wtorek, 31 grudnia 2013

Styczniowe wyzwanie: Daj gula! :D

Przeżyłam dzisiaj prawdziwe olśnienie. Nie takie ogromne, jak Archimedes z jabłkiem, takie malutkie, jak przystało na szarego człowieczka z XXI wieku cierpiącego na niedosyt snu. Znów swędzi mnie skóra głowy, znów piecze mnie twarz, znów łuszczy mi się skóra nad oczami, a jeszcze dwa tygodnie temu zestaw kosmetyków, który zebrałam do twarzy, sprawdzał się idealnie.

W nowym miejscu mieszkam już od miesiąca, więc pora przestać zwalać wszystko na twardą wodę. Nawet po umyciu moim super Ą i Ę szamponem DIY, wyskoczyła mi dziś swędząca krostka nad karkiem. Posmarowałam serum różanym (też DIY, ale mocno improwizowanym, więc posta nie będzie) i swędzieć przestało. Ale problem paszczowy pozostał.

I przysiadłam, i podumałam: kiedy mnie wszystko swędzi i uczula? Dzisiaj, a przedtem kiedy? A jeszcze wcześniej? I wydumałam: zawsze szukałam przyczyn zewnętrznych (woda w kranie, kosmetyk, słońce, wiatr), ewentualnie zwalałam na hormony (miejsce w cyklu miesięcznym, tarczyca, laktacja), podczas gdy dzisiaj żadna z tych wymówek nie ma zastosowania.

Przyczyna jest banalna, oczywista i wszędzie możemy się o niej dowiedzieć, tak oczywista, że niezmiernie łatwo mi było ją przeoczyć. Otóż: mam o wiele bardziej wrażliwą skórę i skalp kiedy wypiję za mało wody. Poza większą skłonnością do podrażnień twarz jest pozbawiona kolorytu, a zmarszczki głębsze i bardziej widoczne. Odwodnienie w połączeniu z niewyspaniem dodaje mi +10 do wieku.

W ogóle zimą mam problem z nawodnieniem: jest zimno, więc nie sięgam po zimne napoje. Do kuchni daleko (z pięć kroków od komputera), więc po ciepłe też niespecjalnie. Ot, rano kawka i dwie herbatki i jedna wieczorem. A kiedy czeka mnie dłuższa trasa samochodem (jak w ostatni weekend), wtedy całkiem ograniczam ilość płynów, żeby uniknąć przystanków i korzystania ze strasznych publicznych toalet.

Nic dziwnego, że skóra jest sucha i wrażliwa: niby skąd ma czerpać wilgoć?

Grafikę konkursową utworzyłam korzystając z obrazka z tej strony.

Dlatego postawiłam sobie wyzwanie: Styczeń miesiącem nawadniania! :)

Będę piła minimum 1,5 litra czystej wody i/lub herbat ziołowych, codziennie, przez miesiąc.

Będzie mi bardzo miło, jeśli się przyłączycie do mojej akcji! :) Zgłaszajcie się w komentarzach, proszę. Myślę, że idea jest całkiem szczytna i również Wasz organizm może skorzystać na takiej akcji. Na koniec miesiąca przygotuję ankietę z efektami, które odczułyście (bądź nie) i stworzę na tej podstawie kilka całkiem przekonujących punktów nt. czy rzeczywiście woda jest taka ważna. :)

Wśród osób, które ze mą wezmą udział w akcji, i wypełnią ankietę, przygotuję włosową niespodziankę, więc jeśli macie ochotę, możecie całego Gula potraktować jako konkurs. Nie musicie mnie nigdzie lubić ani obserwować, bo nie lubię „żebrolajków”, za to będzie mi niezmiernie miło, jeśli w dowolny sposób udostępnicie informację o całej akcji.

Regulamin zabawy „Daj gula”:


  1. Jedynym organizatorem, pomysłodawcą i sponsorem nagród jestem ja, autorka bloga wlosowelove.blogspot.com.
  2. Aby wziąć udział w losowaniu, należy:
    a) codziennie podczas trwania akcji dostarczać organizmowi przynajmniej 1,5 l zdrowych płynów (woda, herbaty ziołowe, zielona herbata, nieprzetworzone soki warzywne i owocowe),
    b) być osobą pełnoletnią, lub powyżej 16 roku życia (za zgodą rodziców),
    c) do 5 stycznia zgłosić się w komentarzu pod tym postem pozostawiając swój nick i adres email,
    d) do 5 lutego wypełnić ankietę, która pojawi się na blogu na koniec miesiąca, a która będzie podsumowaniem akcji.
  3. Nagrody są nowe, nieużywane, nieotwierane, takie które sama znam i chętnie używam. Wygrywa jedna osoba, która otrzyma zestaw widoczny na zdjęciu poniżej.
  4. Można zwiększyć swoją szansę na wygraną udostępniając informację o zabawie w dowolny sposób, udowadniając udostępnienie bezpośrednim linkiem (+1 los)
  5. Osoby, które obserwowały mojego bloga już przed konkursem i były aktywne w komentarzach, startują z dodatkowymi 2 losami (maksymalnie można mieć 4 losy).
  6. Wysyłka na terenie Europy.
  7. Losowanie wraz z podsumowaniem ankiety pojawi się do 7 dni od zamknięcia ankiety, czyli do 12 lutego.

Zdaję sobie sprawę, że większą popularnością cieszą się konkursy, gdzie wystarczy polubić kilka stron na fejsbuczku z konta założonego na kota sąsiada, ale ponieważ nie na popularności, a na jakości akcji mi zależy, wybrałam właśnie takie rozwiązanie. Jest to dodatkowa motywacja dla mnie, a dla Was możliwość zadbania o siebie z małym motywatorem nagrodowym. ;)

Dla chętnych baner o szerokości 300 pikseli oraz link do posta na Facebooku.


Nagrody nie są jakieś niesamowicie luksusowe, ale wiem, że niektóre z nich ciężko dostać:

 - wcierka Kulpol L-102, jedyna z tego zestawu, której jeszcze nie testowałam. Tylko dlatego, że na razie mam otwartą wodę brzozową z tej firmy.
 - odżywka Dramers, Look Ekspert (skład i działanie tutaj)
 - Marion, 7 efektów, Lekka odżywka z olejkiem arganowym
 - Isana , Oil Care Spulung
 - olejek migdałowy rafinowany, 100 ml
 - mała niespodzianka :)

Zapraszam serdecznie! :D

EDIT: Dodałam nagrody. Może tak jak mój Mąż nie lubicie niespodzianek ;)

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Grudniowa aktualizacja włosów i kilka słów o ich pielęgnacji.

Zacznę tradycyjnie od zdjęcia. :) Tło nie jest przepiękne, ale cóż zrobić, kiedy trzeba polegać na samowyzwalaczu. Wciąż się łudzę, że Mąż opanuje sztuką kadrowania na tyle, że wszystkie moje włosy zmieszczą się na zdjęciu i nie będą rozmazane, ale na razie muszę sobie radzić z tym, co mam ;)


Na zdjęciu włosy po laminowaniu żelatyną z udziałem maski marokańskiej i soku z żyworódki. Nabrały mięsistości, którą będzie najlepiej widać po kolejnym myciu. Jestem zadowolona z koloru, który nie wypłukuje mi się już wcale a wcale. Myślę, że ma to związek z ilością farbowań, ale też i z rzadszym myciem włosów. Farbowałam znów henną Mumtaz z czystą wodą (odrost) i z lekką odżywką na długości (tzw. gloss).

