bardzo wydajny.

8. Domowa mikstura do ciała, o której wspominałam Wam przy okazji posta o wykorzystaniu olejowych resztek (klik). Tutaj akurat był macerat z zielonej herbaty, tonik do cery naczynkowej z Flosleku, SLP i odrobina balsamu owsianego Farmony (bardzo dobrego BTW) dla zagęszczenia konsystencji. Łatwe w aplikacji, szybko wchałaniające się i mocno odżywcze niebo dla mojej skóry. Już używam następnego takiego miksu, bo łatwośc aplikacji przebija każdy inny kosmetyk do pielęgnacji ciała, jakiego miałam okazję używać.

9. Szampon DIY z białą glinką i rokitnikiem. Trzymałam i trzymałam buteleczkę, w której pozostało go dość na dwa użycia, żeby mieć w sytuacji awaryjnej sprawdzonego dobroczyńcę. Wyszedł mi ten przepis, pewnie go jeszcze odtworzę. :) Klik do receptury.

Pora na rozluźnienie atmosfery i pospolite średniaczki:

1. Ziaja Med, SPF 50+, wersja tonująca. Na początku byłam z niej zadowolona, z czasem po aplikacji kolor kremu zmieniał się na wściekle żółty i wyglądałam bardzo nienaturalnie. Filtr klei się na twarzy i błyszczy niczym świeżo wyjęte z oleju frytki. Przy wyższej temperaturze lubił się ważyć i dosłownie spływać z nosa i czoła, bardzo nieprzyjemne zjawisko, szczególnie jeśli po powrocie do domu odnajdujecie na policzkach jasnożółte smugi i już wiecie, dlaczego wzbudziłyście takie zainteresowanie na ulicy. Brrr. Z plusów: niska cena, skuteczna ochrona przeciwsłoneczna, nie zapychał i nie uczulił. Nie kupię tej wersji na pewno.

2. DIY: emolientowe myjadło do ciała na bazie mydła Aleppo. Jak głosi etykietka, miał być to szampon, ale wskutek przedobrzenia z olejkami okazał się bardziej cudakiem do mycia ciała. W tej roli sprawdzał się świetnie, więc nie przerabiałam go z powrotem na szampon. Plusy: ładnie pachniał (zapachy kosmetyczne do kupienia za złotówkę w sklepie Zielony Klub - klik, mój to były cytrusowe delicje), :) łagodził zmiany alergiczne na skórze, był mocno odżywczy, myłam nim też Zosię. Minusy: szampon to to nie był, ponadto miał kolor i konsystencję gęstych, zielonkawych smarków, co sprawiało, że mycie się tym cudem wymagało niejakiej siły woli. Każdy błąd nas czegoś uczy! ;)

3. Orientana, Ajurwedyjska terapia do włosów. Bardzo się ucieszyłam, kiedy załapałam się do testów na FB, dostałam kiedyś małą odlewkę od Magdy i miałam ochotę poznać ten olejek lepiej. Mina trochę mi zrzedła, kiedy zobaczyłam pomniejszoną pojemność buteleczki: 55 ml. Taka ilość wystraczyła mi zaledwie na 5 aplikacji, co uniemożliwia mi stwierdzenie wpływu olejku na cebulki. Skład jest piękny, ale zapach mnie denerwował, a jeśli chodzi o nabłyszczenie, znam lepszych kandydatów, jak na przykład Bringraj. Biorąc to wszystko pod uwagę, nie zapłacę 20 zł za 105 ml tego specyfiku. Olejku Khadi Amla dostałam około 40 ml i zdążył mnie w tym czasie zachwycić, tutaj mimo dwóch podejść nadal nie wiem, co o tym kosmetyku myśleć.

4. Ziaja, antyperspirant soft. Tani jak barszcz i działa nie najgorzej, minus za okropnie plującą butelkę, która wylewała hektolitry emulsji pod pachy, w efekcie czułam się lepko jeszcze długo po aplikacji, a i koszulki zakładane po posmarowaniu tym cudem stawały się koszulkami biało pręgowanymi.

5. Nivea, antyperspirant Dry Comfort. Kulka o wiele lepsza, bielenia brak, ochrony przed potem również. Nie wiem czy ta wersja dezodorantu jest kiepska, czy moja skóra znów ma większe foszki.

