poniedziałek, 30 września 2013

Moje dziecko jest wspaniałe (3). Nie straszę i nie kłamię.


Niedawno spotkałyśmy przy piaskownicy sąsiadkę z synkiem mniej więcej w wieku Zosi. Kiedyś odwiedzałyśmy się częściej, później znajomość tak trochę jakby umarła. Chłopiec, powiedzmy Pawełek, bardzo interesował się Majką kiedy u nas bywał. Jednak przy ostatnim spotkaniu zauważyłam, że trzyma się od nas z daleka i nawet wychwyciłam jak mówi „a ja się nie boję pieska”. Znaczy się, dodaje sobie odwagi. Zapytałam sąsiadkę, o co chodzi, bo wcześniej nie było takiego problemu. Odpowiedziała, że na spacerach kilka razy jakiś pies go nastraszył szczekaniem. Rzeczywiście, jeżeli wejść w domki, w co drugim jest sfrustrowany, niewybiegany pies, który jazgocze na każdego przechodnia.

I wszystko byłoby dobrze, gdybym nie usłyszała jak tłumaczy Pawełkowi „nie rzucaj piaskiem, bo cię piesek ugryzie”. Noż cholera jasna! Mój pies NIE gryzie. Rzucanie piachem nie ma też żadnego związku z psem, Pawełek był w zupełnie innym końcu piaskownicy, niż uwiązana kawałek dalej Majka i generalnie nic złego nikomu nie robił. Ciekawe, ile jeszcze podobnych mądrości młody wysłuchuje codziennie.

Nigdy nie wiem, czy reagować w takich sytuacjach. Sądzę, że sąsiadka nie myślała nic złego, kiedy mówiła, to co mówiła, z drugiej strony mam wrażenie, że w ogóle nie myślała. Z tego względu średnio mi idzie uspołecznianie Zo – do pasji doprowadzają mnie ci wszyscy rodzice opowiadający farmazony.

Podobnych sytuacji straszenia dzieci widzę mnóstwo. Jakiś babsztyl podszedł do mojej Zo, złapał ją za rękę i powiedział, że ją zabierze, wyobrażacie sobie? Mało baby nie zatłukłam.

Moi rodzice wychowali mnie w przekonaniu, ze słowo starszej osoby jest święte. Ale walczę w sobie z tym uległym potakiwaniem. Zawsze biorę stronę mojego dziecka w starciu Zo – dziwny obcy człowiek. Nie wiem skąd pomysł, że dwulatka nie wie, czy jej zimno czy ciepło i nie potrafi zdecydować czy chce założyć czapkę, czy zdjąć bluzę. Przecież już w pierwszych miesiącach życia Zo wiedziała. Albo żądania: nie stój tutaj, stój tam. Nie rozumiem, dlaczego komuś miałoby przeszkadzać, że Zosia ma w bucie czy we włosach trochę piasku. Jak jest ciepło, a ma fantazję leżeć w piasku, proszę bardzo. Byleby to nie było na środku drogi.

Nie mówię: Wstań, bo przyjdzie pani doktor i zrobi ci zastrzyk. Powiem: Wstań, Zosiu, bo będzie Ci zimno w pupę. Nie mówię: Umyj zęby, bo będzie trzeba iść do dentysty. Pytam, czy chce umyć. Zazwyczaj chce, jeśli nie teraz, to za 10 minut. A do dentysty kiedyś i tak trzeba będzie iść, po co się bać na zapas?

Moim celem jest pomóc mojemu dziecku dorastać. Świat jest duży i dziwny nawet bez dokładania niepotrzebnych strachów. Albo kłamstw. Wszystko, co napisałam powyżej, wydaje mi się i oczywiste, i logiczne. Niemniej na tle tego, jak inni opiekują się dziećmi w naszym małym miasteczku chyba jest dość nietypowe.

Na szczęście dzieci są niesamowicie odporne, i nie tak łatwo je popsuć, czy to fizycznie czy psychicznie. :) Tylko po co próbować?


niedziela, 29 września 2013

Włosowa aktualizacja - wrzesień.

Przede wszystkim wybaczcie mi „cudowne” tło. Niestety, będzie mi towarzyszyć w zdjęciach włosów jeszcze przez kilka tygodni, aż do przeprowadzki. Skupcie się, proszę, na włosach ;)


Są suche i dość matowe, mimo olejowania na noc ukochanym rokitnikiem... Winowajcami są (do spółki): garnier neril, niewielka, ale jednak domieszka oleju rycynowego w mieszance do codziennego olejowania i początek sezonu grzewczego. Z tego samego powodu moja twarz cierpi straszliwy przesusz, a już taka byłam z niej zadowolona... Znacie to? Pracujecie na coś tygodniami, a później przez jakiś naprawdę głupi błąd trzeba zaczynać od nowa. Dość często mi się to zdarza w pielęgnacji. Wiem, co dla mnie dobre, ale od czasu do czasu kombinuję w nadziei, że będzie jeszcze lepiej. Z reguły nie jest.

Organizm dodatkowo dostał w kość: już od tygodnia mam gorączkę, i pod nosem wyrosła mi ogromna febra. Powtarzam sobie, że może wychoruję się teraz i w tym roku będzie już spokój. :) Chociaż taki wredny gość na środku twarzy nie dodaje uroku i pewności siebie, o nie.

