poniedziałek, 3 marca 2014

Wyjście na basen: samodzielne vs. z małym dzieckiem.

Przeprowadziliśmy się do miejscowości, w której jest basen, i w dodatku mamy do niego 10 minut wolnym krokiem! :) Zaliczyłam już moje pierwsze zajęcia aqua aerobicu i wiem, że kiedy wrócę do pracy postaram się tak zorganizować czas, żeby móc raz w tygodniu w nich uczestniczyć. Wreszcie jakaś zbiorowa aktywność fizyczna, która wprawiła mnie we wspaniały nastrój. :) Było śmiesznie, a przy tym ładnie się rozruszałam i zmęczyłam.

Wiem, że lubicie czytać o Zo. Kiedy była jeszcze u mnie w brzuchu, marzyłam sobie o tym, jak będę ją zabierać na basen i będzie wyglądać jak na tych wszystkich filmach, tudzież okładce pewnego albumu Nirvany.

Hmm... Jak to zwykle z naszymi wyobrażeniami o rodzicielstwie było, okazało się zupełnie inaczej. Po pierwsze, Zosia pierwszy raz trafiła na basen dopiero kilka tygodni temu, z racji wcześniejszej odległości do najbliższego tego typu przybytku.

Jak przygotowuję się na basen, kiedy idę sama?

  1. Do torby wkładam klapki, ręcznik, bieliznę, żel pod prysznic, dezodorant i krem.
  2. Ubieram na siebie strój kąpielowy, zaplatam włosy w warkoczyk i zabezpieczam (ostatnio wspaniałym masłem do włosów Alverde).
  3. Idę spokojnie na basen.
  4. Biorę prysznic.
  5. Pływam sobie i odprężam się.
  6. Kiedy widzę, że mija godzina, biorę prysznic, przebieram się.
  7. Mokre włosy upycham pod czapkę i kaptur i spokojnie wracam do domu.

A tak to wygląda, kiedy idziemy razem z Zo:

  1. Do torby wkładam klapki, ręcznik, bieliznę, żel pod prysznic, dezodorant i krem, a także drugi ręcznik, dwie pieluszki basenowe, dwie pary majtek, suche skarpetki, krem dla dzieci, soczek i małą przekąskę.
  2. Sprzątam, bo soczek się wylał.
  3. Ubieram na siebie strój kąpielowy, a Zosi kąpielową pieluszkę (chcemy wykorzystać, te które mamy, choć możemy już kupić jej strój – Zo się znienacka odpieluszkowała).
  4. Zanim założę Zosi pieluszkę, tłumaczę jej (przy akompaniamencie wściekłego płaczu), że przed wyjściem na basen trzeba zrobić siusiu.
  5. Pod pachą taszczę dmuchanego żółwia. Nie żeby Zosia używała go na basenie, ale koniecznie, nienegocjowalnie, należy go na ten basen zabrać, żeby go tam taszczyć ze sobą i nigdy, przenigdy nie używać.
  6. Idę do auta. Mąż sprowadza Zochę, pakujemy się i jedziemy na basen.
  7. Nie mogę nawet spojrzeć na prysznic, bo Zosia się go boi. Myję się w domu, a na basen wchodzę omijając natryski najszybciej jak się da, szczelnie chowając w ramionach zdeterminowane dziecko.
  8. Jeśli Zo ma dobry dzień, przez kilka minut zadowala się kąpielą wyłącznie z tatusiem. W tym czasie mogę spokojnie popływać, później muszę iść na mały basen – inaczej Zo zacznie się pchać na duży.
  9. Przez następne pół godziny wchodzę i wychodzę z różnych zbiorników wodnych, pędząc od zjeżdżalni słonia do większego basenu i jaszczurki w akwarium. Siadam na krzesełkach w barze wodnym. Pcham dziecko na piankowym zwierzaku krzycząc „Grrrrrrrrrrrroźny krrrrrrrab! Uwaga, nadciąga grrrrrrrrroźny krrrab! Grrrrrrrroźny krrrab goni tatę!”. Możecie się domyślać, że chodzimy na basen w sobotę o 7 rano, dopóki nie ma w nim tłumów, które chciałyby nas zlinczować.
  10. Jestem zmęczona bardziej, niż gdybym pływała, bo Zo każda atrakcja interesuje przez jakieś dwie minuty. Potem następna. I znów następna. I z powrotem.
  11. Kiedy widzę, że mija godzina, przygotowuję się na wrzask.
  12. Jest wrzask. Krzyczące (i zielone z zimna) dziecko wnoszę do szatni. Nie ma czasu na prysznice, kremy, czy takie zbytki jak założenie biustonosza. Usiłuję jednocześnie zdjąć z nas obu mokre rzeczy, utrzymać w suchości te suche i sprawić, by dziecko nie uciekło, nie rozbiło sobie głowy, i nie pogubić miliona dupereli. Tato Zosi zabiera z basenu żółwia, a potem się nudzi przy kasach. Na widok Taty Zo pędzi szaleńczo przez bramki.
  13. Ubieram ciepło Zochę, przedmuchując wcześniej włoski suszarką. Idziemy do samochodu.
  14. Jedziemy samochodem do domu i wracamy obładowani niczym wielbłądy w karawanie.
  15. Aż do następnej wizyty na basenie słuchamy, że Zo była na basenie. I był krab, i zjeżdżalnia słoń, i Zosia pływała w wodzie, i były bąbelki, i rybki w akwarium. Zo uwielbia basen. :)