Kłaczęta nie sprawiały mi szczególnych problemów: nic nie swędziało, nie wypadało, nie plątało się i nie puszyło. Po kilku tygodniach używania wyłącznie szamponu Himalaya zaczęły zdradzać oznaki przeproteinowania, ale po tygodniu przerwy wróciły do swojej przylizanej nie-objętości, miękkości i blasku. Długość pasma kontrolnego to 28,5 cm, czyli urosły o 1 cm. Tak samo jak w poprzednim miesiącu. Żeby uzyskać większy przyrost musiałabym skorzystać z suplementu albo masować je codziennie.

Nadal walczę z przetłuszczaniem się skóry głowy. W dni bez mycia wciąż nie mam się czym chwalić i staram się nie rzucać w oczy ludziom na ulicy (ave czapki!), ale jak już pisałam wcześniej, brak świądu i hurtowego wypadania, to i tak jest dla mnie osiągnięcie. Zobaczymy, czy mój nowy szampon rozmarynowy (DIY – klik) nieco wspomoże walkę.

W tym miesiącu używałam:

Dramers, Look Ekspert (opis tutaj) jako odżywka myjąca. Zawsze używam jej do pierwszego mycia włosów;
Himalaya, szampon proteinowy do włosów suchych (recenzja),
Love2mix organic, szampon Pomarańcza i papryczka chili - użyłam go dopiero kilka razy, ale podoba mi się,
Planeta Organica, Balsam Turecki (klik),
Planeta Organica, Balsam Marokański - miałam odlewkę na kilka użyć i wiem, że nie kupię pełnego opakowania,
Planeta Organica, Maska Marokańska – jak wyżej, tylko odlewka ogromna;
Calmar style, maska z siemieniem lnianym (klik),
Oilmedica, Maska i odżywka do włosów (a tak naprawdę olejek). Recenzja wkrótce.


W styczniu będę używać szamponu własnej produkcji, odżywki DeBa, której w końcu nie zdążyłam otworzyć, a także profesjonalnej maski z olejem arganowym marki Calmar. Nie wykluczam jakiejś odmiany, w końcu bardzo dzielnie denkuję po kolei i pewnie otworzę sobie jeszcze jakiś słoiczek czy butelkę spoza listy w ramach nagrody. Olejkowo nadal będzie towarzyszyć mi Oilmedica, bynajmniej nie z powodu zachwytów jakie we mnie wzbudza. Chcę ją móc rzetelnie opisać i uwolnić się od jej zapachu raz na zawsze.

Ponadto w nowym roku zdecydowanie wybiorę się do mojej fryzjerki. Zazwyczaj korzystam u niej z sauny dla włosów, dzięki czemu wybaczam jej koszmarne modelowanie. ;) Ważne, że kobieta obcina równo, skutecznie, niedrogo i wie ile to 1 cm, a ile 5.

Moja fryzura kompletnie straciła już swój kształt, dlatego planuję nieco wyprostować dolną linię, aby pozbyć się „ogonków”. Z cieniowanych włosów poproszę o obcięcie jak najmniej, żeby stopniowo dążyć do pozbycia się wielu warstw. Tak duża jest jeszcze różnica... Linią zaznaczyłam najkrótsze z cieniowanych włosów. Połowa długości! ;/ Cieszę się za to, że końce się nie rozdwajają. Ostatnio podcinałam je pod koniec sierpnia i nie jest pod tym względem najgorzej.

A jak Wasze włosy w grudniu? Wasza pielęgnacja w sezonie grzewczym różni się jakoś od tej wiosennej czy letniej? Może odkryłyście ostatnio jakiś ciekawy kosmetyk? :)

niedziela, 29 grudnia 2013

Ulubieńcy 2013 roku – TOP 5.

Chętnie czytam takie posty u Was. Dzisiaj postanowiłam podzielić się z Wami moimi hitami mijającego roku. :)

Olej arganowy. (źródło zdjęcia)

Nie pobił mojego ulubieńca z zeszłego roku, czyli rokitnika, ale i tak bardzo go lubię. Świetnie działa na moje włosy, zarówno solo, jak i w kosmetykach, i dopiero co dodałam go do mojego szamponu DIY. :) Bardzo dobrze radzi sobie też z wymagającą skórą twarzy: nie zapycha, nie wysusza, nie powoduje świecenia. Po położeniu oleju na noc, budzę się z wypoczętą i promienną buzią. Ze względu na cenę nie nakładałam go na ciało, bo było mi go zwyczajnie szkoda.

Mydło Północne „Detox” od Natura Siberica.

Pełna recenzja tutaj. Świetnie oczyszcza i rzeczywiście rozjaśnia skórę. Nie podrażnia i nie wysusza. Delikatnie i skutecznie myje włosy i całe ciało, a na twarzy spisuje się równie dobrze jak glinka, jeśli nie lepiej. Jest bardzo wydajne i pięknie pachnie.

Olejek do włosów Khadi Trifla.

Do kupienia np. tutaj. Nie jest to podróbka khadi, które częściej widujecie na blogach – w Indiach prawo do nazw marketingowych funkcjonuje inaczej. To mój ulubiony olejek do włosów, choć nie doczekał się jeszcze pełnej recenzji. :) Na pewno naprawię ten błąd, kiedy powrócę do jego regularnego używania. Olejek trifla pięknie pachnie, zapach szczególnie podoba się mojemu Mężowi. ;) Włosy po jego użyciu są nabłyszczone i miękkie, ale dociążone, bez efektu „piórek”. Najwspanialsza jego właściwość to jednak kojenie bólu głowy. Uwielbiam go za to. Nieważne, czy ból wynika z niewyspania, czy od zapchanych zatok, czy przyczyną jest przeziębienie czy stres. Po masażu z użyciem olejku ból co najmniej maleje do znośnego poziomu, ale najczęściej znika całkowicie. Polecam! ;)

Szampon Himalaya do włosów suchych.

Ochy i achy na jego temat znajdziecie w tej recenzji.

Krem tonujący SPF 50+ od Ziai. (źródło zdjęcia)

Nie doczekał się jeszcze recenzji, ale kiedyś się pewnie pojawi. :) Jest świetny! Niedrogi (około 20 zł za 50 ml), nie zawiera parafiny ani alkoholu. Nie podrażnia, nie wysusza, nie roluje się, nie znika po kilku godzinach. Trudno z nim przesadzić, bo świetnie stapia się ze skórą. Niektóre z Was narzekają na nabłyszczenie po nim, ale mi ono nie przeszkadza. Zawiera wysoki filtr, u mnie sprawdza się też jako ochrona przed silnym wiatrem. To na pewno nie jest moja ostatnia tubka.

Właśnie się zorientowałam, że na moim blogu mało jest recenzji, nawet jeśli lubię jakiś kosmetyk, niekoniecznie poświęcam mu osobny post. Chciałybyście więcej postów z moją opinią o kosmetykach, czy obecne proporcje (2-3 recenzje na miesiąc) bardziej Wam odpowiadają? ;) Będę Wam bardzo wdzięczna za sugestie.
 