Na zdjęciu włosy są po zestawie: rokitnik na noc, szampon i balsam na kwiatowym propolisie, serum Marion na końcówki. Urosły o 2 centymetry i długość pasma kontrolnego (z grzywki) to 25 cm. Mogły urosnąć o więcej, ponieważ bardzo sprytnie podcinałam zniszczone końcówki z cieniowanej warstwy przed mierzeniem. Jak na mnie jest to niesamowity wynik.

Cieszę się też, że złagodziłam linię między warstwami cieniowania i włosy wyglądają lepiej rozpuszczone. Teraz już dobrze się w nich czuję, choć przez większość czasu dla wygody je spinam.

Jeżeli chodzi o pielęgnację, trzymałam się planu, który możecie zobaczyć tutaj. Skończyłam na razie kurację nerilem i w przyszłym miesiącu skupię się na nawilżeniu, choć oczywiście chciałabym, aby nadal szybko rosły.

Teraz jeszcze porównanie zdjęć sierpniowego i dzisiejszego:


Różnica jest taka, że po lewej usiłowały po swojemu niby-falować (czyli po rozczesaniu: puszyć się), a dzisiaj im nie pozwoliłam ;) Ale chyba i tak mimo wszystko widać niewielką poprawę.

Udanej niedzieli, lasencje! ;)

sobota, 28 września 2013

Weekend, czyli czas na lekkiego posta – Rozdawajka!

Jak większość z nas, lubię brać udział w konkursach. Niekoniecznie po to, żeby wygrać, najbardziej podoba mi się to, że przez kilka dni aż do ogłoszenia wyników mogę sobie wyobrażać, co zrobię z nagrodą. ;) Tym razem skusiła mnie Rozdawajka. Nagrodą jest bon do sklepu Naturica.pl, a żeby wziąć udział trzeba opulikować śmieszną historię kosmetyczną.

 

Ponieważ niekoniecznie lubię zmyślać anegdoty (no, może kilka razy zdarzyło mi się co nieco podkoloryzować), przytoczę krótką historię, którą część z Was może miała okazję przeczytać już na facebooczku u Anwen:


Po zachłyśnięciu się gotowymi produktami do włosów postanowiłam wypróbować i domowe sposoby. Na przykład kiedy robiłam Mężowi majonez (je go wiadrami, więc staram się, żeby był z wartościowym olejem i bez chemii), część jeszcze bez przypraw odłożyłam sobie, w celu późniejszego wykorzystania w charakterze maseczki. Zaznaczyłam, że nie jest on do jedzenia.


I na tym mogłoby się skończyć, gdyby nie to, że kilka dni później smażyłam naleśniki. A że gotować owszem, lubię, ale tylko łatwe i przyjemne rzeczy, pomyślałam, że kilka zostawię i upiekę z nich coś w rodzaju lasagne (sos boloński przekładany z pikantnym szpinakiem, polecam). I tak dumam sobie o jutrzejszym obiedzie i widzę jak poziom zanaleśnikowania kuchni niebezpiecznie spada. Grzecznie proszę TŻ-ta, żeby kilka naleśników zostawił.


Wówczas na jego twarzy pojawiło się niedowierzanie zmieszane z konsternacją:

 - Ale jak ty chcesz je położyć na włosy?


Mam nadzieję, że uśmiechnęłyście się chociaż troszkę :)

Pozdrawiam Was smarkato i mam nadzieję, że już wkrótce Zo i ja będziemy zdrowe. Trzymajcie się ciepło!

piątek, 27 września 2013

Olejek z drzewa herbacianego – dlaczego zawsze jest u mnie w domu.

Od 3 lat mam zawsze przynajmniej 2 buteleczki: otwartą i zapasową. Dlaczego, cóż po prostu dlatego, że go używam. ;)

Na początku nie byłam z niego zbyt zadowolona: używałam go do prania i zostawiał na nim tłuste plamy. Okazało się, że kupiłam taki, który nie był czystym olejkiem eterycznym, ale mieszanką z olejem bazowym. Nie pamiętam już, czy był to olej roślinny, czy mineralny, grunt, że obecnie kupuję zawsze ten:



i jest bardzo dobry. Można go kupić w aptece, chociaż w małych miejscowościach z reguły trzeba zamówić.

Drzewo herbaciane nie ma nic wspólnego z chińską herbatą. :) Roślina jest krzewem, i rośnie w Nowej Zelandii i Australii. Rdzenni mieszkańcy tych terenów wykorzystywali w lecznictwie napar z liści, stąd odniesienie do herbaty. Przeczytałam kiedyś, że krzew drzewa herbacianego (Melaleuca alternifolia) to ta sama roślina, co manuka (Leptospermum scoparium), z której miód ma niesamowite właściwości (na przykład w Wikipedii). Łączy je na pewno miejsce występowania, ale nie wiem skąd ta pomyłka. Nawet wyglądają inaczej:

   źródło zdjęć: drzewko herbaciane, manuka


 
                     