A my uwielbiamy, kiedy Zo tak się z czegoś cieszy.

26 komentarzy:

  1. U mnie nie ma w pobliżu basenu, nad czym ubolewam. Są w kolejnej miejscowości, a to juz by była nie lada wyprawa bez samochodu;/. Ale ogólnie ostatatnio wyprawy z brzdącem gdziekolwiek są bardzo uciążliwe ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W poprzednim miejscu też mieliśmy daleko, i choć samochód był, to i tak 30 km w jedną stronę to sporo się robiło. Nie wiem szczerze mówiąc, czy Zo coś straciła przez to. ;) Podziwiam podróż z takim małolatem bez auta, na szczęście sama jeżdżę ( i Mężowi tyłek wożę, bo prawka nie ma). Jak się zrobi cieplej wybieram się z Zo do Poznania pociągiem, żeby atrakcję z przejażdżki miała. Ale to odstępstwo od normy, rozrywka.

      Usuń
  2. Pierwsze, co zrobiłam to objętościowe porównania ilości czynności :D uśmiałam się jak zawsze przy Twoich Zo-historiach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak to jest, z dzieckiem wszystko dwa razy dłużej się robi. Poza spaniem. Śpi się o połowę krócej. Musi wystarczyć doby na te inne rzeczy razy dwa.

      Na basenie zaczepiła mnie ostatnio jedna Pani i z uśmiechem powiedziała, że mam się nie przejmować. Że wszystkie dzieci tak płaczą jak muszą wychodzić. Ona dużo zna i widzi na pływalni i wszystkie płaczą. :)

      Usuń
  3. Jak fajnie z córą na basenie:) Pamiętam jak byłam malutka i mieszkaliśmy jeszcze w pięknym miasteczku nad jeziorem. Co lato hasałam z rodzicami po plaży i z mizernym skutkiem uczyli mnie pływać. Mam nadzieję, że Tobie się uda:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie nie uczymy jej pływać, chcemy żeby miała radochę i żeby nie zraziła się do wody. Za to zazdroszczę pięknych wspomnień z dzieciństwa! :) Ja się uczyłam pływać z rówieśnikami w zamulonym stawie. ;)

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. Dziękuję za mnóstwo uśmiechów :)

      Usuń
  5. Uśmiałam się :) Zawsze podziwiam takie mamy, które potrafią ogarnąć 100 rzeczy na raz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale nie mam poczucia, że potrafię. Czasami sobie siadam w środku burzy i śmieję się albo płaczę ;) Pies , szczeka , telefon dzwoni, rozlane mleko wsiąka w dywan, Zocha zdejmuje spodnie w celach nocnikowych, a ja muszę usiąść i wziąć kilka głębokich oddechów. Przez większość czasu jednak wcale nie jest tak źle, moje dziewczyny to dużo radości :)

