czwartek, 31 października 2013

Testuję z Maliną: Recenzja - Eveline, Bio Hyaluron 4D, Wygładzający enzymatyczny peeling do twarzy 3 w 1.


Po dwóch porażkach z Eveline mogę o kolejnym produkcie napisać coś dobrego. Wprawdzie dzięki substancjom zaznaczonym w składzie na czerwono obawiałam się nałożyć peeling na twarz tak bardzo, że w końcu tego nie zrobiłam. Moja cera nie toleruje parafiny, i nawet jednorazowe użycie kosmetyku z nią w składzie przypłaciłabym kilkutygodniowym dyskomfortem i doprowadzaniem cery do porządku, co niejednokrotnie już sprawdziłam. DMDM Hydantoina również zrobiła mi przykrą niespodziankę, do tego mamy całą baterię parabenów jeszcze przed zapachem. 


Peeling zatem wylądował na mojej szyi i dekolcie. Te rejony mam mimo wszystko mniej wrażliwe (i łatwiej je schować pod chustką w razie katastrofy).

Żeby nie było, że w składzie same brzydactwa, spójrzcie same:

Aqua, Mineral Oil, Cetearyl Alcohol, Olus Vegetable Oil, Ceteareth-20, Sorbitan Tristearate, Papain, Agar, Caprylic/Capric Triglyceride, Glycerin, Sweet Almond Oil, Betaine, Hamamelis Virginiana, Hyaluronic Acid, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Triethanolamine, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Phenoxyetanol, Methylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, DMDMD Hydantoin, Parfum.

Mamy też olej roślinny (nie wiadomo jaki, zatem zapewne palmowy), olej ze słodkich migdałów, brzozową betainę, wyciąg z hamamelisu, w roli enzymu wsytępuje papaina. Ponadto dość wysoko w składzie znajduje się bomba mikroelementowa: agar w towarzystwie nawilżającego kwasu hialuronowego i aloesu.



Szkoda, że na każdy dobry składnik przypada jeden kiepski. ;) Ale to dość częste w tej półce cenowej, a ten skład owocuje moją ulubioną: kremową i smarowną, ale niezbyt ciężką i nietłustą konsystencją.

Zapach jest bardzo delikatny, ledwo wyczuwalny, na pewno nie przykry. Peeling bardzo przyjemnie chłodził moją skórę, spora część kosmetyku ładnie się wchłonęła. Nic nie piekło, nie szczypało, nie swędziało. Tak lubię. :)

Zgodnie z zaleceniami producenta peeling pozostawiłam na skórze przez 15 minut, następnie delikatnie zmyłam pozostałości. Jestem bardzo zadowolona. Skóra rozjaśniła się i odprężyła, była tak ładnie nawilżona, że nie musiałam jej smarować kremem.



Dla zainteresowanych zaprezentuję jeszcze obietnice producenta:

Peeling enzymatyczny polecany jest dla osób w każdym wieku, do pielęgnacji cery wrażliwej, naczynkowej i bardzo suchej. Innowacyjna formuła wyjątkowo skutecznie złuszcza martwe komórki naskórka, eliminuje szorstkość i pobudza mikrocyrkulację. Wygładza, zmiękcza i odświeża. Łagodzi podrażnienia i pobudza regenerację naskórka, pozostawiając skórę elastyczną i wygładzoną. Wyrównuje koloryt cery. Zmniejsza ilość, szerokość i głębokość zmarszczek, nadając skórze młody wygląd. Peeling idealnie przygotowuje skórę do przyjęcia substancji odżywczych zawartych w kremach. Doskonale się wchłania, pozostawia cerę delikatną, idealnie gładką i miękką w dotyku.

INNOWACYJNA FORMUŁA BOGATA W ZAAWANSOWANE SKŁADNIKI AKTYWNE:

ENZYM PROTEOLITYCZNY Z PAPAI – usuwa martwe komórki naskórka, niweluje zmarszczki i niedoskonałości cery. Ze względu na zawartość przeciwutleniaczy opóźnia procesy starzenia się skóry.
bioKWAS HIALURONOWY – intensywnie nawilża i wygładza skórę, wspomaga proces powstawania nowych komórek. Wypełnia zmarszczki od wewnątrz.
WYCIĄG Z HAMAMELISU – poprawia mikrocyrkulację, wycisza zaczerwienienia, uszczelnia naczynia krwionośne.
WYCIĄG Z ALOESU – bogaty w aminokwasy, witaminy, mikroelementy, wykazuje działanie silnie nawilżające, biostymulujące i oczyszczające.
NATURALNA BETAINA – zwiększa elastyczność skóry poprzez stabilizację nawilżenia. Działa łagodząco.
OLEJEK MIGDAŁOWY – wyraźnie wygładza i odmładza cerę.


Jest to jeden z naprawdę niewielu kosmetyków z parafiną, który chętnie kupię ponownie. Podoba mi się działanie, cena, dostępność, mimo niedoskonałego składu.

A Wy się skusicie? :)

Przez kilka dni będzie mnie mniej na blogu i u Was, a posty będą się pojawiać automatycznie. Jedziemy spędzić te ciche święta z najbliższymi, a na początku przyszłego tygodnia, mam nadzieję, znajdziemy mieszkanie w nowym mieście. Życzę Wam, abyście wykorzystały ten wolny czas nie tylko na wspominanie tych, których już nie ma, ale też docenienie tych, którzy są w naszym życiu. :)

środa, 30 października 2013

Aktualizacja włosowa: październik.

Było kilka przepięknych, słonecznych dni, dlatego zdjęcia do aktualizacji robiłam w czasie deszczu, żeby włosy wyglądały na kompletnie matowe ;) Nie wiem, czy widać to na zdjęciu porównawczym, ale urosły aż o 1,5 cm (obecna długość pasma kontrolnego: 26,5 cm)! To absolutny rekord jeśli chodzi o wzrost bez suplementów i jego sprawcą jest wyłącznie olejek Bringaraj. :) Jeśli uważacie, że to malutko, przypomnę tylko, iż mój standardowy przyrost to 0,8 cm, czyli urosły prawie o 100% więcej niż zwykle. Jestem z takiego wyniku bardzo zadowolona. 



W tym miesiącu kłaczęta były bezproblemowe tak bardzo, że postanowiłam trochę zawalczyć z przetłuszczaniem się skalpu. Próbę mycia co drugi dzień przerwałam po tygodniu, bo włosy wyczuły co się święci i zaczęły migrować z głowy... Kiedy wróciłam do trybu mycia codziennie, ewentualnie co półtorej doby, wszelkie dolegliwości zniknęły. Przetrzymywać włosy mogą sobie osoby ze zdrową skórą głowy, a hurtowi producenci sebum jak ja muszą sobie radzić innymi sposobami. Nowa metoda jest w trakcie testów, opowiem Wam o niej więcej za jakiś czas. :)

Nie do końca używałam kosmetyków z październikowego planu (klik). Moja pielęgnacja wyglądała tak:

Szampony.

Receptury Babuszki Agafii, na kwiatowym propolisie. Udało się skończyć tę ogromną butlę i otworzyłam szampon turecki Planeta Organica, który miał wraz z balsamem robić szał na zdjęciu do pielęgnacji na listopad. Niestety, dla mnie to kompletna klapa (dosłownie): włosy wyglądały na nieświeże o wiele szybciej niż zazwyczaj, i choć zakochałam się w zapachu, butelce, kolorze, konsystencji i wydajności, przekażę go mojej Mamie. Szampon J&J zostawiam dla Zo.

Odżywki.

tutaj jak najbardziej wszystko zgodnie z planem. Receptury Babuszki Agafii, balsam na kwiatowym propolisie. Nivea long repair, balsam turecki Planeta Organica, maska fructis i calmar.

Oleje.

Znów pupa, a nie plan. Wszystko dlatego, że znalazłam w lodówce olej z pestek malin z ważnością do października 2013. Myślałam, że wypaciam te pozostałe 30 ml w ciągu 3-4 razy, ale wydajność jego straszliwa spowodowała, że mam wciąż połowę tej ilości. Myślę, że końcówkom niewielkie przeterminowanie nie robi i zużyję go do dna. Przed niemal każdym myciem na skalp nakładałam olejek Bringaraj, kilka razy użyłam też lotionu Seboradin Niger. Raz czy dwa użyłam olejku Khadi Trifla, kiedy bolała mnie głowa. Masaż z jego użyciem sprawia, że ból całkowicie znika!

Farba.