Olejek eteryczny wykazuje zarówno działanie przeciwbakteryjne, przeciwgrzybicze jak i przeciwwirusowe. Głównym związkiem aktywnym występującym w olejku jest 4-terpineol, który wykazuje działanie antyseptyczne (29-45%).W jego skład wchodzą również: γ-terpinen (12-23%), α-terpinen (8-11%), α-terpineol (2-7%) oraz monoterpeny, takie jak 1,8-cyneol (2-16%), p-cymen (1-12%), α-pinen (2-5%) i limonen (1-6%) [1,3]. Według standardu australijskiego olejek herbaciany nie może zawierać mniej niż 30% terpinen-4-olu oraz nie więcej niż 15% 1,8-cineolu. Związane jest to z tym, że 1,8-cyneol może podrażniać skórę, natomiast terpinen-4-ol to związek o silnym działaniu przeciwdrobnoustrojowym [4,5]. (źródło

Olejek ten nie pachnie relaksująco i przyjemnie, ale nie to jest jego celem. :) Jego siła polega na działaniu wysuszającym, ściągającym, przeciwzapalnym, jest silnym środkiem zwalczającym drobnoustroje. Zwalcza opryszczkę, kurzajki, grzybicę, pomaga przy przeziębieniach.

Jak go używam?
  • przez pierwszy rok życia Zo dodawałam go do płukania tkanin, a także wkraplałam do wiaderka z pieluszkami wielorazowymi. Zabijał nieprzyjemny zapach i zapobiegał rozprzestrzenianiu się bakterii. Dzisiaj dodaję go np. do prania pościeli po przeziębieniu. :)
  • punktowo na wypryski, krostki, albo kiedy jeszcze ich nie ma, ale czuję że chętnie by wyrosły. Jeżeli użyję olejku odpowiednio wcześnie, niedoskonałości w ogóle się nie pojawią. Jeżeli już są, goją się o wiele szybciej.
  • Kiedy na mojej głowie pojawiają się krostki niewiadomego pochodzenia, dodaje kropelkę do szamponu.
  • W sezonie grzewczym niewielką ilość wkraplam do kąpieli lub na zwilżony ręcznik na kaloryfer.
  • Jeśli Zo wymarzmie na spacerze, zaraz po powrocie szykuję jej gorącą kąpiel z olejkiem.
  • Jeśli po wizycie na basenie podejrzanie swędzą mnie stopy, mieszam kilka kropli z porcją kremu do stóp lub oleju i smaruję stopy przez tydzień kilka razy dziennie. Polecam :)

Czuję się w obowiązku także polecić Wam mało znany, ale bardzo dobry żel do higieny intymnej z ww. olejkiem (klik), polskiej produkcji.

Miałyście ten olejek? Znacie jeszcze jakieś zastosowania, których nie wymieniłam? :)

Życzę Wam trochę słoneczka, Dziewczyny! :)

czwartek, 26 września 2013

Garnier neril – efekty po 6 tygodniach kuracji szamponem aktywizującym.



Pełna kuracja składa się jeszcze z toniku, jednak chciałam przetestować sam szampon. Prawdopodobnie pełen zestaw zadziałałby nieco inaczej. Decydując się na ten zakup, zasugerowałam się opiniami wizażanek, iż przyspiesza porost włosów. Nie widziałam jego recenzji na blogach i postanowiłam się poświęcić, żeby chociaż jedna już była. ;) Na KWC kosmetyk zdobył skrajne oceny, te najniższe głównie ze względu na wysuszenie włosów. Uznałam, że z tym problemem sobie poradzę i zabrałam się za testowanie. Na KWC znajdziecie też skład, więc nie będę go przepisywać. Z reguły uważam, że szampon ma myć włosy, nie plątać ich i nie podrażniać skalpu i nie bardzo wierzyłam, że ma szansę mieć jakieś dodatkowe działanie. Ale nie byłabym włosomaniaczką, gdyby nie kusiło mnie wypróbowywanie nowych rzeczy. :)

Swój szampon kupiłam w osiedlowej aptece. Kosztował 19,99 zł. Zapakowany był w kartonik z naklejoną polską etykietą, na butelce wszystkie informacje są po niemiecku. Używałam go tak, jak pisze producent: przynajmniej 3 razy w tygodniu, trzymając pianę na włosach około 3 minut.


Butelka może sprawiać pewne trudności, jako że nie ma żadnego dozownika. Jednak szampon jest tak gęsty, że bez problemu można wydobyć pożądaną ilość. Z tego względu jest bardzo wydajny, po 6 tygodniach stosowania co drugi dzień wciąż mam niemal połowę butelki. Chyba że wyślizgnie się z dłoni, wtedy brak dozownika może zaowocować rozmazaniem preparatu po łazience. Na szczęście butelka jest wygodna i nie ślizgała mi się w rękach. Nie przepadam za szamponami z nakrętkami, ale tutaj tu wszystko pasuje do aptecznego wyglądu i sprawia wrażenie, że mamy do czynienia z prawdziwym profesjonalistą. ;)


Szampon ma specyficzny zapach, na szczęście dość delikatny. Początkowo kojarzył mi się ze startymi surowymi ziemniakami, ale polubiłam go z czasem i teraz nie wyczuwam go właściwie wcale. Same ziemniaki również podobno przyspieszają wzrost włosa, niestety nie udało mi się znaleźć jaka konkretnie substancja w bulwach ma taki wpływ i jaki jest związek z zapachem nerilu. ;)



Produkt ten dedykowany jest zwalczaniu wypadania włosów i rzeczywiście, włosy właściwie mi nie wypadają mimo jesiennego przesilenia. Liczyłam też na wysyp baby hair, i trochę się ich pokazało, jednak nie tak dużo, jak na przykład po moich ziołowych kompresach. Może wykorzystałam już swój potencjał włosotwórczy. ;) Za to rosną grubsze niż zwykle, co mnie bardzo cieszy, jako że jestem posiadaczką delikatnych, cienkich włosów, a baby hair są jeszcze cieńsze, przez co łatwo je u mnie uszkodzić. Na opakowaniu znajdziemy informację, że pierwsze efekty mogą pojawić się dopiero po 8 tygodniach, jednak czuję, że mogę już teraz rzetelnie ocenić jego działanie.