A jakie są Wasze ulubione kosmetyki 2013 roku? :)

piątek, 27 grudnia 2013

Zrobiłam szampon! :)

Jak się macie po Świętach? Jestem chwilowo w domu: Mąż dzisiaj pracuje, wczoraj wróciliśmy od jednej Zosiowej babci, a po południu jedziemy do drugiej. Nie podobały mi się te Święta w środku tygodnia, ale dzięki temu możemy więcej czasu spędzić z rodziną, a to się jak najbardziej liczy na plus. :)

 

Mój Gwiazdor był w tym roku półproduktowy, dlatego też mogłam spełnić swoje marzenie i ukręcić własny szampon: z delikatnym detergentem i zawierający same potrzebne składniki. :)

Korzystałam z przepisu Arsenic, która była tak dobra i stworzyła wersję podstawową szamponu z zieloną herbatą. Dzięki temu miałam pewność, że nic nie naknocę, jako że to moja pierwsza zabawa z półproduktami.


Przede wszystkim łączenie składników i ich odmierzanie okazało się niesamowitą frajdą. Po drugie, szampon czyści włosy jak szatan – są niesamowicie czyste, a jednocześnie ani trochę nie wysuszone. Skóra głowy jest zadowolona. Dodałam za mało gumy ksantanowej i konsystencja jest bardzo wodnista, ale dzisiaj wymyśliłam, że zagęszczę gotowy kosmetyk glinką i nie będę musiała się bawić kubeczkami przy myciu. :)

Co znalazło się w moim szamponie?

mocny napar z zielonej herbaty
coco glucoside
sodium cocoyl isethionate (to on jest głównym detergentem w mojej wersji, ale nie rozpuszcza się w wodzie bez pomocy innego środka powierzchniowo czynnego, stąd glukozyd)
d-pantenol
olej arganowy
mleczko pszczele w glicerynie
aloes zatężony 10-krotnie
guma ksantanowa
FEOG (konserwant)
olejek rozmarynowy
(a także) glinka zielona
odrobina kwasku cytrynowego

Szampon wspaniale pachnie rozmarynem i pieni się jak szalony! (chociaż siostra, dla której przygotowałam wersję z olejkiem z drzewa herbacianego, twierdzi, że piana jest kiepska – ot, przyzwyczajenie do Head&Shoulders). Radzi sobie z olejem. Nie podrażnia skóry głowy. Jak się spisze przy dłuższym używaniu, na pewno dam Wam znać. Według składu powinien zapobiegać przetłuszczaniu się skóry głowy, tonizować ją i nawilżać, przyspieszać wzrost włosów, działać przeciwstarzeniowo. Oczywiście nie przesadzajmy z oczekiwaniami, to nadal jest tylko szampon i nie spędza na skórze głowy nie wiadomo ile czasu, dlatego osobiście będę zadowolona, jeśli umyje włosy, nie wysuszy ich i nie splącze, nie podrażni skóry głowy, nie przyspieszy przetłuszczania.



Pierwsza butelka szamponu to dość droga sprawa: nie tylko nie znalazłam jednego sklepu, który posiadałby wszystkie potrzebne składniki, ale i musiałam kupić kilka sprzętów „twardych”: zlewkę, miarki, mieszadło, papierki lakmusowe i zapłacić nie za jedną, ale dwie wysyłki. To znaczy mój Gwiazdor musiał. ;)

Niemniej biorąc pod uwagę koszt składników i ich ilość w recepturze, koszt stworzenia 100 ml szamponu waha się między 8 a 9 złotych. Całkiem przyzwoicie, biorąc pod uwagę, że taka ilość wystarczy mi na dwa miesiące. :)

Co myślicie o takim szamponie – bez marki, bez ładnej etykietki i opakowania, za to bez zbędnych składników? ;)

Dziękuję Wam serdecznie za życzenia pod poprzednim postem. I mam nadzieję, że udało Wam się wypocząć w Święta. A może przed Wami jeszcze trochę błogiego lenistwa? ;)

niedziela, 22 grudnia 2013

Życzenia świąteczne i kanadyjska pocztówka (18+) ;)

Ekhem. Khem.

Nadeszła pora, żeby odkleić się od komputera i spędzać czas z rodziną. Zapakować prezenty. Doładować akumulatory. 

A zatem wszystkim serdecznie życzę:


Do przeczytania już wkrótce! ;)

piątek, 20 grudnia 2013

Farbowanie henną a zakola.

Dzisiaj chciałam Wam szybko pokazać, dlaczego (między innymi) warto farbować włosy henną.

Choć włosy mam i zawsze miałam cienkie, dzięki regularnemu olejowaniu (klik) stopniowo robi się ich coraz więcej. Szczególnie cieszą mnie króciutkie igiełki na czole, które stopniowo przyczyniają się do obniżenia linii włosów. :) I choć jej kształt (mniej więcej }) się jakoś spektakularnie nie zmieni, coraz chętniej upinam włosy wysoko, nie przejmując się „dziurami” na skroniach.

Na pewno wiecie, że włosy nie rosną wszystkie jednakowej grubości. Zależy to nie tylko od naszych predyspozycji genetycznych, zdrowia i diety, także od miejsca, z którego dany włos wyrasta. Na przykład brwi są zwykle grubsze od włosów, które czeszemy. :) Podobnie, cieńsze i delikatniejsze rosną włosy na skroniach i w okolicy zakoli. Ich kolor również jest delikatniejszy. Średnim blondynkom na skroniach często rosną włosy niemal białe.

U mnie do tego dochodzi fakt, że w tych okolicach część włosów jest siwych. Samo pokrycie ich kolorem wydaje się zwiększać optycznie ich ilość, a jeśli dodamy do tego lekko pogrubiające włos właściwości henny, otrzymujemy całkiem ciekawy efekt. :)


To są zdjęcia moich skroni i zakoli tuż przed farbowaniem henną (po lewej) i tydzień po nim (po prawej). Odczekałam tyle czasu, żeby mieć pewność, że kolor całkowicie się utlenił, i że włosy nie puszą się już po ziołach. Dla mnie różnica jest całkiem przyjemna, chociaż nie mam pewności, czy udało mi się ją uchwycić na zdjęciach. :) 


Chciałabym jeszcze Wam pokazać zdjęcie, niedługo po powrocie do rozsądnej pielęgnacji włosów. Kiedy moje włosy były w najgorszym stanie: przerzedzone po pociążowym wypadaniu, połamane od rozjaśniania, z podrażnionym skalpem i z okropnym odrostem: 


Macie problemy z zakolami? A może nie zwracacie na to uwagi? ;)

czwartek, 19 grudnia 2013

Planeta Organica, Balsam Turecki – kilka słów o jego działaniu.

Jedna z moich ulubionych odżywek wkrótce już mi się skończy. Dlatego mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć Wam o niej kilka słów.

 

Zamówiłam ją korzystając z letniej promocji w Skarbach Syberii za niecałe 13 złotych. Tyle samo kosztował szampon turecki, który niestety, nie sprawdził się u mnie kompletnie. Oklejał włosy i bardzo szybko wyglądały nieświeżo, po dwóch użyciach zaczęła mnie lekka swędzieć skóra głowy. Dlatego mimo miłości, jaką natychmiast zapałałam do zapachu, szampon z żalem oddałam mniej wrażliwej głowie. Na szczęście balsam pachnie identycznie: korzennie z cynamonem, jest też słodycz, ale nie jakaś nachalna. Dokładnie tak – nie wiem, czy słusznie – wyobrażam sobie zapach w hammamie. :)

Kupiłam szampon i balsam turecki, ponieważ seria marokańska była już wyprzedana. I bardzo się cieszę, bo dzięki solidnej odlewce (dziękuję pięknie Magdzie :*) mogłam się przekonać, że zapach balsamu marokańskiego i marokańskiej maski kompletnie mi nie odpowiada – w moim odczuciu to tania, peerelowska woda kolońska na niezbyt świeżej skórze odzianej w ortalion – natomiast balasam turecki intensywnie karmi moje zmysły i karmić będzie do ostatniej pompki.