Henna mumtaz z wodą i miodem. Bez ziółek, zakwaszania i innych domieszek, za to nałożona obficie. Dzień przed farbowaniem podjęłam się domowego delikatnego rozjaśniania odrostów, o którym opowiem Wam innym razem.

Maseczki i odżywki używałam do emulgowania oleju, czasami na chwilę, czasami nawet na półtorej godziny pod folią i turbanem. Po myciu odżywkę nakładałam na same końce. Codziennie zabezpieczałam końcówki kuracją arganową Marion i wydaje mi się, że są w całkiem niezłym stanie jak na ich możliwości. Może uda się podciąć je dopiero w grudniu tak jak planowałam.

Kilka zdjęć po farbowaniu w wersji prostej:




i w falowanej po koczku ślimaku. 


Podoba mi się ten kolor, odrost wreszcie ładnie komponuje się z resztą tworząc delikatne ombre. A jutro pokażę Wam, czego będę używać do włosów w listopadzie. Offtopic: Na zdjęciu po lewej bezgłowy pies ;)

I jeszcze małe sprostowanie: w poście o mojej wishliście (klik) przed długi czas widniała literówka, na którą zwróciła mi uwagę pani Ola, dystrybutor kosmetyków Omia. Nazwa marki produktów do włosów, które zbierają tak dobre opinie to oczywiście Omia Laboratoires. Z pełną ofertą możecie zapoznać się na stronie www.omialab.pl.

Jak Wasze włosy? Ominęło Was jesienne wypadanie, czy może tak jak ja zafundowałyście je sobie na własne życzenie? ;)

wtorek, 29 października 2013

Pierwoje Reshenie, Balsam specjalny Babuszki Agafii z wyciągiem z 17 syberyjskich traw – moje wrażenia.

Dłuższej nazwy chyba ta odżywka mieć nie mogła. ;) Z przyjemnością jej używałam do samego końca, więc przyszła pora na przekazanie Wam kilku słów.



Balsam mieści się w stylowej retrobutelce z grubego, zielonego plastiku. Nie dajcie się jednak zwieść: absolutnie nie da się jej ustawić na zakrętce dnem do góry, więc kiedy zbliżacie się do końca opakowania, możecie:

Nerwowo nim potrząsać.
Podpierać odwróconą butelkę innymi kosmetykami, koniecznie ze wszystkich stron i szczelnie.
Rozcieńczyć ją wodą i szybko zużyć, żeby się nie zepsuła.



Próbowałam wszystkich sposobów i żaden mnie nie satysfakcjonuje, niemniej zawsze kiedy gniewałam się na wizje producenta, uspokajający zielony kolor i przyjemna kwiatowa etykietka łagodziła moje mordercze zapędy, a szeroka szyjka butelki bez korka uśmiechała się do mnie kojąco. Piękne napisy „Receptury Babuszki Agafii” wytłoczone po bokach zmysłowo masowały palce ściskające ten zielarsko-kosmetyczny specyfik. Balsam dodatkowo poklepywał mnie po ręce subtelnym kwiatowym zapachem, czarował perłowo-brudnoróżowym kolorem i jakoś świat znów stawał się znośny. ;)

Jak wiele kosmetyków rosyjskich, skład balsamu otwiera woda „z infuzyjami”, co nie pozwala nam stwierdzić ile owych substancji aktywnych rzeczywiście w produkcie końcowym jest. Ale trochę chyba jest, bo działał na moją skórę ów balsam przednio: koił podrażnienia, fajnie nawilżał, nie obciążał włosów nawet nałożony na skalp po myciu. Jak się zapewne domyśliłyście, w związku z tym odżywka ta jest zbyt lekka dla każdych innych włosów niż bardzoniskoporowate ;) i na końce i długość zdecydowanie lepiej nałożyć co innego.



Nie potrafię ocenić, czy balsam rzeczywiście zapobiega wypadaniu włosów, ponieważ ten problem mnie nie dotyczył w czasie jego stosowania. Może dzięki niemu, może nie. Na pewno nie zaszkodził. Używałam go przed myciem i po myciu, zawsze nakładałam go na skalp, a czasami i na długość.

Balsam kupiłam w sklepie Skarby Syberii korzystając z letniej promocji za 12,90 złotych. Obecnie również jest w tej korzystnej cenie (klik). Pojemność 350 ml wystarczyła mi na 3 miesiące stosowania 2-3 razy w tygodniu, w związku z czym oceniam go jako bardzo wydajny. Byłoby z tą wydajnością jeszcze lepiej, gdybym używała go jedynie po myciu, te z Was, które również emulgują oleje odżywką, wiedzą, że potrzeba jej do tego celu całkiem sporo.

Czy kupię go ponownie? Jest tyle kosmetyków do wypróbowania, że naprawdę nie wiem. Myślę, że przetestuję jeszcze jego braci zanim zdecyduję na 100%. Kojenie skalpu to dla mnie bardzo ważna sprawa i jakąś odżywkę, którą mogę do tego celu używać mam w łazience zawsze. Być może i 17 traw znów się w niej pojawi. :)

Dla ciekawych skład. Szerszy opis każdego z ziół znajdziecie pod linkiem powyżej.

SKŁAD (INCI): Aqua nivalis, Siberian Water Complex® (wyciąg z 17 syberyjskich ziół), Cetrimonium Chloride, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Juniperus Communis Fruit Extract, Montan Wax, Scutellaria Baicalensis Root Extract, Panthenol, Guar Gum, Citric Acid, Parfum, Kathon.

Siberian Water Complex® - Rhododendron dauricum, Inula Helenium, Atragene Sibirica, Helichrysum Arenarium, Solidago Dahurica, Erodium cicitarium, Pedicularis uralensis, Rubus saxatillis, Urtica Dioica, Saponaria Officinalis, Chamomilla Recutita, Silene Jenisseensis, Rhodiola Rosea, Artemisia Mongolica, Scutellaria Baicalensis, Polygonatum odoratum, Lamium album.

poniedziałek, 28 października 2013

Testuję z Maliną: Recenzja - Eveline, Bio Hyaluron 4D, Drobnoziarnisty peeling do twarzy 3 w 1.


 

Zacznę od tego jak pięknie dałam się nabić w butelkę: pisałam przy okazji poprzedniej recenzji maseczki Eveline o tym, jak to napis „bez alergenów” może wywołać złudne poczucie bezpieczeństwa. Dzisiaj dopiero moje nieco wadliwe oczy wyczytały drobny maczek nad tym napisem. Cały zwrot brzmi „kompozycja zapachowa bez alergenów”. Nie będę tego komentować, same osądźcie, czy takie sformułowania i triki są w porządku wobec konsumenta.


 Opis producenta:

  1. Intensywnie wygładza
  2. Skutecznie oczyszcza
  3. Przywraca skórze naturalny blask
Głęboko oczyszczający peeling drobnoziarnisty polecany jest dla osób w każdym wieku, do pielęgnacji cery normalnej i mieszanej. Innowacyjna formuła bogata w zaawansowane składniki aktywne skutecznie złuszcza martwe komórki naskórka, eliminuje szorstkość, zmiękcza i odświeża. Pobudza regenerację naskórka, pozostawiając skórę elastyczną i aksamitnie gładką. Peeling idealnie przygotowuje skórę do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych. Formuła bogata w aktywne mikrogranulki delikatnie usuwa obumarłe komórki, likwidując szorstkość i łuszczenie się naskórka.

SUPER EFEKT 4D – Nowy wymiar w walce ze zmarszczkamiSpektakularna redukcja ilości, długości, szerokości i głębokości zmarszczek.
  • INNOWACYJNA FORMUŁA BOGATA W ZAAWANSOWANE SKŁADNIKI AKTYWNE:
  • bioKWAS HIALURONOWY – wygładza i nawilża skórę, wspomaga proces tworzenia nowych komórek, nadaje skórze miękkość, elastyczność i jedwabistą gładkość. Redukuje zmarszczki.
  • WITAMINY A + E – opóźniają procesy starzenia. Witamina A jest niezbędna dla zachowania dobrej kondycji skóry. Witamina E poprawia wygląd cery zwiększając jej elastyczność i sprężystość.
  • WYCIĄG Z LUKRECJI – jest źródłem wielu biologicznie aktywnych składników działających odżywczo, kojąco i ochronnie.
  • MINERAŁY MORSKIE – dostarczają skórze cennych składników, działają nawilżająco i tonizująco.
  • NATURALNA BETAINA – zwiększa elastyczność skóry poprzez stabilizację nawilżenia. Działa łagodząco.