A zatem odpowiedź na pytanie dla mnie najważniejsze – czy przyspieszył wzrost włosów? TAK! :) Przez 6 tygodni urosły mi o ponad 2 cm. Wiem, że dla wielu z Was taki wynik jest mizerny, ale weźcie pod uwagę, iż mój normalny przyrost to 0,8 cm. Czyli szampon w pojedynkę (bo nie stosowałam żadnych innych przyspieszaczy ani suplementów) niemal dwukrotnie przyspieszył wzrost.

Żeby nie było zbyt pięknie, jest też ciemna strona: mimo mycia metodą OMO bez spłukiwania pierwszej odżywki, żeby chroniła końce, mimo codziennego olejowania, moje włosy są bardzo wysuszone. Ponieważ końcówki pamiętają jeszcze rozjaśnianie, obchodzę się z nimi ze szczególną troską. Niestety, włosy zaczęły mi się łamać. Dlatego przerywam kurację i od tej pory szampon ten będę używać tylko jako mocny zdzierak.

Podsumowując, plusy szamponu:

  • niezła dostępność – apteki
  • doskonała wydajność
  • nie podrażnił mi skalpu, nie wysuszał, nie powodował swędzenia
  • nowe baby hair
  • włosy rosną grubsze
  • może być skuteczny przeciwko wypadaniu
  • nie zawiera oblepiaczy, nie przyspiesza przetłuszczania

Minusy:

  • bardzo wysuszył włosy na długości; miał prawo, w końcu to szampon z SLS, używany często i trzymany dłużej na włosach
  • brak dozownika w butelce
  • informacje po polsku tylko na kartoniku; po jego wyrzuceniu już nie miałam pod ręką składu szamponu i sposobu stosowania

Komu polecam ten szampon? Osobom, które tolerują SLS i chcą przyspieszyć wzrost włosów. Nie polecam go do włosów farbowanych, zwłaszcza rozjaśnianych.

Co myślicie o takim szamponie? Używałyście jakichś szamponów mających przyspieszać wzrost włosa?

środa, 25 września 2013

Muzyczno-smarkata prywata.

Ponieważ dopiero co opublikowałam post o wzmacnianiu odporności, gdzie chwaliłam się jak to ją sobie podrasowałam, dopadł mnie wirus. O słodka ironio. Mam wszystkie klasyczne objawy: ciepło/zimno, dreszcze, gorączka, zapchany nos, bolące gardło i inne tego typu przyjemności. Mąż coś przywlókł, jemu już lepiej, teraz kolej moja i Zo. Na szczęście TŻ po 2 dniach był już całkiem niezły, więc pomęczę się dziś, a jutro już powinno być w porządku.

W związku z powyższym czuję się pozbawiona wszelakiej wiedzy, jaką mogłabym przelać poprzez klawiaturę do posta. Kręconowłosa pisała o filmach, więc ja pokażę Wam utwory, których (w moim osobistym, subiektywnym odczuciu) zdecydowanie warto posłuchać, takie które były i/lub są bardzo dla mnie ważne.



Najpiękniejszy kawałek na świecie. Ever.



Teledysk nie porywa, ale głos Bruce'a już tak. :) Uwielbiam. :)



Zo bardzo lubiła Boba Marleya, jeszcze w brzuchu bardzo ją uspokajał i tak jej zostało do teraz. :) Ba, Bob sprawił nawet, że Zosia obróciła się we właściwą stronę, żeby lepiej słyszeć, dzięki czemu uniknęłam cesarskiego cięcia. True story. :)



Johny Cash. :)



Mój ulubiony piosenek Gutka.



Energetyzujący Ozzy :)



Nie mogłam się zdecydować, którą Pidżamę Wam polecić. Niech będzie ten kawałek, przez jakiś czas szczególnie dla mnie ważny.



Jeśli jeszcze się gdzieś uchowałyście i nie znacie Jessie, serdecznie polecam zarówno ją, jak i jej inspirację – Sade. Zosia miała kilka miesięcy i śpiewała! :)



I Kult.

Kierowałam się przy wyborze też tym, żeby Was głowy nie bolały i głośniki nie padły, i choć obecnie mój gust muzyczny jest coraz bardziej eklektyczny, chyba już nigdy nie pokocham nowych utworów tak bardzo jak piosenki z czasów licealnych i studenckich. To tłumaczyłoby moja Mamę śpiewającą Połomskiego, Młynarskiego etc. :) Raczej nie dowiem się też co to jest ten cały dubstep. ;)

Czekam na linki od Was w komentarzach :)

Ps. Właśnie przyszła Zo, pogłaskała mnie po głowie i zapytała: „co to jest”? :) Włosy też mi chyba zachorowały, bo falują same (!) po myciu.

wtorek, 24 września 2013

Mity o włosach (2). Nie należy obcinać włosów małym dzieciom.