6. Eldena, krem do pielęgnacji ciała. Działał zaskakująco fajnie, może to magia oleju jojoba w składzie? Sporo w nim silikonów, co czuć już na etapie rozsmarowywania, krem dość długo ślizgał się po skórze zamiast ładnie wchłaniać. Najlepiej go wspominam jako ekspresowy poprawiacz wyglądu suchych łydek. Jest tani i stabilny, więc fajnie mi się go też ulepszało półproduktami i powstało z niego kilka kremów do stóp. Puszeczką też nie pogardziłam i została w moich zbiorach po skończeniu opakowania.

I teraz bubelki, kity, szmaty czyli kiepskie szubrawce:

1. Mrs. Potters, balsam do włosów z arniką. Używałam do mycia włosów i emulgowania oleju. Denaturat w połowie składu po pewnym czasie dał o sobie znać i wysuszył mi brzydko końcówki. Ta wersja jest dedykowana włosom przetłuszczającym się, ale nie zauważyłam szczególnego działania i na tym polu. Tej wersji już nie kupię.

2. Intimea, czyli biedronkowy płyn do higieny intymnej. Zakupiłam po kilku pozytywnych recenzjach na blogach, ale niestety produkt okazał się dokładnie taki jak się spodziewałam: wodnisto-glutowate, śmierdzące drażnidło. Wannę też myło średnio, do tego właśnie go w trudzie zużyłam.

3. Floslek, krem zimowy SPF 50+. Nazywa się zimowy, ale na pierwszym miejscu w składzie jest woda, więc nie używałam go w większe mrozy. Przed słońcem chroni, ale bieli, ciężko się rozsmarowuje, pozostawia trudną do zmycia, tłustą warstwę na skórze. Stosowany ciężko zapychał, ale tego akurat się spodziewałam. Pod koniec tubki po aplikacji na twarzy pojawiało się szczypanie. Po dwóch nieudanych próbach odpuszczam sobie floslekowe kosmetyki do twarzy.

4. Rexona, antyperspirant aloe vera. Wadliwa, spluwająca się kulka, brak działania. Wart tyle co Ziaja.

5. L'Angelica, oczyszczająca pasta do zębów świeży oddech. W jednej nazwie dwa kłamstwa. Zęby po szorowaniu i tak były pokryte czymś w rodzaju osadu, a mój oddech jest świeższy, kiedy wypiję siemię z pietruszką... Pasta z gatunku aż zbyt naturalnych. Plusy: cena około 12 złotych, dostępność na doz.pl.

Które z tych kosmetyków znacie? Co tam u Was ciekawego w tym miesiącu? ;)

Ps. Nie zużyłam trzech antyperspirantów w miesiąc, jeden ma swoje miejsce w mojej łazience, jeden czeka sobie w szafie u moich Rodziców na moje wizyty i kolejny na stałe gości w torbie basenowej. Akurat wszystkie skończyły się naraz.  

32 komentarze:

  1. Goździkowej i ja używałam i muszę przyznać, że bardzo dobrze utrzymywała świeżość, nawet planowałam jej ponowny zakup. Tak sobie ostatnimi czasy popłakuję nad swoimi wypadającymi włosami - na pewno wypada ich więcej niż 100, raz zaczęłam liczyć i się podłamałam. Staram się działać np. krok z maja to zakup kompletu pięciu kosmetyków z olejkiem łopianowym i pokrzywą w składzie. Włosy ciągle wypadają, ale zauważyłam, że chociaż przy skórze czupryna zaczęła się zagęszczać, a wcześniej nawet nowe włoski mi nie rosły. Nawet nie mam pojęcia dlaczego mi się to przytrafiło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak bywa. :) U mnie normalna norma jest w granicach 150 włosów na dzień, tak to z normami bywa, że nie są dla wszystkich. ;) Ale skoro nie rosły Ci nowe włosy, to świetnie że zaczęłaś działać, a jeszcze lepiej, że są efekty! :)

      Goździkowy Dabur poza odświeżeniem fenomenalnie goił wszelkie stany zapalny i znieczulał obolałe dziąsła (akurat intensywnie chodziłam do stomatologa, więc i ból się zdarzał).

      Usuń
  2. A chciałam ten dry comfort kupić ;/ ja na Intimę nie narzekam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może u Ciebie sprawdzi się lepiej, u mnie większość gotowców się nie sprawdza, co widać i w tym poście. ;) Muszę sobie sama przygotować dezodorant, jestem ciekawa jak się będzie zachowywał.