      Usuń
  6. Rzeczywiście jak już wyżej pisano na pierwszy rzut oka rzuca się ilość punktów :D
    Uśmiałam się czytając część drugą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwierz mi, że taka wyprawa wyczerpuje :)

      Usuń
  7. Aj dziękuję za post:) już wiem, że nie jestem jeszcze gotowa na dziecko:p ps fajnie mieć meza, na ktorego można liczyć i zaniesie tego dmuchanego zolwia do samochodu:p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy się nie jest gotowym. Po cichu sobie myślę, że dlatego ciąża trwa tak długo - żeby zdążyć się przygotować psychicznie. ;) A potem okazuje się, że jest inaczej. Ale to nie znaczy, że gorzej, wręcz przeciwnie. Decyzja o posiadaniu dziecka była najcenniejszą i najmądrzejszą w naszym życiu. :)

      Usuń
  8. Uwielbiam Zosiowe historyjki, uśmiałam się :D
    My próbujemy się odpieluszkować, ale na razie wielki bunt ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas bunt trwał ponad rok! ;) Nie naciskaliśmy, nigdy nie sadzaliśmy Zochy na siłę i nie uprawialiśmy półgodzinnych posiedzeń i gonitw z nocnikiem, chociaż pod koniec zaczęły się już pojawiać uwagi "ale jak ona ma iść do przedszkola, skoro sika w pieluchy?". Co z tego, że był styczeń, a przedszkole we wrześniu. ;)
      Z dnia na dzień Zocha zażyczyła sobie siadać na nocniku, po prostu jednego dnia powiedziała, że chce zrobić siusiu na nocnik i zrobiła. I tak już w sumie zostało. Od dwóch tygodni pieluszkę zakładamy tylko na noc (i to profilaktycznie, pewnie skończymy te, które mamy i więcej nie kupimy). Tak więc nie przejmuj się babciami, ciociami i kto wie kim jeszcze, Twoje dziecko samo da Ci znać jak będzie gotowe.

      Usuń
    2. U mnie na szczęście żadnej presji nie ma, synek prawdopodobnie zostanie pod opieką babci, jak pójdę do pracy ;) Też nie chcę go właśnie przymuszać i na siłę sadzać, bo potem tylko się zraz i nigdy na nocnik siąść nie będzie chciał. Może też sam do tego dojrzeje ;)

      Usuń
  9. Czyli można powiedzieć, że pobyt na basenie z Zo to taki aqua aerobic dla Ciebie :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można. :D W dodatku pełen zachwyconego dziecięcego śmiechu :)

      Usuń
  10. Również byłam z synkiem na basenie, ale takim specjalnym tylko dla niemowlat, miał dokładnie wtedy 6 miesięcy. Pływał z tata i bardzo dobrze sie bawili instruowani przez instruktora:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mnie kusiły takie zajęcia, kiedy Zo miała kilka miesięcy :)

      Usuń
    2. Fajny taki basen, ale jeśli chodzi się na niego często i systematycznie, bo na jednych zajęciach niewiele pokazują "trików", a ceny za pół godziny są dosyć wysokie.

      Usuń
  11. Ale optymistyczny ten post:)
    Ja niestety pływać nie umiem;/

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja właśnie niedawno gdzieś widziałam aktualną fotkę tego gościa, który był bobaskiem na Nevermind :)) Tak dawno nie byłam na basenie, że heeej, na pewno malutkiej Twojej się podoba, jak się plumkacie w wodzie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W podobnym klimacie: widziałam zdjęcia chłopca z Kinder czekolady i dziewczyny (kobiety!), która jest słoneczkiem w Teletubisiach ;) I jakoś mi się staro poczuło ;)

      Usuń
  13. "Sprzatam, bo soczek sie wylal." , to zdanie, jak i "tłumaczę jej (przy akompaniamencie wściekłego płaczu)", wywolalo niesamowity usmiech na mojej twarzy ;D Pamietam te czasy i chetnie czytam takie posty, przywolujac je we wspomnieniach :) Kochana genialny post, czytajac dalej, usmialam sie jeszcze bardziej :D Kobito, masz talent pisarski :)!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...