Prawdopodobnie spotkałyście się kiedyś z tą mądrością. Jak obcinałam włosy Zo w wieku 9 miesięcy, podniosły się (nieliczne, ale jednak) protesty.

Niestety, na pytanie dlaczego właściwie nie mogę tego zrobić nie uzyskałam odpowiedzi mądrzejszej niż „no bo tak się nie robi” i „jeszcze nie skończyła roku”. Co dziwne, tak logiczne argumenty do mnie nie trafiły i obcięłam Zosi włoski na krótkie. Wcześniej miała kilka długich włosków na zmianę z łysawymi plackami, jak to często blondynkom w tak młodocianym wieku się zdarza i chciałam, żeby wyglądała schludniej i nie mogła wyrywać sobie tych lichych kosmyków. Ucho jej nie odpadło, nic jej nie bolało, nie protestowała, nie zachorowała, rura w łazience też nam w związku z tym nie pękła.

 
Oczywiście jest to zwykły przesąd, nie ma żadnych medycznych przeciwwskazań do strzyżenia już w pierwszym roku życia dziecka. Bywa nawet tak, że strzyżenie jest wskazane (na przykład bardzo gęste włosy i zaawansowana ciemieniucha).

Co ciekawe, funkcjonuje również zupełnie odwrotny mit: że należy jak najczęściej obcinać włosy dzieciom na krótko, a wyrosną im grube i gęste. Rodzice często podają przykłady: Madzia miała obcięte na krótko włoski i o, jakie są gęste, a Agatka nie miała i ma włoski 3 na krzyż. Każdy kto logicznie pomyśli przez chwilę, wie, że w przypadku dzieci (tak jak i dorosłych) o gęstości i strukturze włosów decydują geny i zdrowie, a nie częstotliwość podcinania. Jeżeli chcemy wzmocnić dziecku włosy, dbajmy o nie od początku: nie myjmy za często, nie używajmy silnych detergentów, nie trzyjmy mocno ręcznikiem i nie bójmy się delikatnego masażu skalpu. Jak pielęgnuję włosy Zo, można przeczytać tutaj.

Oba przekonania kojarzą mi się z czerwoną wstążeczką przy wózku czy kołysce albo zauroczeniem przez sąsiadkę. ;) Znacie jeszcze jakieś zwyczaje lub przesądy związane z dziecięcymi włoskami?


poniedziałek, 23 września 2013

Kwiat mniszka, owoc czarnego bzu, rokitnik i czosnek– mój sposób na poprawę odporności.

 
Odkąd pamiętam, moja odporność zawsze była kiepska. Przez cały rok bolały mnie zatoki, miałam katar, chrypkę i kaszel, i właściwie cały czas czułam się strasznie zmęczona. Bo byłam: praca, studia, kurs. Później studia zaoczne i praca w systemie trzyzmianowym... Wieczne niewyspanie. Poza tym jestem wcześniakiem karmionym butelką i przez 10 lat paliłam papierosy. Wszystko to sprzyja osłabionej odporności. To dzięki Zo zwolniłam obroty i skupiłam się na tym, żeby o siebie zadbać.

Tak jak mój Mąż zawsze miał końskie zdrowie, tak teraz moje się poprawiło i nawet kiedy on choruje, nic mi nie jest. :) Oprócz mniejszej ilości stresu, mojemu zdrowiu sprzyja rzucenie palenia, dieta bogata w warzywa i owoce i NNKT. Wiadomo jednak, że jesienią i zimą zawsze coś się przypałęta. Dzisiaj jeszcze mam lekki stan podgorączkowy, ale że trwa już 2-3 dni i nie rozwija dalej, myślę że jutro będzie już OK. Dłużej nie przynudzając, opowiem Wam o moim małym ekoarsenale.

 
Ciężka artyleria: czosnek. Jemy ząbki, które składają się na cebulę złożoną.

W czosnku znajdziemy olejki eteryczne oraz lotne i organiczne związki siarkowe, czyli allinę i skordyninę A i B. Charakterystyczny zapach oraz zdrowotne właściwości pojawiające się po zmiażdżeniu czosnku zawdzięczamy przejściu alliny w allicynę. Działanie allicyny jest ponoć na tyle silne, że wystarczają 3 minuty, by sok z czosnku zniszczył kolonię bakterii w warunkach in vitro. Czosnek to również flawonoidy, witaminy z grupy B, witamina C, potas, żelazo i magnez, jednak ze względu na małe użycie w kuchni nie można nazwać go źródłem tychże witamin i składników mineralnych. (źródło)

Po czosnek sięgam, kiedy już jestem chora. Jadłam go w kanapkach jako dziecko, kiedy Mama martwiła się moim stanem i wróciłam do niego w ciąży, kiedy jedynym lekiem na przeziębienie, jaki wolno mi był wziąć był paracetamol. Jak pewnie wiecie, zbija on gorączkę i leczy objawy, ale nic nie robi z jej przyczyną. Przypomniał mi zatem się czosnek, naturalny antybiotyk. Zmieniłam tylko sposób mojej Mamy i robię z niego miksturę – nie trzeba go gryźć, więc smak w buzi pozostaje krócej. Składniki:

2/3 szklanki mleka
1 ogromny lub 2 duże ząbki czosnku
łyżeczka masła
łyżeczka miodu (obecnie z mniszka)
 
Mleko powinno być gorące, ale nie aż tak, żeby nie dało się go wypić duszkiem. Do mleka dodaję masło i miód i wyciskam czosnek. Mieszam i piję nie zaczerpując powietrza. Mikstura ma wadę: jest ohydna w smaku, i zaletę: chyba raz mi się zdarzyło, że musiałam ją pić więcej niż 2 razy. Ze strachu, że będę musiała mieć ją w ustach jeszcze raz po tych dwóch razach już zdrowieję. :) Najlepiej zaaplikować ją tuż przed snem i wskoczyć pod kołdrę, bo może mieć działanie napotne. Naprawdę polecam zamiast bawić się w gripexy i inne paskudztwa z pseudoefedryną.


Przystanek mniszek lekarski, czyli popularny mlecz :)

O miodzie z mniszka dowiedziałam się od Anwen, a jakże. W dużym skrócie taki miód ma wspomagać odporność i zmniejszać dolegliwości reumatyczne. Chyba rzeczywiście trochę pomaga, bo mogę ruszać ramionami, a zdarzyło mi się zasnąć z barkami ponad kołdrą (normalnie kończy się to okropnym bólem przy każdym ruchu ręką). Robi się taki "miód" zbierając 500 (lub 1000 w zależności od planowanej porcji) kwiatów mniszka i wygotowując je w syropie cukrowym. Cukier jest tutaj zagęstnikiem i konserwantem. Nie wiem jak wpływa na wchłanialność substancji aktywnych, ale jak pisałam wyżej, jakieś działanie chyba jest. :) Taki miód smakuje dokładnie tak jak pszczeli, za to ma niewątpliwą zaletę: niestraszna mu obróbka cieplna, i tak już był wygotowywany, więc można go dodać do gorącego napoju bez obawy o utratę właściwości leczniczych. Nie robiłam go sama, bo dostałam duży słoik od siostry, której ktoś go sprezentował, ale w przyszłym roku na pewno się postaram. :)

Część trzecia: konfitura z rokitnika.

Dziewczyny, gdybyście chciały zrobić taką konfiturę same, tak jak ja, wiedzcie jedno: zbiera się go przeokropnie! Krzewy rokitnika są bardzo kolczaste, a same kuleczki mają ekstramocną szypułkę i delikatną skórkę. Efekt: nie tylko się podrapiesz, ale jeszcze zamiast zerwać owoce opryskasz się intensywnie pomarańczowym sokiem, a pestki i tak zostaną na ogonkach na gałęzi. Zbierałam te kuleczki uzbrojona w widelec, ale i tak kiepsko mi to szło, a później jeszcze obcinałam nożyczkami nieszczęsne szypułki z każdego jednego owocu. 3 godziny pracy zaowocowały dwoma malutkimi słoiczkami... Już nigdy się nie zdziwię, że ta konfitura jest taka droga. Rosjanie podobno zbierają rokitnik jak zamarznie i wtedy jest łatwiej.

Zastosowanie w medycynie
  • wyciąg z oleju ma właściwości przeciwgorączkowe, zaleca się go w chorobie wrzodowej żołądka oraz dwunastnicy, w stanach zapalnych różnych narządów wewnętrznych, biegunkach, w okresie ciąży i karmienia,
  • napary z liści używane są pomocniczo w leczeniu gośćca, stanów zapalnych przewodu pokarmowego,
  • owoce rokitnika w postaci świeżych dżemów, konfitur i soków stosuje się zapobiegawczo jako naturalne źródło dobrze przyswajalnej witaminy C,
  • napary z liści wykorzystuje się do przemywania i okładów przy trudno gojących się ranach oraz w schorzeniach skóry, mogą być formą kąpieli ziołowych. (źródło)
Cechą specyficzną rokitnika jest bardzo stabilna witamina C dzięki nieobecności rozkładającego ją enzymu (askorbinazy). Oznacza to, że można go mrozić, gotować i przechowywać bez jej utraty. Dlatego też rokitnik ma doskonały wpływ na cerę (oprócz witaminy C także karotenoidy), włosy i skórę głowy. Jak już pewnie zauważyłyście, jestem zagorzałą fanką rokitnika. :) Jeśli chodzi o samą konfiturę, to cóż... czuć, że jest zrobiona z owoców oleistych, w dodatku jest niesamowicie kwaśna, mimo że owoców nasypałam wagowo nawet mniej niż cukru. Dodaję łyżkę do porannej owsianki i w ten sposób da się zjeść. Nie jest to specjał do wyjadania łyżeczką. :)

 
Wspomagacz numer cztery: czarny bez.