      Usuń
  3. Z tych rzeczy miałam tylko pastę Thera Med i płyn Intimea. Pasty tej firmy bardzo lubię, a co do płynu to mam wrażenie, że z każdym kolejnym opakowaniem konsystencja jest coraz bardziej wodnista :( Ale u mnie i tak dobrze się sprawdza :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przed porodem byłam zadowolona właściwie z każdego żelu do higieny intymnej, teraz o wiele trudniej mi dogodzić, jakkolwiek to nie brzmi. Pastę kupiłam właśnie przez Ciebie, kojarzyłam, że jesteś zadowolona. :)

      Usuń
    2. To dobrze, że Cię nie rozczarowała ;)

      Usuń
  4. A ja za to uwielbiam zapachy olejków z Orientany :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam tylko ten jeden i mnie nie przekonał. Dziwne, bo większość kadzidlanych duchot lubię. ;)

      Usuń
  5. Płyn Fitomed i ajurwedyjską terapię do włosów mam zamiar niebawem wypróbować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem ciekawa, jak się u Ciebie spiszą.

      Usuń
    2. I od nowa napisałam się i cholerstwo mi uciekło :/ Odżywka z Mrs. Potter dla mnie tragedia na całej linii bo obciążała mi mega włosy i nijak nie mogłam jej stosować także żywot kończy jako odżywka do golenia :) Rexonę również mam i nie jestem zadowolona choć trzeba jej przyznać że jest wydajne - zawsze używałam kulki AVON i one miały jakąś gęstszą konsystencję. Tak raczej nic nie miałam z tego co zużyłaś. Faktycznie sporo Ci się nazbierało :)

      Usuń
    3. Obciążać mi nie obciążała, ale ja godzinami spłukuję wszystko z włosów - odruch alergika.

      Usuń
  6. Sulphodent świetnie oczyszcza i koi dziąsła, ale smakuje i pachnie jak błoto :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmm, to chyba będę musiała to przemyśleć. :)

      Usuń
  7. z Płynu oczarowego też byłam zadowolona i też znalazł się w moim denku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli go zobaczę stacjonarnie, kupię bez wahania.

      Usuń
  8. faktycznie mnóstwo tego nazbierałaś! ja już miałam się decydować na ten płyn oczarowy z fitomedu, ale zobaczyłam skład i podziękowałam, ale skoro jest rzeczywiście fajny, to chyba jednak się na niego skuszę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest tu substytut hydrolatu w sensie pielęgnacyjnym, ale sprawował się całkiem przyzwoicie i cena też jest kusząca. Pomógł mi ogarnąć naczynka i nie mam już nosa jak pijak, zapomniałam dodać w opisie. ;)

      Usuń
  9. Denko z prawdziwego zdarzenia! Ajurwedyjska terapia do włosów zaciekawiła mnie najbardziej!

    OdpowiedzUsuń
  10. Kochana,proszę daj znać jak spisuje się dernvosal

    OdpowiedzUsuń
  11. Odpowiedzi
    1. Używam go dopiero od tygodnia, więc chcę jeszcze poczekać z opinią. Włosów wypada wyraźnie mniej już teraz, ale nie wiem czy tak zostanie. ;)

      Usuń
  12. Odpowiedzi
    1. Chyba jeszcze nie byłam taka dumna ze śmieci ;)

      Usuń
  13. Mrs. Potters u mnie też wysusza końcówki, nie mogę zapomnieć o oleju czy odżywce przed myciem nim włosów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko ta wersja z trzech, które używałam, to robi. O oleju czy odżywce przed myciem włosów nie zapominam nigdy niezależnie od rodzaju myjadła. Za to często odpuszczam sobie odżywianie po.

      Usuń
  14. Wlasnie mnie lekko zdziwily te trzy antyperspiranty ;D Ja rowniez bardzo lubie wklepywac w buzke kwas H. :) Mialam ochote na olejek Orientana, aczkolwiek chyba ma aloes w skladzie? W kazdym razie juz mnie nie kusi ;) Duzo zuzyc, gratuluje :)!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet nie pamiętam, czy ma aloes, chwilowo mam foszka na orientanę. ;)

      Usuń
  15. Potters z arniką - jedyny z 5 używanych, który mnie właśnie przesusza ;)
    Ziaja tonująca - nie przepadam, właśnie przez tą żółć i ciasto na twarzy ;)
    Pokaźne denko, brawo :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...