Peeling przyjemnie chłodzi skórę, co mnie zaskoczyło już po nałożeniu na rękę. Nie podoba mi się jego zapach: kwiatowo-chemiczny i tak intensywny, że aż kręci w nosie, być może uroniłam nawet łezkę. Zatem kompozycja zapachowa może i jest bez alergenów, za to zdecydowanie jest jej za dużo.
W składzie tego kosmetyku nie ma DMDM Hydantoiny, która podrażniła moją skórę w maseczce nawilżającej (klik), jednak nie masowałam twarzy przez 3 minuty, jak każe producent. Już po jednej minucie moje policzki miały dość, choć ścierałam je bardzo delikatnie. 


Peeling spłukuje się bardzo ładnie i nie pozostawia uczucia ściągnięcia, co bardzo mu się chwali. Niestety okazał się zbyt mocny dla mojej delikatnej cery: na skroniach pojawiły się suche skórki, których nie widziałam na swojej twarzy od dwóch czy trzech lat, a na policzkach kilka chwil po zmyciu pojawiło się zaczerwienienie. To może być efekt oleju rycynowego, który zajmuje dość wysokie miejsce w składzie, a którego moja skóra nie lubi. Piszę do Was już godzinę czy dwie po użyciu i policzki nadal mnie pieką.

Podsumowując: tak jak w przypadku maseczki nawilżającej kosmetyk ten może spełniać swoją funkcję u osób z normalną skórą, ale zdecydowanie nie polecam go wrażliwcom. Dla zainteresowanych skład, który moim niespecjalistycznym okiem oceniam jako nienajgorszy na tle serii (kliknięcie powiększy obrazek):


Przyznam się, że trochę bałam się testować dalej kosmetyki Eveline, skoro 2 na 4 podrażniły moją skórę, ale wkrótce przedstawię Wam pozytywną recenzję kolejnej saszetki. :) Pracuję także nad włosową aktualizacją, ale czekam aż włosy opuści pohennowy przesusz. :)

niedziela, 27 października 2013

Moje dziecko jest wspaniałe (5). Chusta.

W zamierzchłych, przedciążowych czasach chusty „obiły mi się” o oczy i uszy, ale nie poświęcałam im więcej uwagi. Jak zresztą wszystkiemu, co dotyczyło dzieci i niemowląt. Już ze sporym brzuszkiem trafiłam do szkoły rodzenia, na szczęście nie przyszpitalnej, tylko prowadzonej przez wspaniałą Doulę, która przygotowała nas do porodu, a poza informacją jak zmieniać pieluszki nauczyła nas czegoś najważniejszego: bliskości.

To właśnie na zajęciach w szkole rodzenia pierwszy raz miałam kontakt z chustą i pokochałam ją natychmiast. Co dziwne, nie bałam się zawijać w nią dziecka (ani lalki), skoro inni rodzice z powodzeniem to robią, to znaczy, że się da, prawda?

Zanim zarzucicie mi, że ślepo podążam za modą, odpowiem Wam: nawet jeśli, to co? To wspaniała moda: kochanie swojego dziecka, bycie dla niego, bycie blisko, słuchanie swojej intuicji. Przecież miłość i bliskość jest ponadczasowo wspaniała i ważna, i właściwie dopiero w XIX-XX wieku, kiedy za wychowanie dzieci zabrali się „specjaliści”, a nie rodzice, pojawiły się dziwne teorie i praktyki typu „cry it out”, „ćwiczenie płuc” czy uczenie kilkumiesięcznego dziecka samodzielności (!). Bliskość działała przez setki, tysiące lat i osobiście bardzo się cieszę, że ponownie wraca do łask. Żałuję jedynie, że niewystarczająco szybko, że większość rówieśników mojej córki dotyka jeszcze „zimny wychów”.

Nie mam jak tego sprawdzić, ale czytałam gdzieś informację, że w Niemczech chusty są stałym elementem wyposażenia oddziałów neonatologicznych i że każdej matce wcześniaka wręcza się jedną. Kangurowanie najbardziej przypomina przebywanie w brzuchu Mamy: doskonale słychać bicie jej serca i jej głos, dziecko otula jej znajomy zapach i kojące ciepło.



Pierwszy raz Zosię włożyłam do chusty, kiedy tylko wygoił jej się pępek, miała wtedy około 10 dni. I choć pierwszy raz był nieporadny i trudny (Zo to wyczuła, zdenerwowała się i rozpłakała), przy drugim wiązaniu zdobywa się wprawę, a trzecie i setne robi się samo. ;)

Kiedy mój Mąż zaproponował, że na kolejny spacer zabierzemy wózek, nic nie powiedziałam. Ale w połowie wyjścia zawróciłam do domu po chustę. Moje dziecko, które do tej pory niemal każdą minutę spędzało przytulone do mnie, nagle znalazło się dalej (moje ręce plus ramię wózka), gdzie nie wiedziałam, czy jest jej ciepło, czy zimno. Leżała, takie maleństwo, w o wiele za dużej gondoli wózka i podrzucało nią i trzęsło na każdej nierówności. Też jej to nie odpowiadało, te kilka razy, gdy używaliśmy wózka Zo krzyczała z całych sił.

Nie mówię, że wózek jest zły, nie jest to celem dzisiejszej notki. Chcę Wam tylko napisać, że my go nie lubiłyśmy i dość szybko z domu zniknął.

A dlaczego chusta?

Kiedy Zo była mała:

  • włożona w chustę i przytulona do mamy natychmiast się wyciszała i w bezpiecznym otoczeniu chłonęła tyle wrażeń i bodźców, ile potrzebowała. Jeżeli hałasu lub barw było za dużo, odwracała głowę i już jej nie dotyczyły. :)
  • bardzo, bardzo dużo ją karmiłam piersią. Potrafiła przez godzinę ssać pierś i po 10 minutach domagać się jej znowu. Chusta to był sposób, żebym mogła odpocząć. Bo odkładanie dziecka do łóżeczka i słuchanie jak płacze to dla mnie średni relaks.
  • mogłam wtulić ją w siebie i spokojnie poodkurzać, pozmywać, uszykować obiad.
  • Zawsze wiedziałam, czy akurat śpi, czy się uczy, czy jest jej ciepło czy zimno, czy jest spokojne, czy czymś się denerwuje.
  • chusta była lekarstwem na „kolki” (w cudzysłowie, bo moje dziecko ich nie miało, bolał ją brzuszek od kropli z witaminami; kiedy zrezygnowaliśmy z suplementacji wit. D dolegliwości zniknęły jak ręką odjął), pomogła nam przetrwać ząbkowanie, katarki i gorączki.
  • dzięki chuście przeżyliśmy katarki (nie wiem czy wiecie, ale małe dzieci nie potrafią oddychać przez usta, wobec czego katar = duszenie się), gorączki, bolesne ząbkowanie.
  • czasami usypialiśmy ją bardzo długo.. a wystarczyło 5 minut w chuście, żeby zasnęła mocno i głęboko.
  • prawidłowo rozwijały się jej stawy biodrowe, zaczęła chodzić jeszcze przed roczkiem, ma prawidłową postawę i prosty kręgosłup.
  • przez 3 miesiące miałam w domu dziecko, które ledwo tupta i dwa hiperaktywne psy. Zarzucałam Zo do chusty i mogłam iść z nimi na dwugodzinny spacer. Średnio widzę taką możliwość przy użyciu klockowatego wózka.
  • chusty są przepiękne! Można kupić różne kolory i wzory i trochę żałuję, że już z naszej nie korzystamy.

Korzyści z chustowania, jakie widzę teraz:

  • moje dziecko prawie się nie przewraca. Ma doskonałe wyczucie równowagi. Potrafi balansować na głowie podpierając się czubkami paców jednej stopy. Włazi samodzielnie na piłkę do ćwiczeń i z niej nie spada. Maszeruje po wąskim krawężniku bez zmrużenia okiem. Wie, jak nie spaść z huśtawki.
  • Zo przychodzi się przytulić, kiedy jest jej źle. Reguluje swoje emocje korzystając z bliskości rodzica.
  • Zo chodzi na spacery o własnych siłach. Kiedy się zmęczy, woła „apa!”, ale wystarczy jej chwila, żeby odpocząć i tuptać dalej. Coraz częściej widzę 3- i 4-latki w wózkach, często te dzieci są powyginane w paragrafy, bo się nie mieszczą, zwykle też już mają problem z nadwagą lub wręcz otyłością.
  • Kilku innym mamom pomogłam chustować swoje dzieci i wierzę, że są one dzięki temu szczęśliwsze. :)

Pamiętajcie, że żeby chusta nie szkodziła, musi być wykonana z odpowiedniej tkaniny i prawidłowo zawiązana. Najlepiej poprosić o pomoc wykwalifikowanego doradcę, ewentualnie doświadczonego w chustowaniu rodzica. Używając nieodpowiedniej techniki i/lub tkaniny możecie i sobie i dziecku zrobić krzywdę. Przed noszeniem zapytajcie pediatry, a najlepiej również ortopedy, czy nie ma przeciwwskazań.