Dziki bez ususzony lub ugotowany jest idealnym medykamentem gdy dopada nas sezonowe przeziębienie lub grypa. Działa przede wszystkim napotnie i przeciwgorączkowo, wspomaga działanie układu immunologicznego, dzięki czemu nasz organizm broni się przez chorobą lub próbuje ją szybciej zwalczyć. Stosuje się go przy zwiększonym ryzyku infekcji np. jesienią lub wczesną wiosną. Warto latem wybrać się na wieś i zabezpieczyć w czarny bez, by móc go potem przetwarzać.
Ponadto dziki bez stosować można przy różnego rodzaju bólach, szczególnie tych reumatycznych. Może być stosowany pomocniczo w chorobach układu krążenia i w przypadku problemów trawiennych, gdyż owoce czarnego bzu mają działanie przeczyszczające. Ważne, że kwiaty tej rośliny są bogate w żelazo, ale nie tylko, są bowiem źródłem sodu i rutyny, która np. uszczelnia naczynia krwionośne. Owoce przede wszystkim dostarczają nam witamin: C i A.
Czarny bez powinien znaleźć się także w apteczce rodziny nastolatka, który ma  problemy z trądzikiem. Wystarczy przemywać skórę roztworem z bzu czarnego, by złagodzić gojenie się ran. (źródło).

Z owoców czarnego bzu przygotowałam melasę. Zbierało się je o wiele łatwiej od rokitnikowych, za to dużo czasu zajęło mi ich posegregowanie, ponieważ do przetworów nadają się tylko całkowicie dojrzałe owoce, nie mogą się trafić zielone czy czerwone kuleczki (są toksyczne). Bez zawiera dużo pestek, więc najpierw sparzyłam owoce w wodzie aż popękały, a następnie przetarłam je przez sitko. Dzięki temu nie boję się podawać gotowego przetworu Zosi i nie musiałam się przejmować zdradzieckimi szypułkami. ;) Do soku dodałam cukier, a później półtorej godziny stałam nad garnkiem i mieszałam, aż zakręciło mi się w głowie, a masa zgęstniała. Można jej używać jak soku, ale da się też polać naleśniki czy posmarować kanapkę, w razie gdyby sok Zosi nie smakował.

Bardzo trzymam kciuki, żeby udało się Zosi i mnie przetrwać zimę tylko dzięki naturalnym sposobom. W zeszłym roku tak było. :)

A Wy jak dbacie o odporność? :) Macie jakieś sprawdzone sposoby?

niedziela, 22 września 2013

Nie złamałam bana, ale...

Ale. Moja kochana siostra postanowiła mnie uszczęśliwić i udało jej się to w 200 %. :)

Zakupy z Deesis:


Bardzo lubię ten sklep. Mają doskonałe ceny, szybciutko wysyłają towar i chętnie i szybko odpowiadają na wszelkie pytania i wątpliwości. Można kupować u nich też przez Allegro (co jest wygodniejsze, bo strona sklepu jest dość mało czytelna w moim odczuciu). Co nowego zagościło w moich zbiorach:
 
Oleje, oleje, oleje. W doskonałych cenach!
  • Heenara. Miałam Heenarę w proszku i byłam nią zachwycona. Kolor może nie był oszałamiający (zresztą to było pierwsze farbowanie henną na blond i zapewne żaden by nie był), ale włosy po jednym użyciu całkowicie przestały mi wypadać! To dzięki temu zestawowi ziół przekonałam się do ziołowych kompresów (klik). Jestem ciekawa, jak sprawdzi się olejek. Ma szansę przyspieszyć wzrost. Zobaczymy jak się sprawdzi, bo takie rzeczy umiarkowanie na mnie działają. Będę stosować głównie na skalp. Cena: 17,99 zł za 200 ml (na Helfach kupimy go za 29 zł).
  • Bringraj, 200 ml. Długo się na niego czaiłam, ale oleje na bazie kokosa wolę używać w sezonie grzewczym, kiedy wystarczy butelkę postawić przy kaloryferze i po chwili można używać. Również z przeznaczeniem na skalp. Cena – 17,99 zł (Helfy – aż 39 zł)!
  • Olej musztardowy. Kolejny z mojej wishlisty. Wszyscy mają Dabur, więc wzięłam KTC. Cena: 8 (słownie: osiem) złotych za 250 ml.
Woda różana, którą na zdjęciu sprytnie ukryłam za amlą. ;) Dobrze, że nie wzięłam z Dabura, tylko z TRS i mam „spożywczy” skład: woda, ekstrakt z róży. Kosztowała równe 6 złotych. O zmianie składu wody Dabur dowiedziałam się od Dark Lady.

Maska Henara, którą wzięłam w nadziei, że ma coś wspólnego z Heenarą od Hesh. Niestety, ma w składzie parafinę, ale także hennę. Przekonam się, jak zadziała na długości włosów. Cena: 21,99 zł. Nie popisałam się tym zakupem... eee, to znaczy prezentem, nie sprawdzając wcześniej składu.

Amla, którą dołożyłam do farbowania. Pudełko zmasakrowała Zosia przy próbie otwarcia. Jak widać, jest całkiem nieźle zabezpieczone. ;) A jak już i tak brzydkie do zdjęcia, można użyć i zafarbować włosy. :) Cena sympatyczna: 10,99 zł.

Baaardzo cieszą mnie te kosmetyki, szczególnie olejki i woda różana. To moja prywatna aromaterapia i walka z jesienną deprechą. Trochę Orientu pod szarymi chmurami. :) Oczywiście mam teraz problem: co wcierać? W akcji wcierania u Anwen zadeklarowałam na skalp czarnuszkę, ale szkoda mi jej, bo doskonale sprawdza się na twarzy, a mam przecież oleje typowo włosowe. Zostanę chyba jednak przy tym, co do tej pory, dla dobra eksperymentu.