Poza zapachem na uwagę zasługuje także opakowanie, które stanowi ozdobę każdej łazienki (Oprócz mojej. Będzie wyremontowana na samym końcu i olejowym lamperiom oraz łuszczącej się na suficie farbie nic nie pomoże. Na szczęście w pudle z zapasami grzecznie czeka fiński brat tego balsamu i on mi będzie łazienkę zdobił, kiedy już się ją zdobić da). Wiele dziewczyn narzeka na niewielką ilość produktu, jaką dozuje pompka. Porcja, którą widzicie na zdjęciu, to efekt dwukrotnego naciśnięcia dozownika i ilość wystarczająca na pokrycie moich włosów.

Balsam najlepiej działa wprasowany we włosy (o wprasowywaniu polecam poczytać u Henrietty i u Eve), ale dobrze się sprawdza nawet pozostawiony na włosach dosłownie na chwilkę, bez dodatkowych zabiegów. Ze względu na działanie nawilżające i przyspieszające wzrost włosów, którym chwali się producent, nakładałam go także na skalp przed myciem. Sprawdził się również jako baza do domowych maseczek albo samodzielnie jako maska nałożony pod czepek na 30 minut.

Na długości włosy pozostawiał wygładzone, dociążone, lśniące. Jest to odżywka głównie emolientowa i bardzo suche włosy należy wspomóc dodatkowym nawilżaczem (na przykład dodając do niej żelu lnianego), ale u mnie sprawdziła się bardzo dobrze, także w czasie kiedy moje włosy dostały ostro w kość z powodu przypadkowej pielęgnacji, a raczej jej braku (klik).


Poza pięknym zapachem, gęstą jak na balsam konsystencją, wygodnym i ładnym opakowaniem, na uwagę zasługuje również skład produktu. Jest to balsam „na bogato”, tak jak większość rosyjskich skarbów. ;) Zawiera między innymi olej z orzechów włoskich, olejki z mirtu, grejpfruta, cynamonu, goździków, olejki sandałowy i rozmarynowy. Stosowany regularnie na skalp rzeczywiście ma szansę przyspieszyć wzrost włosów. Jednym ze składników jest także Quartenium-87, zatem może nadbudowywać się na włosach. U siebie nie zauważyłam nic takiego, choć po myciu nie nakładałam go na skalp i włosy u nasady.

Podsumowując: to bardzo fajna, wielofunkcyjna odżywka, z którą przyjemnie spędzić chłodny, szary, zimowy dzień. Z przyjemnością kiedyś do niej wrócę.

Jakie kosmetyki Planeta Organica polecacie? :) Mnie marzy się nowa seria w niebieskich opakowaniach. :D

środa, 18 grudnia 2013

Jak dbać o: włosy gęste, grube, sztywne, suche.

To był mój ulubiony rodzaj włosów, kiedy pracowałam w salonie. Dlaczego? Wielu fryzjerów sobie z takimi włosami nie radziło, więc większość klientów/klientek do mnie wracała. ;) Po drugie, wystarczyło odpowiednio dobrać pielęgnację, aby różnica w wyglądzie włosów była powalająca, a przedłużenie tej pielęgnacji w domu poprzez dobór odpowiednich kosmetyków powodował olśniewające efekty. :)


Włosy takie z natury są raczej ciemne: od średniego blondu (przez właścicieli i właścicielki zwykle postrzeganego jako brąz) poprzez brązy aż do czerni. Włosy rude również miewają podobną strukturę, choć z reguły ilościowo jest ich mniej. Pielęgnacja rudych włosów o takiej budowie przebiega jednak tak samo, jak wszystkich innych odcieni. :)

Jak zatem okiełznać takie włosy?

Dobre strzyżenie. Jest to typ włosów, który znosi strzyżenie brzytwą czy noże chińskim lepiej niż kosmyki cienkie i często kusi, żeby właśnie w ten sposób jednocześnie skrócić włosy i pozbyć się nadmiernej objętości. Jednak moim zdaniem, zwłaszcza w przypadku włosów długich, po takim strzyżeniu trudno będzie fryzurę ułożyć samodzielnie: włosy będą puszyć się i odstawać. Mimo wszystko lepiej nadać kształt maszynką (lub nożyczkami) i pracowicie przerzedzić nadmiar włosów nożyczkami. Unikałabym degażówek, te dodadzą objętości, zamiast ją ograniczyć (chyba że oczywiście fryzura wymaga właśnie uniesienia, jak na przykład krotki bob). To dużo pracy i może potrwać, za to fryzura zachowa kształt przez kilka miesięcy. Z punktu widzenia zarobku fryzjera to kompletnie nieopłacalne: nie dość, że się napracuje, to jeszcze kolejna wizyta związana ze strzyżeniem odsunie się w czasie. ;)

Olejowanie. Choćby i samych końcówek. Olej zmiękczy je, wygładzi, nada blasku i ułatwi modelowanie. Dobrze dobrany olej zniweluje problemy z puszeniem się włosów. Jeżeli masz bardzo grube i sztywne włosy, i nie jesteś przekonana do nakładania na nie oleju, przełam się. Prędzej czy później przekonasz się, że naprawdę warto. :) Na początek zawsze polecam olej z pestek winogron: jest dość uniwersalny, dostępny nawet w marketach, niedrogi, a w razie niepowodzenia zawsze można go zjeść. Z tych samych względów chwalę również olej ryżowy (który doskonale sprawdza się też na mojej twarzy).

Dobrze dobrany szampon i odżywka. Szampon nie powinien wysuszać włosów, choć nie musi być bardzo delikatny. Pielęgnacja grubych i sztywnych włosów powinna polegać na nawilżaniu, a następnie zamykaniu tej wilgoci we wnętrzu włosów za pomocą emolientów (silikonów, olejów, a nawet parafiny). Dlatego polecam kombinację:

szampon nawilżający plus olejowa odżywka
szampon regenerujący, nawilżająca odżywka, natłuszczająca maska
szampon nawilżający, intensywnie regenerująca maska.

Odpowiednie będą linie kosmetyków dla włosów suchych i zniszczonych. Jeżeli nie chcesz bawić się w czytanie składów, zwróć uwagę, czy w opisie produktu znajdują się słowa „nawilżenie” i „regeneracja”. Przy każdym myciu użyj najpierw produktu nawilżającego, a następnie regenerującego.

Tak grube włosy bardzo trudno obciążyć. Po myciu zamiast układać je przy pomocy pianki, użyj kremu do stylizacji o właściwościach nawilżających. Dobre będą kremy do stylizacji włosów kręconych (nawet jeśli Twoje włosy są proste), ponieważ zawierają właśnie nawilżające i wygładzające składniki. Nie polecam stylizowania włosów gęstych i suchych przy pomocy pianek i żeli, ponieważ w długotrwałym użyciu mogą one dodatkowo wysuszyć pasma. Za to końcówki bez problemu wygładzą się po użyciu silikonowego serum, a nawet odrobiny czystego oleju (z pestek śliwki, arganowego, ze słodkich migdałów, lnianego).