Na koniec podam Wam przykłady co można usłyszeć od przechodniów, kiedy się idzie na spacer z chustą. :)

  - Niech pani rozplącze to dziecko, przecież umarznie!

  - Mamo, co ta pani tam ma?
  - Ta pani ma dzidzię na brzuszku.
  - Ja nie widzę żadnej dzidzi, tylko skarpetki.
(Zosia była jeszcze malutka, akurat sobie spała, więc podparłam i schowałam jej główkę. Po przyjściu do domu przekonałam się, że faktycznie było widać tylko malutkie skarpetki.)

  - Ale grzeczne, uśmiechnięte dziecko! :)

  - Ale fajnie, na pewno jej tam cieplutko!

  - Ale ma dobrze, przy mamy biuście, sam bym tak chciał. ;)

  - O rety, przecież to dziecko się udusi! To tak można?

  - Nie bolą panią plecy?

Niektóre wypowiedzi były śmieszne, inne głupie, ale zdecydowana większość bardzo pozytywna i sympatyczna. Jeśli choć jedna osoba na nasz widok też postanowiła nosić swoje dzieci w chuście, bardzo się cieszę. Bo warto, i dla nas samych i dla maluchów.

sobota, 26 października 2013

Jak dbać o: włosy tłuste u nasady i suche na końcach (tzw. mieszane).

Jeżeli Twoje włosy są zależnie od dnia: całe suche i puszące się albo szybko wyglądają na nieświeże i oklejone, kilka poniższych porad jest dla Ciebie. :)

Brwi od szklanki i smalec na głowie ;) (źródło)


Wczoraj krótki wpis był o tym, dlaczego używanie kosmetyków z tej samej serii na większości włosów się nie sprawdza. Dzisiejsze porady zacznę od powtórzenia najważniejszego: szampon dobieramy do skóry głowy, a odżywkę do włosów.

I choć walkę z przetłuszczającym się skalpem bardzo trudno wygrać (a pierwsze rezultaty widać dopiero po kilku miesiącach), można sprawić, że różnica w kondycji włosów u nasady i na końcach będzie mniej widoczna, a Wy poczujecie się o wiele bardziej komfortowo. Podam Wam kilka możliwości, z których mam nadzieję, uda Wam się wybrać coś dla siebie. :)


Jeżeli kupisz szampon do włosów tłustych, długość i końce przypominają miotłę. Jeżeli wybierzesz jakiś z etykietką „regenerujący” czy „wygładzający” wyglądasz pięknie... przez kilka godzin od mycia, bo bardzo szybko sprawiasz wrażenie osoby nieco na bakier z higieną. W skrajnych przypadkach użycie delikatnego szamponu powoduje, że włosy są niedomyte. Jak z tego wybrnąć?

Opcja numer 1: Używać szampon do włosów przetłuszczających się, ale rozcieńczać go w kubeczku (lub butelce pianotwórczej), żeby detergenty nie wysuszyły włosów na długości. Skupiamy się na myciu skalpu, długości wystarczy to, co „przeleci” przez nią przy spłukiwaniu.

Opcja numer 2: Szampon do włosów przetłuszczających się, ale używany metodą OMO (znaną też jako OSO). OMO to nic innego jak odżywianie-mycie odżywianie, OSO to odżywka-szampon-odżywka. Ta metoda polega na dokładnym spłukaniu włosów wodą i na długość nałożeniu odżywki. Jeżeli włosy są rozjaśniane, prostowane lub skrajnie suche, polecam jej nie spłukiwać. Następny krok to umycie skóry głowy szamponem. Nie zapominajcie o wymasowaniu skóry głowy. Po myciu nakładamy na długość odżywkę i spłukujemy.

Chociaż nakładanie odżywki tuż przed zmyciem jej szamponem może się wydawać zbędnym marnotrawstwem, moje pięciokrotnie rozjaśniane włosy widziały ogromną różnicę między takim myciem a zwykłym, mniej więcej taką jak między kłębem filcu, a włosami, które da się rozczesać. Możecie użyć dwa razy tej samej odżywki, ja jako pierwsze O używam takiej, która nieszczególnie się sprawdza na moich włosach, albo jakiejś bardzo ekonomicznej w litrowej butli (Kallos Latte, Romantic itp.).

Opcja numer 3: Odżywianie treściwą maską przed myciem delikatnym szamponem. To opcja dla włosów, które bardzo łatwo obciążyć, nie są zbyt długie, a odżywka mimo spłukania lubi „wędrować” sobie w górę włosa i przyspieszać przetłuszczanie. W ten sposób nakarmimy i dociążymy końce, a nie obciążymy włosów u nasady. Jeśli włosy są zdrowe, nie wymagają już drugiej odżywki.

Opcja numer 4: Olejowanie włosów przed myciem. Jeżeli myjecie włosy rano, najlepiej wieczorem przed myciem nasmarować końcówki olejem i zwinąć je w koczek, a rano umyć tak jak zwykle. Jeśli myjecie wieczorem, warto olej położyć przynajmniej na godzinę przed planowanym myciem (inaczej nie zdąży jakoś szczególnie zadziałać). Użyjcie oleju w takiej ilości jak porcja jedwabiu albo serum na końcówki, którego używacie na co dzień, maksymalnie dwukrotność tej porcji. Większa ilość będzie źle się zmywać.

Opcja numer 5: Po myciu nałożyć odżywkę, a na skalp użyć ziołowej płukanki. Zioła przeciwdziałające przetłuszczaniu to: mydlnica lekarska, pokrzywa, skrzyp, tatarak, mięta, brzoza, bylica boże drzewko, napar z orzechów piorących. Możecie używać ich oddzielnie bądź łączyć ze sobą. Odżywka zabezpieczy długość włosów przed wysuszeniem, a skalp dłużej będzie wyglądać świeżo. Włosy, które pokryte były odżywką najlepiej spłukać jeszcze wodą.

Osobiście łączę wszystkie te elementy. Myję włosy delikatnym szamponem, często rozcieńczonym, co drugie mycie nakładam na nie olej, stosuję metodę OMO, od czasu do czasu przygotowuję płukanki, a treściwe maski i odżywki używam przed myciem. I pierwsze efekty już widać: mogę myć włosy co półtorej doby (kiedyś myłam rano, a jeśli wieczorem wychodziłam, musiałam to zrobić jeszcze raz), a końcówki prezentują się o wiele lepiej, nie muszę ich już co miesiąc podcinać i odzyskały swój blask. Co jakiś czas (raz na tydzień lub dwa) myję włosy mocnym szamponem także na długości, żeby oczyścić je z wszystkiego, co mogło się na nich nadbudować.



Jeśli używacie odżywki po myciu, nakładajcie ją od ucha w dół, jeśli dodatkowo wspomagacie się odżywką w sprayu czy serum/jedwabiem – od karku w dół.

Włosy mieszane lubią być w upięciach. Jeśli nosimy je rozpuszczone, suche końce będą rozdwajać się i łamać, a poprawiane ręką czy dotykające twarzy włosy u nasady przetłuszczą się szybciej.

Jeśli tak jak ja macie włosy, które bardzo łatwo obciążyć, możecie być zmuszone nawet wcierki używać tylko przed myciem. U mnie nawet te, które nie obciążają nikogo innego, wywołują okropny przyklap i oblepienie włosów.

Znacie jeszcze jakieś dobre sposoby na pielęgnację takich włosów? Albo chciałybyście przeczytać rady dla posiadaczek włosów innego rodzaju?

piątek, 25 października 2013

Włosowe mity (4). Należy używać wszystkich kosmetyków z tej samej serii, ponieważ wtedy lepiej działają.

Ten sam pogląd spotkałam odnośnie pielęgnacji twarzy i ciała, Wy zapewne również.

Czy jest to dobra rada, czy raczej mit?

I tak, i tak. Zacznę od najbardziej podstawowej prawdy, którą każdy fryzjer potwierdzi: szampon dobieramy do skóry głowy, a odżywkę do włosów.


Włosy ekstremalnie „mieszane” - suche na końcach, a mocno przetłuszczające się u nasady mogą wymagać nawet dwóch różnych odżywek, jeżeli są długie: bardzo treściwej, emolientowej na same końcówki, na długości jakiejś delikatnej ułatwiającej rozczesywanie, u nasady z kolei wyłącznie silniejszego szamponu, który poradzi sobie z nadmiarem sebum. Czy znacie jakąś jedną serię kosmetyków, w której występują takie produkty? ;)

Pytanie jest oczywiście mocno retoryczne. Mam wrażenie, że drogeryjne produkty skupiają się tylko i wyłącznie na długości włosów, zamiast na skalpie (a przecież dbanie właśnie o skórę głowy jest podstawą rozsądnej pielęgnacji). Co z tego, że producent obieca, że moje włosy będą miękkie, lśniące i podatne na układanie, skoro zaczną wyglądać nieświeżo już w kilka godzin po umyciu? Po co mi wielowymiarowa objętość i świeżość, skoro końce aż skrzypią z wysuszenia przy każdym dotyku? Grubszy kucyk nie uzasadnia podrażnionej, wysuszonej skóry głowy etc.

Najczęstsza chyba kombinacja to taka jak moja: przetłuszczająca się skora głowy i wrażliwe, suche włosy na długości. Jeżeli jesteście zainteresowane, przygotuję osobny post z kilkoma zasadami pielęgnacji takich włosów i skalpu.

Kto w takim razie powinien, a raczej może, stosować kosmetyki z tej samej serii?

1. Osoby o suchych włosach, mające problem z nadmierną suchością skóry głowy.
2. Krótkowłose dziewczyny czy panowie, których skalp silnie się przetłuszcza.
3. Szczęśliwe posiadaczki i posiadacze zdrowych włosów, które nie przysparzają problemów. Tak, są tacy i takie. :)

Nie napisałam tutaj nic odkrywczego dla włosomaniaczek, ale może zajrzy tu ktoś, komu te proste informacje co nieco rozjaśnią.


Buziaki, Dziewczyny (i Chłopaki)! :)

czwartek, 24 października 2013

Kilka inspirujących tutoriali fryzurowych

Witam Was serdecznie :)

Jestem po dwóch cięższych nocach, dlatego twórczość własna dzisiaj kompletnie odpada. Pomyślałam zatem, że pokażę Wam parę ciekawych tutoriali. Nie wiem jak Wy, ale osoboście uwielbiam patrzeć na piękne włosy, a jeśli ktoś chce jeszcze podzielić się metodą wykonania pięknej fryzury krok po kroku, to jestem wniebowzięta. :)

Zapraszam:


Łatwe i wdzięczne upięcie.



Warkocz dobierany z lekkim pazurem. :)



Uwielbiam patrzeć na jej włosy. Co ciekawe,  genetycznie Beautyklove wcale nie ma takich supergęstych włosów. W jednym z filmików pokazywała swoje zdjęcia sprzed świadomej pielęgnacji, i że tak powiem "szału nie było". ;) Jej sekret? Olej kokosowy.



Przepiękna kobieta.



Romantyczne upięcie dodające objętości. :)



Coś dla dziewczyn, które nie mają włosów do pasa i super gestych. 



I dla tych, które mają :D Przesympatyczna kobieta, którą pierwszy raz znalazłam, gdy zainteresowałam się maseczką z kurkumy. :)



I na koniec ciekawostka: pani opowiada, jak udało jej się zapuścić 2,5 cm w tydzień, dwukrotnie. Potraktowałabym to raczej z przymrużeniem oka. Dla nieznających języka streszczę: przez 7 dni codziennie nakładała na skalp podgrzany olejek i wmasowywała. Następnie siadała na kanapie z głową zwieszoną w dół przez dokładnie cztery minuty. Co jakiś czas nakładała też na włosy czepek foliowy (kiedy był na nich olej). Myślę, że zaszkodzić Wam nie zaszkodzi, gdybyście chciały wypróbować, ale na tak spektakularne efekty nie ma co liczyć.

Dobrego dnia, Dziewczyny! U mnie dzisiaj jest przepięknie, czego i Wam życzę. :)

środa, 23 października 2013

Nowości, nowości :)

No więc zacznę od tego, że doskonale pamiętam że mam bana. Ale.

Znacie takie „ale”? :) U mnie było ich kilka:

Ale jak tu nie kupić podróby Tangle Teezera, jak kosztuje tylko 5 złotych.
Ale jak już udało mi się zaktualizować dane na PayPalu, to może obejrzę sobie jeszcze ten cały ebay.
Ale 6 złotych za 400 ml.
Ale miałam urodziny.
Ale Rozdawajka, i Hexxbox, i Malina.

No i tak to wygląda:



Osławiona już Biedronkowa DeBa, której jeszcze nie otworzyłam. Chociaż pod tym względem jestem dość rozsądna, że używam naraz jeden szampon i 3-4 odżywki/maski.


Kosmetyki Calmar w bardzo niefotogenicznym kolorze. Pamiętacie moją włosową wishlistę? :) Wspaniały prezent od mojej Teściowej. :D Skład może nie powala, jak to często jest z kosmetykami profesjonalnymi, ale działanie na moich włosach było zdumiewające (stwierdzam na podstawie próbki, bo pełnowymiarowe wersje czekają na swoją kolej). Zapewne dzięki olejowi arganowemu, który moje włosy pokochały jeszcze bardziej od rokitnikowego. <3 Używam go jednak sporadycznie, bo na twarzy też jak na razie sprawdza się świetnie, a nieprędko go sobie dokupię.


Jakoś tak się stało, że Hexxanna doceniła moje starania blogowe i dała mi duuży kredyt zaufania, biorąc pod uwagę jak krótko istnieje Włosowelove. Jest mi bardzo miło, tym bardziej że do przetestowania wpadła mi Oilmedica, na którą łypałam okiem już całkiem długo. Jeśli to czytasz, Hexx, jeszcze raz wielkie dzięki! :*


Ebayowe pędzle ecotools, czyli malutki dodatek do prezentu od mojego TŻ. O ile jestem w stanie stwierdzić na podstawie opisów i zdjęć w internecie, nie jest to podróbka, choć kosztowały 12 złotych z wysyłką. Jeśli jednak doczytałam źle i tak jestem zadowolona: nie wiem, czy makijaż mineralny to coś dla mnie, w związku z czym nie chcę na razie inwestować w pędzle.


A tutaj maseczki Eveline do przetestowania w ramach Malinowego Klubu. Jednej nie ma już na zdjęciu, bo wypaciałam się nią wczoraj, o czym mogły przeczytać wszystkie osoby, którym maseczki nie wychodzą jeszcze uszami i zajrzały do wczorajszego posta. Na zdjęciu również przemiła niespodzianka: w ramach wygranej z Rozdawajki wybrałam sobie coś, czego chwilowo nie ma w Polsce i umówiłam się, że nie będę wymieniać, tylko poczekam aż przyjdzie. Ula nic mi nie mówiąc przysłała mi wcześniej to mydełko z uczepem trójlistnym. :)

Tangle chińzera” używam tylko i wyłącznie do rozprowadzania oleju na włosach, ponieważ igiełki są dość sztywne i mogłyby poszarpać moje biedne końcówki. Dzięki tej podróbce przekonałam się jednak, że chętnie sobie sprawię kiedyś oryginał. Choć dzięki radzie Eve, aby szczotkę z włosia spryskać odżywką w sprayu, aby nie elektryzowała, moja miłość do niej (szczotki, nie Eve) przeżywa renesans. :) Na zdjęciu nie ma też spin pins, które za 6 złotych zamówiłam w ilości cztuk 10 (bo i tak pogubię). Wydaje się, że fajniejsze będą dla falowanych i kręconych włosów, ale może jak moje urosną, zmienię zdanie. :)

Dla zainteresowanych składy kosmetyków Calmar. Szampon mimo oblepiacza nie przyspiesza mi przetłuszczania, wręcz minimalnie przedłuża świeżość włosów, o co u mnie bardzo trudno. Do maski nie mam żadnych zastrzeżeń, choć nie nakładałabym jej na skalp. :)

Szampon: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamide DEA, Lauramidopropyl Betaine, Sodium Chloride, Argania Spinosa Oil, Citric Acid, Poliquartenium-10. Hexyl Cinammal, Imidazolidynyl Urea, 2 Bromo-2-Nitropropane-1,3-Diol, Linalool, Parfum.