W dni, kiedy nie myjesz włosów, dobrze będzie spryskać je na długości odżywką w sprayu. Pomoże ona utrzymać nawilżenie, które podczas mycia zapewniła nam odżywka lub maska. Mycie włosów dlatego, że są zbyt suche, to moim zdaniem nieporozumienie – detergenty z szamponu wysuszają je bardziej i w efekcie łatwo doprowadzić do przesuszenia włosów na długości, a także reakcji obronnej skóry w postaci przetłuszczania się. Jeśli włosy są bardzo suche, ale skórze głowy nic nie dolega, polecam umyć włosy odżywką. Lekko je nawilżymy i nie naruszymy warstwy ochronnej naskórka. Więcej o myciu włosów odżywką pisałam tutaj.

Grube, sztywne, gęste włosy trudno jest równomiernie zafarbować. I równie trudno zdjąć z nich kolor. Jeżeli znalazłaś już farbę, która na Twoich włosach się sprawdza, szczególnie jeśli część z nich jest siwa, lepiej się jej trzymać. Szampony koloryzujące z tych względów raczej nie będą się sprawdzały.

Warto natomiast od czasu do czasu wspomóc nawilżenie włosa ampułką. Świetnie sprawdzają się głęboko nawilżające pielęgnacje w profesjonalnych salonach (rytuały Kerastase, kosmetyki Wella przeznaczone do sauny dla włosów itp.). Jest też wersja bardziej ekonomiczna: w hurtowniach fryzjerskich można zaopatrzyć się w ampułki na sztuki. Efekt użycia całej serii (ampułka plus maska) sprawia, że efekt utrzyma się na włosach nawet przez kilka myć.

Na koniec krótka lista kosmetyków, które mogą się przydać w pielęgnacji gęstych, grubych włosów:

Szampony:

Equilibra, szampon aloesowy.
Phisiogel, szampon hipoalergiczny
Alterra, szampon Granat i Aloes
Ziaja, szampon aloesowy do włosów suchych
Love2mix Organic, szampon nawilżający lub z efektem laminowania

inne szampony ze składnikami: aloes, gliceryna, d-pantenol, mleczko pszczele, mocznik, kwas hialuronowy, ksylitol, nawilżające zioła (żywokost, łopian, lipa)

Nawilżające odżywki:

maska NaturVital (dostępne w drogeriach Natura)
odżywka Equilibra
maska Bioetica
niebieska Isana
alterra Granat i Aloes (odżywka i maska)
Ziaja, Intensywne nawilżanie

oraz te z nawilżającymi składnikami, jak podałam przy szamponach

Emolientowe (natłuszczające) odżywki i maski:

Garnier, Avocado & karite
Gliss kur, maska Oil Nutritive
Dowolne maseczki fructis
odżywki Nivea, np. Long Repair
Maski i odżywki Dove
Maski Planeta Organica: czarna marokańska, złota ajurwedyjska


a także dowolna odżywka, do której dodacie kilka kropli oleju na porcję. :)

Stylizacja:

Vatika, Extreme Moisturising Styling Hair Cream
Artiste, krem do stylizacji włosów (drogerie Natura)
Nivea, Flexible Curls Balm
krem Goldwell Style Sign Curl Love

I inne. Ważne, żeby nie były zbyt ciężkie i lekko nawilżały włosy.


Jeżeli macie taki właśnie typ włosów i chcecie polecić jakiś produkt, który świetnie się u Was sprawdził, koniecznie zróbcie to w komentarzu. Sama mam zupełnie inny typ włosów, dlatego opieram się na doświadczeniach klientów i znajomych i mogę się mylić: proszę, poprawcie mnie, jeśli z czymś się nie zgadzacie.

Dowiedziałyście/dowiedzieliście się czegoś nowego? :)

wtorek, 17 grudnia 2013

Moje dziecko jest wspaniałe (6). Święta.

 
 To pierwsze święta, w których Zosia rzeczywiście uczestniczy. Same przygotowywałyśmy kartki (kupiłyśmy w Lidlu gotowe zestawy do samodzielnego wyklejania ozdobami) i Zosia potrafiła nazwać każdy element: kółko, gwiazda, dzwonek, kokardka, prezenty.

To niesamowite, jak bardzo Zosia się zmieniła przez ostatni rok. Przede wszystkim, zaczęła mówić, ba! Mówić, przez duże M. Zdaniami. Usłyszałam nawet pierwsze „mamusiu” i „kociam cię, mamu!”. :) Tak, kociam i mamu. Duma mnie rozpiera.

Po drugie, Zo przetrwała przeprowadzkę i bardzo szybko zaaklimatyzowała się w nowym miejscu. Coraz lepiej orientuje się także poza domem. Moje dziecko wie, że przed ulicą trzeba się zatrzymać. Widzi, że kiedy za oknem kiwają się drzewa, znaczy to, że „jeje jatr”. Obiera ze mną ziemniaki.

Za to nie chce ostatnio myć zębów (chyba potrzebna jest nowa szczoteczka z jakimś atrakcyjnym zwierzątkiem), nadal korzysta wyłącznie z pieluszek i ma napady szału, kiedy coś idzie nie po jej myśli.

Zocha liczy samodzielnie, bezbłędnie, do sześciu. Rozpoznaje literki (w sensie, że wie, że są literkami) i wykazuje coraz większe zainteresowanie kosmetykami. ;) Sama wybiera, co danego dnia założy na siebie i zakłada ubrania z coraz mniejszą pomocą. Wczoraj byłyśmy na spacerze i była bardzo dumna, że kaloszki znalazły się na nogach za jej sprawą. :) Bez problemu spędziła w sytuacji awaryjnej kilka godzin z babcią, którą zna dość słabo (ale na szczęście kiedy się przeprowadziliśmy, zaczęło się to zmieniać).

Dopiero co pamiętam, jak na teście ciążowym pojawiły się dwie kreski i starałam się ze wszystkich sił, żeby Kropka, którą widywałam na USG, miała u mnie przytulnie, zdrowo i ciepło. A wczoraj przeglądałam przedszkola w okolicy :)

Wracając do Świąt. Jak co roku, jedziemy na gotowe. Dostałam tylko zadanie w postaci przygotowania bezglutenowego ciasta. :) Będziemy razem z Zosią ubierać choinkę i prawdopodobnie zajmie nam to cały dzień, i bardzo dobrze. Już w zeszłym roku kupiliśmy zapas wyłącznie plastikowych bombek. Spędzimy te dni z rodziną, odwiedzimy jednych i drugich Dziadków. Może spadnie odrobina śniegu i Zocha wreszcie przejedzie się z ochotą na sankach? :)

Niezależnie od prezentów, to Zosia jest największym moim prezentem i zawsze będzie. Nadszedł właśnie ten wymagający czas, kiedy obie uczymy się Zosiowej samodzielności. Bywa ciężko, bo Zosia miewa przebłyski takiego geniuszu, ;) że trudno mi czasami pamiętać o tym, jak bardzo jest malutka. :) Uczymy się wszyscy radzić sobie z emocjami, TŻ i ja także.

Już dzisiaj życzę Wam Świąt spędzanych spokojnie, z bliskimi, w zdrowiu. :D Nie dajcie się zwariować przygotowaniami. Liczy się czas spędzony razem, a nie 500 rodzajów potraw i lśniące dna szuflad w nieużywanym pokoju. ;)

Wszystkiego dobrego!