Krem: Aqua, Cetyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Stearyl Alcohol, Argania Spinosa Oil, Persea Gratissima, Tocopheryl Acetate, Hexyl Cinammal, Propylene Glycol, Imidazolidynyl Urea, Linalool, BHT, PEG/PPG-18/18 Dimethicone, Propylparaben, Methylparaben, Citric Acid, Parfum.

Calmar to firma włoska. Kosmetyki do kupienia wyłącznie u dystrybutora (tutaj) i w niektórych salonach.

Nie zdziwię się, jak mnie pacniecie po łapach za nieprzestrzeganie bana, jednak nie zmniejsza to w ogóle mojego entuzjazmu do powyższych nabytków.;) A jak się zapewne domyśliłyście tło do dzisiejszego odcinka powstało przy czynnym udziale Zo! :)

wtorek, 22 października 2013

Testuję z Maliną: Eveline, Bio Hyaluron 4D, Przeciwzmarszczkowa głęboko nawilżająca maseczka.


Dzięki aktywnemu uczestnictwu w akcji Październik miesiącem maseczek otrzymałam do testowania maseczki Eveline. Dzisiaj o jednej z nich. Niesamowicie bawi mnie pomysł nazwania całej serii 4D, co ma sugerować, iż maseczka ujędrnia twarz nie tylko w trzech wymiarach, ale i jest środkiem pozwalającym wpłynąć na upływ czasu. Ciekawe, czy wkrótce pojawią się jakieś kosmetyki 5D (tak jak było z kremami BB, po których nastąpił wysyp CC).

Obudziłam się ze ściągnięta, wysuszoną buzią, co czasami zdarza mi się w sezonie grzewczym. Sięgnęłam po maseczkę, która obiecywała głębokie nawilżenie. I tu pierwszy plus maseczki: Opakowanie udało się otworzyć korzystając z fabrycznego nacięcia saszetki. Z reguły gdy mam do czynienia z saszetką, rozcinam sobie palce o jej brzeg, nie otwieram jej wcale albo wyciska mi się jedynie kropelka produktu, która uniemożliwia skuteczne przytrzymanie śliskiej saszetki w rękach. Tutaj nic takiego nie miało miejsca: chwyciłam i otworzyłam, bez klątw, poszukiwania nożyczek i jakiejkolwiek irytacji.


Szata graficzna opakowania ma być nowoczesna (chyba?) i efekt jest taki sobie, ale ponieważ jest ono praktyczne, skupmy się na tym jak wygląda zawartość. A jest taka jak lubię: smarowna, kremowa, widać że treściwa, ale nie aż tak, żeby budzić wątpliwości pod kątem ewentualnego zapychania. Nałożyłam ją bardzo obficie na twarz, szyję i dekolt. Po użyciu zauważyłam, że zostało mi sporo maseczki do starcia, więc mogłam tak nie szaleć – maseczka spokojnie wystarczyłaby na dwa razy. Dokładałam jej sporo, ponieważ błyskawicznie, już podczas rozprowadzania na twarzy, zaczęła się wchłaniać, co uważam za kolejny plus.



Zgodnie z zaleceniami producenta maseczka pozostała na mojej twarzy przez 15 minut, a następnie starłam pozostałości delikatnie chusteczką. Policzki, które są bardzo suche, wchlonęły niemal całą wilgoć, w strefie T maseczka miała zdecydowanie rzadszą konsystencję.

Opis producenta:

bioKwas Hialuronowy – potrójna dawka kwasu hialuronowego w wyjątkowym połączeniu 3 rozmiarów cząsteczek zapewnia spektakularne efekty odmładzające oraz działanie na powierzchni i w głębi skóry.
Matrix-6™ – Peptyd najnowszej generacji – wzmacnia syntezę 6 głównych składników odbudowujących skórę, m.in. kwasu hialuronowego i kolagenu. Wnikając w najgłębsze warstwy naskórka, stymuluje szybszą produkcję kolagenu typu I, III i IV oraz pobudza komórki skóry do samoregeneracji i odnowy biologicznej.
Roślinne komórki macierzyste – przywracają skórze biologiczną młodość. Naturalnie pozyskiwane z odmiany jabłoni szwajcarskiej, są szeroko stosowane w kosmetologii w celu poprawy witalności i żywotności komórek macierzystych skóry.
bioOlejek Arganowy – chroni skórę przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych. Regeneruje barierę hydrolipidową naskórka oraz uzupełnia ceramidy – „cement” komórek skóry, wykazuje skuteczne działanie przeciwstarzeniowe, głęboko nawilża i uelastycznia.


Pięknie napisane, prawda? Niemniej maseczka ta zawiera składnik, na który muszą uważać osoby wrażliwe: pochodną formaldehydu, DMDM Hydantoinę. Miałam maski i odżywki do włosów z tym składnikiem i nie robiły mi krzywdy nakładane na skalp, dlatego nie miałam oporów przed użyciem maseczki. 


To był niestety błąd. Może na zdjęciu nie wygląda to tragicznie, ale skóra piecze mnie jeszcze kilka godzin po aplikacji kosmetyku, co produkt ten skutecznie dla mnie dyskwalifikuje. Przyciągające oko napisy „Innowacja!” oraz „Bez alergenów” w tym przypadku mogą wpędzić w fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Nie odnotowałam też jakiegoś spektakularnego nawilżenia – lepsze wyniki osiągam stosując rosyjski krem z aloesem za 4 złote – chociaż to akurat może być spowodowane podrażnieniem.

Dla zainteresowanych pełen skład:


Podsumowując, maseczka może się sprawdzać w przypadku mniej wymagającej cery. Jej niewątpliwe atuty to dość ciekawy skład, niska cena, wydajność, wygodne opakowanie i szeroka dostępność. Widziałam ją i w Naturze i w małej drogerii w mojej miejscowości; inne kosmetyki z tej serii zbierają też całkiem niezłe opinie na wizażu.

Skusicie się?

poniedziałek, 21 października 2013

DIY maseczka owsiana z białkiem kurzym.

Przepis nie jest moim pomysłem, znalazłam go na kanale Beautyklove (filmik z przepisem) która jest posiadaczką jednych z najpiękniejszych włosów jakie widziałam. :)


Robiłam z połowy porcji, ponieważ na filmiku maseczki było bardzo dużo, za dużo jak dla mnie. Użyłam:

białko z 1 jajka
2 łyżki płatków owsianych
1/2 łyżki miodu
1 łyżka śmietanki 30% (w przepisie jest mleko skondensowane)

Oczywiście, nie polecam jej osobom z alergią na kurze jaja i krowie mleko. Gotowa maseczka wygląda jeszcze gorzej niż ta z bananem i szczerze mówiąc bałam się tego białka. Ale żółtko na włosy nałożyłam, to i z białkiem na twarz dałam radę. ;) Mam jajka z pewnego źródła, od takich kur, co to ziarnka i robalki jedzą, więc nie bałam się hormonów.

Kurze białko ma właściwości oczyszczające i ściągające. Pomaga zredukować produkcję sebum. Moja skóra nie jest tłusta, ale dość łatwo się zapycha. Miodu chyba nikomu nie muszę przedstawiać: rozjaśnia, nawilża i odżywia. Płatki owsiane napinają skórę, wygładzają i pozostawiają lekki film ochronny. Śmietanka ma działanie łagodzące i natłuszczające. Taka mieszanka powinna być odpowiednia dla każdego typu cery, koić ładnie skórę, lekko ją napinać i działać przeciwstarzeniowo. 

 

Beautyklove ostrzega, że jeśli maseczka nie będzie dość rzadka, możemy mieć problem z jej późniejszym zmyciem i ja jej wierzę (białko kurze bywało używane jako klej w czasach pustych PRL-owskich półek). Dlatego przy nakładaniu podłożyłam sobie miseczkę pod brodę, bo kapania było naprawdę sporo. Zgodnie z zaleceniami nałożyłam ją pędzelkiem i po 30 minutach zmyłam ciepłą, przegotowaną wodą, a następnie opłukałam twarz wodą zimną. Bardzo uważałam, żeby się tej maski nie najeść i nie oblizać pokapanych ust, ale nie dlatego, że taka była smakowita. ;)

Chyba lepiej użyć otrębów bądź namoczyć płatki wcześniej. Odczekałam tylko kilka minut przed aplikacją i były suche, twarde i tylko kilka pozostało na mojej twarzy. Zapach też nie był szczególnie przyjemny. Zawsze wydawało mi się, że jajka zapachu nie posiadają, ale to co czułam, zdecydowanie nie było samymi płatkami z miodem. Ponadto sucha skóra na policzkach zaczęła mnie mocno szczypać po nałożeniu. Kiedy przestała, zaczęło się uczucie ściągnięcia... Resztę płatków zamierzałam odłożyć i użyć jako peeling pod prysznicem, ale nie chciałam się smarować czymś prosto z lodówki, a podgrzewanie nieszczególnie wchodzi w grę w tym przypadku, więc wyrzuciłam.

Zatem czy skuszę się jeszcze na podobny eksperyment? TAK! Efekty są najbardziej widoczne w porównaniu z pozostałymi przetestowanymi w tym miesiącu maseczkami. Na pewno fakt, że dbam teraz o cerę regularnie ma znaczenie, podobnie jak zastąpienie kremów do twarzy olejem arganowym, ale widzę różnicę między kondycją skóry przed i po nałożeniu maseczki, czyli tak jak powinno być.


Skóra jest naprężona i napięta, ale przyjemnie, rozjaśniona i wygładzona, a czarne kropki wyraźnie mniejsze i mniej widoczne. Mimo beznadziejnego zapachu, konsystencji i moich oporów przed surowym jajkiem, z pewnością powtórzę maseczkę. Tylko płatki namoczę wcześniej. Może dodam jeszcze kurkumy?



Odważycie się wypróbować? :)


niedziela, 20 października 2013

50 faktów o mnie.

Jeżeli jeszcze nie wzdychacie ciężko na sam widok tego tagu, zapraszam do lektury. Wprawdzie nikt mnie nie zaprosił, ale bardzo lubię czytać tego typu notki, jeśli do kogoś często zaglądam, więc może i Wy jesteście mnie troszkę ciekawe. :)

  1. Mam 188 cm wzrostu i zawsze, wszędzie się wyróżniałam. Musiałam chyba milion razy odpowiedzieć na pytanie, czy gram w kosza/siatkę.
  2. Nie gram, choć kilkakrotnie próbowałam. Dwie lewe ręce i ogólne niezrozumienie dla sensu gier zespołowym skutecznie mi to umożliwiło.
  3. Mam okropny lęk wysokości. Kiedy mieszkałam na 6 piętrze, nie zbliżałam się nawet do balkonu.
  4. Wychowałam się w leśniczówce i jako nastolatka bardzo chciałam się stamtąd wyrwać. Teraz marzę o tym, żeby tam powrócić. :)
  5. Mam troje o wiele starszego rodzeństwa, jest między nami ponad 16 lat różnicy, więc jestem też trochę jedynaczką, ale lubię myśleć, że tego po mnie nie widać.
  6. Mam 27 lat i bardzo nie chciałabym być młodsza. Odpowiada mi dystans do świata i do siebie, który przyszedł z wiekiem, a także uważam, że w wieku 20 lat byłam zapatrzoną w siebie, zblazowaną idiotką. ;)
  7. Mam adoptowaną suczkę, Majkę, wzięłam też pod swój dach znajdę z cieczką, zajęłam się jej wychowaniem, sterylizacją i oddałam ją do dobrego domu. Cierpienie zwierząt bardzo mi przeszkadza i gdybym mogła, adoptowałabym 20 psów i kotów, a także tłukła po głowach wszystkich, którzy krzywdą i zaniedbują swoich pupili.
  8. Nie rozumiem przemocy i agresji, zwłaszcza takiej losowej, od kompletnie obcych ludzi. Często nie wiem co robić w takich sytuacjach, chociaż swoich bronię jak lwica.
  9. Kiedyś pewna Romka mnie przeklęła i w ciągu kilku tygodni straciłam pracę, musiałam z dnia na dzień znaleźć inne mieszkanie, zepsuł mi się samochód i pojawiło się kilka innych problemów, których już nie pamiętam. Mimo to uważam, że był to zbieg okoliczności.
  10. Nie wierzę we wróżki, wróżby, przepowiednie i bioenergoterapię. ;)


  11. Jestem zabobonna, jeśli chodzi o samochody, i nigdy nie żartuję o awariach czy mandatach w trakcie jazdy, ponieważ do tej pory wszystkie takie rzucone komentarze kończyły się tym... że się sprawdzały.
  12. Jestem bardzo blisko z moją Siostrą. Jest dla mnie drugą mamą i ogromnie dużo jej zawdzięczam.
  13. Całe życie marzę o podróżach, chociaż nie zrobiłam nic, żeby to marzenie się spełniło. Obiecałam sobie, że to się zmieni, kiedy wrócę do pracy. :)
  14. Chociaż nigdy nie myślałam, że zostanę mamą, nagle obudził się we mnie instynkt macierzyński, właściwie z dnia na dzień. Od rozmowy z Mężem szybko przeszliśmy do czynów i Zosia jest ukoronowaniem mojego życia. Nawet jeśli już nic mi w życiu nie wyjdzie, to dałam światu coś (kogoś!) wspaniałego.
  15. Bardzo lubię domowe posiłki, chociaż rzadko robię coś skomplikowanego. Najlepiej, jeżeli obiad można włożyć do parowaru albo piekarnika i już.
  16. Przez siedem lat studiowałam polonistykę. Kiedy zostało mi już bardzo niewiele do zakończenia studiów, machnęłam na nie ręką. Żałuję tylko, że tak późno.
  17. Łatwo nawiązuję powierzchowne znajomości, ale rzadko kogo dopuszczam do siebie bliżej. Wolę mieć kilku dobrych znajomych, niż wielu bylejakich.
  18. Sama zarobiłam na swój pierwszy samochód i był to Polonez Caro. :) Kochałam to auto i byłam głupia, że je sprzedałam, chociaż potrafiło wyżłopać 12 litrów benzyny...
  19. Kiedy poznałam mojego męża, oboje uznaliśmy, że to drugie jest z kimś związane i gdyby nie mój przyjaciel, który jest w ogóle takim dobrym duszkiem, nigdy nie wymienilibyśmy się numerami telefonów.
  20. Kiedyś miałam rybki akwariowe, żółwia, kanarka i dwie kotki (nie naraz). Rybki były z tych krótkowiecznych, żółw poszedł i nikt go więcej nie widział, a z klatką z kanarkiem spadłam ze schodów i biedak nie przeżył. Bardzo przeżywałam każdą stratę.


  21. Kiedyś złośliwość (swoją i cudzą) uznawałam za oznakę inteligencji. Teraz chętnie sobie pożartuję, ale wiem, że wredota jest oznaką po prostu złośliwości. ;)
  22. Zdawałam „starą maturę” i sądzę, że była lepsza, a gimnazja uważam za kompletne nieporozumienie.
  23. Nie cierpię nastolatków i nastolatek, i dziwię się, że mnie nikt nie zabił, kiedy taką byłam.
  24. Nie przepadam za dziećmi innymi niż „swoje” (bo te rodzinne, choć to już duże panny, też zawsze lubiłam) i nie rozumiem metod wychowawczych niektórych rodziców.
  25. W podstawówce zaczęłam ogryzać paznokcie, bo większość dziewczyn to robiła. Po jakimś czasie nie widziałam w tym nic fajnego i po prostu przestałam.
  26. Nie lubię scen i histerii w miejscach publicznych. Uważam, że wiele spraw lepiej załatwić spokojną rozmową, a i krzyczeć też wolę u siebie.
  27. Moje oczy „splusiały” z wiekiem, kiedyś nosiłam minusy, przez jakiś czas nic, a teraz mam plusy. Ponadto astygmatyzm sprawia, że nie mogę oglądać zdjęć, filmów i czytać, jeśli obraz jest pod kątem, bo mam wrażenie, że mózg mi się rozpływa, a dzięki zaburzeniom akomodacji oka czasami nie widzę prawie nic.
  28. Moim najlepszym przyjacielem jest mój Mąż.
  29. Przez wiele lat wydawało mi się, że mam odstające uszy i uznawałam tylko fryzury, które je przykrywały. Teraz nie rozumiem dlaczego.
  30. Nie lubię bibelotów, figurek, miseczek, świeczek i innych zbieraczy kurzu. Jeśli już trzymam coś takiego, to tylko jeśli dostałam to od bardzo ważnej osoby.