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Dobry szampon: Himalaya do włosów suchych.

Pisałam Wam o nim już kilka razy, po niemal dwóch miesiącach używania mogę z czystym sumieniem przedstawić Wam pełną recenzję tego szamponu.


Swoją butelkę zamówiłam na doz.pl za około 15 złotych. Dystrybutorem marki w aptekach jest L'biotica, znana większości z Was jako producent Biovaxów. ;) Niestety, naklejka z polskim opisem szamponu była ze zwykłego papieru i nie przeżyła nawet jednego mycia. Na szczęście żadnych niesamowitych informacji na niej nie było, więc nie czuję się z tego względu duchowo uboższa. Myślę, że było na niej to samo, co na stronie doz-u, więc pozwolę sobie skopiować:

Odżywia włosy i uzupełnia w naturalne proteiny. Zaspokaja trzy najistotniejsze potrzeby włosów: wzmacnia je, zapobiega wypadaniu i chroni przed negatywnym wpływem czynników zewnętrznych. Specjalna mieszanina ziół działająca na włosy wzmacniająco, powodując, że stają się zarazem delikatne w dotyku i podatne na układanie.
  • kozieradka i sezam - bogate źródło naturalnych protein.
  • melon i aloes - zapewnia głębokie nawilżenie włosów i skóry głowy.
  • lukrecja - pobudza porost włosów.

Opakowanie szamponu wygląda bardzo ciekawie... dopóki się go nie otworzy. Zatrzask wygląda, jakby miał za chwilę odpaść, przez co trochę się denerwuję zawsze, kiedy otwieram butelkę. Jednak wytrzymał już dwa miesiące częstego użytkowania. Zostało mi jeszcze pół butelki (takie jest wydajne to szamponisko) i myślę, że opakowanie przeżyje. A potem z ulgą je wyrzucę. ;) Otwór w butelce ma odpowiednią wielkość, łatwo wydobyć idealną ilość produktu.


Szampon jest biały, lekko perłowy. Jestem pewna, że posiada jakiś zapach, ale kompletnie nie mogę go sobie przypomnieć. Na pewno nie jest uciążliwy i nie utrzymuje się na włosach. To fajna odmiana po rosyjskich kosmetykach, które nawet dobę po myciu nie pozwalają o sobie zapomnieć. ;) Dobrze się pieni.


Na czwartym miejscu w składzie znajdziemy ALS, delikatniejszego brata siejącego zło SLS. Pierwsze dwa detergenty, decyl i lauryl glucoside, należą do tych delikatnych. Zawiera też PQ-7, które może nadbudowywać się na włosach, ale dopiero po zapachu, czyli w ilościach śladowych. Jeszcze dalej w składzie, czyli w co najmniej tak samo śladowych ilościach, znajdujemy obiecane ekstrakty z sezamu, aloesu, lukrecji, kozieradki i melona. Ze względu na ilość ekstraktów szampon otrzymał etykietkę proteinowego. Himalaya zawiera również Disodium EDTA, dzięki czemu może być użyta do chelatowania. Trzeba przyznać, że w nowym mieszkaniu mam o wiele twardszą wodę niż do tej pory, a ten kosmetyk radzi sobie świetnie.

I wreszcie przechodzę do sedna, czyli wyjaśnienia, jak taki niepozorny szamponik podbił moje serce. Tam-ta-ra-raaaaaaaaam, same superlatywy, Dziewczyny:

Po pierwsze, nie podrażnił mi skalpu. Do tej pory moja skóra przyzwyczajała się do każdego kosmetyku i mimo dobrych początków po kilkunastu myciach zaczynał mi szkodzić (nie robiło tego wyłącznie naturalne mydło, ale za to tragicznie sklejało i matowiło włosy na długości). Tutaj brak swędzenia, krostek, wypadania włosów, przesuszu. Nawet gdyby szampon robił tylko to, dla mnie już jest wart każdych pieniędzy.

Po drugie, bez problemu zmywał maski, oleje, oczyszczał bardzo brudne włosy (możecie sobie wyobrazić jak wyglądały moje włosy po dwóch dniach malowania ścian i sufitów. Nie musiałam nigdy myć nim włosów dwa razy (moje tego bardzo nie lubią).

Po trzecie, ekstrakty ziołowe naprawdę działały! Efekt jak po idealnej dawce protein: włosy uniesione u nasady, błyszczące, ale jędrne. Koniec z pasmami wylizanymi przez krowę. ;)

Po czwarte, szampon pomógł mi ograniczyć przetłuszczanie się skóry głowy. Jeszcze dwa miesiące temu myłam włosy codziennie, obecnie robię to co dwa dni. Liczę na dalsze sukcesy w tej dziedzinie. :) Co poza szamponem mi pomogło osiągnąć taki stan rzeczy, możecie przeczytać tutaj.

Szamponu używałam w metodzie OMO. W ramach eksperymentu zmywałam nim olej z włosów niezemulgowany wcześniej odżywką i również poradził sobie znakomicie. Najczęściej używałam go rozrobiony w kubeczku z łyżeczką glinki i niewielką ilością wody, ale nie podrażnił mnie też nierozcieńczony i solo. Był odrobinę za mocny dla moich rozjaśnianych końcówek, dlatego nie mogłam używać go bez odżywki. Na zdrowych odrostach za to sprawdzał się znakomicie.

Jeszcze kiedyś do niego wrócę, bo to pierwszy szampon, z którego tak długo jestem zadowolona. Zostało mi jeszcze pół butelki, więc mogę się cieszyć pozytywnymi efektami jeszcze przez kolejne dwa miesiące. :)

Plusy:

dostępność (apteki, sklepy internetowe, doz.pl)
cena
wydajność
przedłużona świeżość włosów
nadaje objętości
dokładnie myje, ale nie zdziera i nie plącze włosów
bez SLS (jest ALS jako trzeci detergent)
nie podrażnił wrażliwego skalpu.

Minusy:

może być zbyt mocny dla przesuszonych, rozjaśnianych włosów

Przekonałam kogoś? :D

piątek, 13 grudnia 2013

Mity o włosach (6): Nie używam szczotki z włosia, bo wyrywa mi włosy.

Nie jest to jakiś obiegowy mit, ale spotkałam się w kilku miejscach z taką opinią, a nawet przez pierwsze tygodnie użytkowania sama miałam takie wrażenie. Z czego to wynika?


Szczotki z włosia są... specyficzne. Wymagają szczególnie uważnej pielęgnacji: dość trudno je się czyści, nie można ich za bardzo moczyć, żeby nie uszkodzić kleju, który trzyma szczecinę w miejscu, potrafią elektryzować włosy. Dlaczego zatem warto ich używać?

Włosie zwierząt ma budowę niemal identyczną do ludzkich włosów. W związku z czym w przypadku czesania szczotką z włosia ryzyko podarcia włosa z powodu nierównej czy ostrej powierzchni, albo zakamarków spotykanych w plastikowych i metalowych szczotkach nie istnieje. Ponadto czesanie włosiem kosmyków pięknie pomaga domykać łuski włosowe, w efekcie wygładzając je i nabłyszczając. Trzeci ważny powód to możliwość zakupu szczotki z surowców wyłącznie naturalnych (włosie, drewno pokryte ekologiczną bejcą i klej).

Szczotka z włosia rozczesuje pasma niezwykle dokładnie, dzięki bardzo gęstemu zbiciu szczeciny, a także dzięki różnym długościom włosków. Gdybym miała rozczesywać dready, wspomagałabym się właśnie szczotką z włosia.

I w tej dokładności jest pies pogrzebany: kupiłam szczotkę z dzika, kiedy moje włosy były w opłakanym stanie, jak widać na tym zdjęciu:


Było ich niewiele, były bardzo cienkie i wskutek wielokrotnego rozjaśniania bardzo kruche. Dodatkowo podrażniony skalp owocował nadmiernym wypadaniem włosów. Kiedy włożyłam w ten piękny obrazek gęstą szczotkę, po czesaniu pozostawał mi na niej kłębek włosów: te, które wypadły, te ukruszone i połamane. Moje włosy były tak wrażliwe i suche, że rzeczywiście nawet włosie potrafiło je połamać. Ba, chwytałam włos palcami i zamiast zginać, łamał się, jakby to był nieugotowany makaron.

Zdegustowana na dobrych kilka tygodni odłożyłam tę szczotkę i w ramach focha do czesania używałam tylko palców. Po tym czasie, który wykorzystałam do intensywnego olejowania zniszczonej długości ponownie chwyciłam za szczotkę. I wiecie, co się okazało? Że to jedyne czesadło, które potrafi radzi sobie z moimi włosami już w czterech ruchach. Grzebieniem z TBS musiałam się bardziej namachać. :D

Odkąd poznałam sposób Eve, aby po czyszczeniu włosie szczotki spryskać odżywką w sprayu, moje włosy nie elektryzują się wcale. :) Niewątpliwie wpływ na to ma również ich ciągle poprawiający się stan.

Po czesaniu na mojej szczotce nadal znajduję pewną ilość włosów. Za to nie wypadają już podczas mycia – włosie wyciąga te włosy, które i tak były już martwe i właśnie przy myciu zapchałyby mi wannę.

Podsumowując, szczotka z włosia sama w sobie nie ma prawa wyrywać włosów. Może tak się zdarzyć jedynie w przypadku włosów chorobowo osłabionych lub bardzo zniszczonych: jednak wtedy wypadłyby one lub wykruszyły się same z siebie, szczotka jedynie zapewnia nam rozrywkę w postaci zebrania ich wszystkich razem.

Jeżeli farbujecie włosy, możecie łatwo sprawdzić, czy włosy, które wypadają są „żywe”, czy będące już w fazie telogenowej, czyli „martwe”. Wystarczy podnieść włos i spojrzeć na niego pod światło. Jeśli u nasady nie ma odrostu, wszystko jest w porządku – wypadł włos, który miał prawo wypaść. Jeżeli natomiast wiele włosów, które zdejmujemy z ubrań czy szczotki ten odrost posiada, warto się zastanowić nad przyczynami nadmiernego wypadania.

Przyznajcie się w komentarzach, ile z Was odłożyło szczotkę z naturalnego włosia i więcej po nią nie sięgało właśnie z powodu pozornego zwiększenia wypadania? :)

czwartek, 12 grudnia 2013

Różany balsam do ust Balance Me: Rose Otto Intensive Lip Salve – najlepszy, jaki miałam.


Po takim tytule zaraz Was zgaszę: kosmetyki Balance Me można nabyć w UK i nie są dostępne w Polsce, nawet w sklepach internetowych. Udało mi się znaleźć tylko jeden peeling tej marki w sklepie Organicum, nic i nigdzie więcej. Balsamy do ust w internetowym sklepie firmowym kosztują 12 funtów za 10 ml. Mój egzemplarz trafił do mnie dzięki wygranej u EKOcentryczki (hurra!) i zachwycił zarówno natychmiast, jak i po dłuższym stosowaniu.

Producent deklaruje na opakowaniu, że 100% składników balsamu jest pochodzenia naturalnego. Nie wnikam w twierdzenia, że i ropa naftowa była kiedyś paprotkami, poprzestanę na przyznaniu, że gdyby nie był takim rarytasem, z czystym sercem dałabym Zofii go zeżreć.


Dlaczego? Ano dlatego. Skład: lanolina, olej rycynowy, olej kokosowy, olej ze słodkich migdałów, nierafinowany wosk pszczeli, masło shea, olej z owoców róży (Rosa canina), olej jojoba, masło mango, masło kakaowe, sól sodowa kwasu hialuronowego, olej z róży damsceńskiej, olej z pelargonii różanej, olejek z trawy cytrynowej palmarosa, olejek lawendowy, olejek mandarynkowy, olejek z ylang ylang, olejek z rumianu rzymskiego, olejek paczuli, witamina E, ekstrakt z rozmarynu, Geraniol (z olejków eterycznych), Linalool (z olejków eterycznych), Farnesol (z olejków eterycznych), Citral (z olejków eterycznych), Limonene (z olejków eterycznych), Citronellol (z olejków eterycznych), Benzyl Benzoate (z olejków eterycznych), Benzyl Salicylate (z olejków eterycznych).

Jak nie widzicie na zdjęciu, ale możecie się domyślać, balsam zamknięty jest w tubie z dziurką. Nie przepadam za takim opakowaniem, ale rozumiem, że produkt o półlejącej konsystencji ciężko zapakować w jakieś inne. Przynajmniej jest trwałe. A skoro już trzymam tubkę w łapce, powiem Wam jeszcze, że kosmetyk ten należy zużyć w ciągu 6 miesięcy od otwarcia. Pachnie delikatnie, z wyraźną różaną nutką. Zapach nie jest mdły.


Balsam przed wszystkim spełnia najbardziej podstawową funkcję, czyli chroni okolice paszczowe przed warunkami zewnętrznymi. Zocha chętnie daje sobie posmarować nim usta. Robię to przez spacerem, i wiem, że nawet kilka godzin na wietrze, zimnie, wilgoci, kontakt z babolami, patykami i co tam jeszcze w okolice Zosiowej paszczy trafi, ustom nie zaszkodzi i już. U mnie też sprawdza się świetnie. Bardzo cenię sobie kosmetyki, których nie muszę aplikować co 15 minut, po to żeby były efekty. Wystarczy raz, przed wyjściem, i już. Niesamowita trwałość kosmetyku sprawia, że jest on wydajny. Przez kilka tygodni stosowania mojego i Zosiowego nie zużyłyśmy nawet połowy.

Ponadto, ta mieszanka olejów wspaniale pielęgnuje usta. Kiedy je sobie poskubię i pogryzę (niestety, jak już zdarzy mi się sucha skórka, to tak długo grzebię i żuję, aż nie poleci pierwsza krew), wystarczy, że posmaruję je na noc i rano są jak nowe. :) W połączeniu z zadziwiającym jak na naturalny kosmetyk efektem nabłyszczenia warg sprawia, że bez żadnego wysiłku usta wyglądają zmysłowo. Chciałam uwiecznić ten efekt na zdjęciu, niestety ze względu na pewne inwalidztwo sprzętowo-oświetleniowo-umiejętnościowe, do podziwiania niniejszym przedstawiam Wam wyłącznie błyszczącą rękę.

Panie i Panowie, błyszczącą ręka!

Podsumowując: polecam. Jeśli macie dostęp, bierzcie! Podejrzewam, że inne balsamy tej marki (tak tak, jest ich więcej, możecie obejrzeć tutaj) są równie dobre, bo i składy równie pyszne. Myślałam przez kilka lat, że Tisane robi szał. Otóż nie. Tisane jest zaledwie przyzwoity. Balance Me robi szał.