  31. Uważam, że telefon jest dla mnie, a nie ja dla niego i często go nie zabieram ze sobą, nie odbieram albo czytam SMS-y z dniowym opóźnieniem. Wyznaję zasadę, że jak komuś bardzo zależy to będzie dzwonił kilka razy. ;)
  32. Paliłam papierosy przez niemal 10 lat. Przestałam, kiedy zobaczyłam na teście ciążowym dwie kreski i nie wrócę do nałogu już nigdy. Mój dzielny Mąż rzucił razem ze mną, choć wciąż powtarza, że nie pali tylko dlatego, że boi się mojego gniewu.
  33. Moja Siostra jest moją chrzestną, a także mamą chrzestną mojej córki.
  34. Miewam słomiany zapał.
  35. Z kosmetyków do makijażu posiadam tylko tusz do rzęs i używam go niezmiernie rzadko (zapominam, że go mam i kończę jako panda).
  36. Nadużywam emotikon i nawiasów, później czytam co napisałam i większość usuwam i i tak jest ich za dużo.
  37. Nie lubię wiśni, konfitur, dżem, lodów, ciast, czekolad, jogurtów wiśniowych.
  38. Założyłam bloga, ponieważ ktoś mi złośliwie powiedział, że mam to zrobić.
  39. Mam w nosie, co ktoś sobie o mnie myśli, jeśli nie jest to bliska osoba i potrafię wygarnąć solidnie, jeśli ktoś nadepnie mi na odcisk. Chyba będę musiała trochę nad tym zapanować, żeby Zosi było łatwiej. ;)
  40. Nie boję się żab, myszy, jaszczurek, węży i innych takich, ale jak ze zlewu wylazł spory pająk lekko spanikowałam, a już na pewno nie wyjdę do ciemnego, nocnego lasu we mgle.


  41. Jestem kompletnie niesystematyczna, wszystko robię na ostatnią chwilę, a porządek w domu mam chyba przez 5 minut na tydzień. Inna sprawa, że podobno sprzątanie z małym dzieckiem to tak jak mycie zębów w trakcie jedzenia czekolady. ;)
  42. Nie lubię gdzieś dzwonić i zawsze staram się wmanewrować w dzwonienie kogoś innego, mimo to moja pierwsza praca polegała na telemarketingu.
  43. Mogłabym wykonywać niemal każdą pracę, choć do żadnej nie miałam tyle serca, co do fryzjerstwa.
  44. Kiedy nie mogę zasnąć, często snuję sobie plany, których prawie nigdy nie realizuję.
  45. Łykałam kiedyś książki jak tic taki, obecnie czytam o wiele mniej, ale ponieważ Zo stopniowo przestaje rozdzierać wszystko na kawałki, niedługo zacznę czytać z powrotem. Lubię fantasy, wychowałam się na Andre Norton, uwielbiam Pratchetta, Goodkinda, Gaimana, Pilipiuka, ostatnio spodobał mi się Grzędowicz. Chętnie co kilka lat czytam te same książki.
  46. Nie oglądam telewizji i mam kablówkę tylko dlatego, że był to warunek podłączenia internetu. Mam pakiet za 4,90 zł. ;)
  47. Moja ulubiona aktywność to pływanie, chociaż żaden ze mnie zawodowiec, i nie mogę się już doczekać przeprowadzki (obecnie mam prawie 30 km na najbliższy basen).
  48. Marzę o własnym domku z kawałkiem ogródka w jakiejś zapadłej wsi. :)
  49. Często noszę ubrania mojego Męża i nikt się nie orientuje.
  50. Odróżniam bałagan od brudu i o ile ten pierwszy to u mnie norma, tego drugiego nie toleruję.

A teraz dla tych, co zostali do końca, zdjęcie słodziaka:

 google.pl

sobota, 19 października 2013

Sześć miesięcy bez farb chemicznych – moje wrażenia.

Dokładnie 23 marca tego roku po raz ostatni nałożyłam na włosy drogeryjną farbę, oczywiście w kolorze blond. Tydzień później na włosy powędrowała kasja, po kolejnym tygodniu Heenara, która pokazała mi, że koloryzacja może zapobiegać wypadaniu włosów zamiast je powodować czy pogłębiać. Dzięki niej bez żalu pożegnałam się ze śmierdzącą chemią rzucając się na henny. Początkowo używałam ziół co 2-3 tygodnie, obecnie wystarcza mi przykrycie siwych włosów co 4-5 tygodni.

Bardzo żałuję, że w ogóle zdecydowałam się na blond: jeszcze w listopadzie zeszłego roku moje włosy były jednej długości do ramion i nie znały chemicznych farb, bo w ciąży i po niej używałam czystej henny lub ewentualnie ziołowych balsamów koloryzujących (Eld lub Venita, jeśli jesteście ciekawe; dzisiaj już raczej po nie nie sięgnę, wolę same zioła). Później naoglądałam się BlondHairCare i zapragnęłam takich włosów jak jej. Tutaj możecie zobaczyć kurczaka i stratę długości i objętości, jaką ta „genialna” decyzja wywołała.



Po czasie widzę, że była to moja próba zwalczenia spóźnionej depresji poporodowej. I choć działania te były opłakane w skutkach dla włosów, był to mój pierwszy krok do zmian w myśleniu o sobie i rozpoczęciu dbania o siebie na nowo. Prawdopodobnie także jedna z praprzyczyn założenia bloga, więc nie ma tego złego... ;)

Niemniej, choć dla wielu jest to oczywiste, czuję się zobowiązana napisać:

Dziewczyny, zanim zdecydujecie się rozjaśnić włosy aż o 6 tonów, jak ja, załóżcie sobie najpierw perukę w kolorze zbliżonym do tego, jak chcecie osiągnąć. Jeżeli macie ciemne brwi i cerę ze skłonnością do czerwienienia się, to blond naprawdę, ale to naprawdę nie jest dla Was. :D Dostępne programy graficzne nie pokażą Wam błędu kolorystycznego aż tak jak widok w lustrze.

Jak zmieniły się moje włosy po zaprzestaniu rozjaśniania i w ogóle farbowania?

Przestały wypadać tak bardzo. Farba nie była u mnie jedyną przyczyną migracji włosów, ale na pewno nie pomagała przy walce z wypadaniem i jej odrzucenie to był pierwszy z wielu kroków, jakie pomogły mi wyhodować nowe włosy.

Nie kruszą się i nie łamią, końcówki niemal się nie rozdwajają. Mogę o wiele rzadziej podcinać włosy, co sprzyja zapuszczaniu.

Początkowo przyjmowały hennę bardzo intensywnie, ale też wypłukiwała się bardzo szybko. Obecnie ich kolor zmienia się mniej, ale nie wypłukuje wcale (nie licząc samych końców, które oprócz farby niejednokrotnie traktowałam też rozjaśniaczem). Jest to związane z punktem następnym, czyli:

Spadła porowatość moich włosów. Włosy, które nie znają farby, nie puszą się nigdy, niezależnie od warunków, ładnie błyszczą, są elastyczne, wymagają o wiele mniej produktów pielęgnacyjnych i dobrze znoszą mocniejsze detergenty. Co ciekawe, spadek porowatości nie wiąże się u mnie z łatwiejszym obciążeniem włosów, ponieważ są nieco grubsze i o wiele silniejsze od rozjaśnianych cieniasów.

Chciałabym napisać, że nie mam problemów ze skalpem, ale nie byłaby to prawda. Często wyjeżdżam z Zo na kilka dni i drastyczna zmiana wody odbija się na mojej skórze głowy. Wracam z wizyty u dziadków, przez dwa tygodnie doprowadzam skalp do porządku, a za jakiś czas wyjeżdżam znowu. Niemniej o wiele łatwiej zajmować się skórą głowy, kiedy włosy na długości nie wymagają uciążliwej pielęgnacji.


Czy są minusy zastąpienia farby drogeryjnej henną? Pewnie! Moja lista:

Henna jest trudniej dostępna niż farby, które można kupić nawet w marketach.
Wymaga innej aplikacji i pewnej wiedzy, nie znam salonów fryzjerskich, które oferują koloryzację kasją, henną i indygo (chociaż marzę o tym, że za jakiś czas taki otworzę).
Efekt jest nieco trudniejszy do przewidzenia niż w przypadku farb gotowych (chociaż i tu farba nawet i specjalistę potrafi zaskoczyć, bo bywają włosy wyjątkowe).
Niewiele henna może zaoferować blondom, zwłaszcza jeśli mają być one zimne.
Nie pokrywa siwych włosów identycznie z zabarwionymi, zawsze są one odrobinę jaśniejsze.

Niemniej nie zamienię henny na chemię, o nie! :)

Ze specjalnymi pozdrowieniami dla posiadaczek pięknych naturalek!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...