Wiecie, że się przeprowadziłam, trąbię o tym na prawo i lewo na każdym kroku, codziennie. W związku z tym od trzech tygodni mieszkam w wyposażonym w Rossmana miasteczku. Do tej pory przemykałam szybko obok, jeśli byłam w okolicy, dzięki czemu udało się uniknąć zbędnych zakupów. Nieźle, prawda? To teraz spójrzcie, co ujrzałam rano z okna mojej sypialni:


Wczoraj tego napisu jeszcze nie było.

Pożdżrawiam Was Cziule! :)

sobota, 7 grudnia 2013

Google Analytics vol.2

Nie planowałam tak szybko kolejnego postu z tej serii, ale musiałam się z Wami podzielić wyczytanymi przeze mnie rewelacjami :) No to jedziemy:

czarnuszka zastosowanie na powiekszenia piersi

Proponuję w każdą miseczkę stanika włożyć po paczce nasion. Na pewno pomoże.

czy wlosy zwiazane w turban psuja wlosy

Jeśli są złośliwe. :D

dawniej używana do malowania wąsów

Chyba muszę się z tej tematyki wąsowej dokształcić, bo widzę, że temat generuje nieco ruchu na blogu.

dzien obzarstwa po dlugiej diecie

Polecam, jeśli nie szanujesz swojej własnej pracy i zdrowia.

jak ulożyć obrazki o grubej balbinie 1 klasa

Szacun. Dla autorów podręczników.

jak zmyc odzywke arganowa z propolisem

Nie znalazłam takiej odżywki, a brzmi ciekawie. :(

ładne fryzury żey wyszet kok
A niech Ci wyjdzie, na zdrowie. :)

japoński sposup przyspieszana wzrostu włosów

Mam w rodzinie kilku dyslektyków i żaden tak by nie napisał...

pies lubie spac traw morke

Ja tam wolę spać łóżko suche i człowiek, ale co kto lubi. ;)

przedluzenie okresu przetluszczania sie wlosow

Osobiście wolałabym ten okres przetłuszczania się włosów maksymalnie skrócić, ale znów: co kto lubi. :)

telefon skalpa

Rozbawiło mnie chyba najbardziej. Myślę, że chodziło o Skype – mocno się rozczarował ten, co czytał u mnie o skalpie i o skalpie. :)

Niestety, nie było żadnych seksownych wyszukiwań, w dodatku zdecydowana większość dotyczyła faktycznej zawartości bloga. Ale liczę na to, że jeszcze jakiś post z tej serii się pojawi, a i jakie słówko wpisane w wyszukiwarkę by go tu nie kierowało, każdy nowy czytelnik - choćby i przypadkowy - szalenie mnie cieszy. :)


piątek, 6 grudnia 2013

Splątane, suche i szorstkie włosy nad karkiem – jak pozbyć się „kołtuna”?

Dzisiaj może nie najistotniejszy włosowy temat, ale dość często spotykany. Dbamy o włosy, poświęcamy im mnóstwo czasu i uwagi i niby mamy dopiętą na ostatnią guzik pielęgnację, ale mimo to pasma nad karkiem wołają o pomstę do nieba. Szczególnie zimą wielu z nas dotyczy ten problem. Włosom szkodzą zmiany temperatur, często pukle nad karkiem wystają spod czapek i narażone są na mróz, a także ocierają się o kołnierze kurtek, szale i kominy, co na pewno im nie służy.

Sama miałam ten problem głównie latem, kiedy przestawiłam się na bezsilikonową pielęgnację (liczyłam, że ograniczę w ten sposób przetłuszczanie i dodam włosom objętości). Choć używałam i odżywek, i masek, włosy nad karkiem sięgały zaledwie kilku centymetrów, plątały się i rozdwajały, a przy próbach rozplątania choćby i palcami sporo ich sobie wyrywałam. Były matowe, różniły się kolorem od reszty włosów, rozdwajały się, w dotyku przypominały wycieraczkę...



Na pewno silikony pomagają w walce z szorstkimi włosami, wygładzają je, chronią przed uszkodzeniami mechanicznymi, ułatwiają rozplątywanie. Jeśli jednak z jakichś powodów nie chcecie ich używać, możecie zastąpić je innymi kosmetykami emolientowymi (kremy, masła i oleje oraz odżywki z nimi w składzie).

Jak zapobiegać „kołtunom”?

Unikać szali, kołnierzy, które szarpią włosy. Na pewno mniejszą krzywdę zrobi nam satynowa lub nawet bawełniana chusta od szala z ostrej wełny albo kołnierza z ćwiekami. ;) Zwróćmy uwagę również na paski od torebek, różnego rodzaju broszki i klamry (choć te bardziej dokuczają włosom na długości, niż nad samym karkiem).

Najbezpieczniej mimo wszystko wiązać włosy, wtedy przynajmniej te dłuższe osłonimy przed wycieraniem się i wplątywaniem w elementy garderoby.

Nakładajmy na włosy nad karkiem odżywkę! Sama zorientowałam się, że mam tendencję do głaskania wierzchnich warstw włosów, zamiast wmasowywać je w całość (no dobrze, miałam – już tak nie robię). Szczególnie uważnie wprasowuję odżywkę czy maskę w okolicach karku, staram się dotrzeć nawet do samej skóry. Co ciekawe, włosy w tym rejonie wcale nie przetłuszczają mi się szybciej niż dotąd, za to skończyły się problemy z rozczesywaniem, a nawet swędzenie skalpu. Obecnie kark i spodnia część włosów dostaje odżywkę jako pierwsza, żebym na pewno o tym nie zapomniała.

Najłatwiejszą metodą jest nakładanie na problematyczne partie włosów silikonowego serum. Nadal mam swoją kurację arganową Marion i jestem z niej bardzo zadowolona. Zwróćcie tylko uwagę, żeby serum nie zawierało alkoholu, bo może pogłębić ten problem, zamiast mu zapobiegać. Mowa tu oczywiście o alkoholu denaturowym, izopropylowym i etylowym (benzyl alcohol, cetearyl i cetyl alkohol nie zrobią Wam krzywdy). Jeżeli z jakiegoś powodu nie używacie silikonów, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby we włosy nad karkiem wetrzeć 1-2 krople olejku. Na moich włosach sprawdzały się w tej roli olej arganowy, z pestek winogron, sezamowy i kokosowy. Podobno świetnie do zabezpieczenia włosów nadaje się również olej z pestek śliwki, ale ten zakup dopiero przede mną. :)

Jeżeli już macie kołtun, przed rozczesaniem, zamiast go rozszarpywać, spróbujcie popsikać włosy odzywką w sprayu (taką, jaka Wam służy, ja podbieram Zo malinową dla dzieci), albo nałożyć najpierw kroplę olejku, serum, czy nawet odzywki do spłukiwania przed szarpaniem się z nimi.

Włosy na karku z reguły są cieńsze od pozostałych, tak jak te na skroniach i za uszami, więc pamiętajmy o tym przy czesaniu. Bardzo podoba mi się porównanie włosów do drogocennego swetra, który ma służyć nam na lata i sama staram się właśnie tak delikatnie moje kosmyki traktować.

Czy macie jeszcze jakieś pomysły, co może pomóc zapobiegać plątaniu się włosów? Może coś ominęłam, albo coś z powyższej listy kompletnie się u Was nie sprawdza? Jestem bardzo ciekawa Waszych sposobów i opinii.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...