Mała paczuszka z Allegro:

 
Kohl w proszku. Wszyscy chwalą, mam i ja. Pewnie to pierwsze opakowanie rozbabram zamiast normalne zużyć, w ramach nauki. :) Koszt to bodajże 6 złotych.

Perfumy w olejku Al Rehab. Zapachy Choco Musk i Al Nourus. Pierwszy pachnie jak mleczna czekolada, mmmmmmmmmmmm. :) Drugi to lekki, kwiatowy zapach, ale nie mdlący. Miałam kiedyś perfumy w kostce, ale były zbyt twarde i wylądowały w szafie i w kominku do wosku. Od czasu ciąży tradycyjne perfumy śmierdzą mi alkoholem, choćby to było Chanel. Te flakoniki są malutkie, ale wystarczy mniej niż kropelka, no i pachną przepięknie, inaczej. Cena: 18 złotych.

Mydło z olejkiem z czarnuszki. Jestem ciekawa, jak się sprawdzi, bo sam olejek jest świetny! Nie wyczuwam w mydle zapachu, choć w dotyku czuć, że sporo olejku pozostało niezmydlone. Kosztowało 12 złotych.


Ale to nie koniec nowości! Dotarła do mnie wygrana w konkursie u Balbiny


Maska calmar z olejem lnianym i awokado. Sam olej lniany moim włosom nieszczególnie się spodobał, ale może w takim duecie da radę? Według opisu dystrybutora maska nawilża włosy i nadaje objętość. Nie otworzę jej na razie, bo w łazience kończy się miejsce na otwarte słoiczki i butelki... Muszę co najmniej zmęczyć podłego śmierdzącego chemicznym bananem scandica.

I próbki, próbeczki. Jedna się najwyraźniej wstydzi aparatu, bo schowała napisy i wypina drobny maczek z tyłu.

Teraz to już zdecydowanie ban. Ewentualnie kupię coś do twarzy, bo nie mam żadnego kremu w zapasie.

Znacie Deesis? To był pierwszy sklep z indyjskimi kosmetykami i przyprawami, w którym zrobiłam zakupy, może i stąd sentyment. :) W każdym razie gorąco polecam zaglądać, jak widać można trafić na oleje w więcej niż dobrych cenach.

sobota, 21 września 2013

Farbowanie: henna Mumtaz z amlą.

Nie farbowałam włosów przez 40 dni, co zaowocowało bardzo widocznymi siwulcami z przodu (siwieję dość mocno, ale tylko na skroniach). Wczoraj wreszcie zabrałam się za poprawę tego stanu rzeczy.

Mieszanka, którą przyrządziłam, składała się z 3 łyżek henny, 2 łyżek amli i 1 łyżki miodu. Dolałam taką ilość wody, aby powstała niezbyt gęsta pasta i odstawiłam na noc. Użyłam jak zawsze zimnej, przefiltrowanej wody. Nie zakwaszałam już mieszanki, ponieważ nigdy tego nie robię. W tym wypadku nawet gdyby ktoś chciał zmienić odczyn gotowej farby, nie ma takiej potrzeby – amla zawiera bardzo dużo witaminy C i ma właściwości zakwaszające.


 Nie używałam wcześniej amli w duecie z henną. Poza walorami odżywczymi, dodanie jej do mieszanki ma na celu ochłodzenie i pogłębienie koloru. Pierwsza różnica była widoczna już przed nałożeniem. Spodziewałam się, jak zwykle, brązowoceglastego koloru, tymczasem w misce czekała na mnie głęboka, bagienna zieleń.

Po krótkim wahaniu i tak nałożyłam mieszankę na włosy. Pomyślałam, że materiał na bloga najwyżej będzie ciekawszy niż zakładałam i stanę się ikoną zielonowłosowości. :) Przed użyciem do mieszanki dodałam 3 krople gliceryny (aby zwiększyć dobroczynne działanie ziół na skalp) i nieco wody, ponieważ pasta się zagęściła przez noc. Taką mieszankę nałożyłam obficie u nasady włosów. Do tego, co mi zostało dodałam sporo maski scandic banana (ależ ja nie cierpię tej maski!), nieco wody i dokładnie rozprowadziłam na długości włosów. Nie chciałam przyciemnić ich za bardzo, bo podoba mi się efekt ombre, który pomału zaczynają tworzyć odrosty.

Wszystkie to pewnie wiecie, ale henna zmieszana z odżywką to gloss, który nie jest kolorem trwałym, zmienia jedynie odcień włosów i dodaje im blasku. Czyli założenie było takie: ukryć trwale siwe włosy, pozostałe nabłyszczyć i wyrównać ich odcień bez przyciemnienia jaśniejszych partii.

Jak wygląda efekt? :)


Na zdjęciach „przed” włosy są dwukrotnie umyte szamponem z SLS, beż żadnej odżywki. Na zdjęciach „po” po prostu spłukałam hennę i zostawiłam do wyschnięcia, również bez odżywki. Moje włosy są jeszcze krótkie i zawsze po hennie nie myję ich przez 48 h, żeby mogła się utlenić. Zwykle myję codziennie, a nie nakładając odżywki mogę nieco opóźnić przetłuszczanie. Moje włosy nie zmieniają już koloru kilka dni po farbowaniu, dlatego mogę pokazać Wam efekt od razu.


Nie ma wielkiej zmiany, i widać, że z tyłu bardzo nierówno pokryłam włosy. Gdyby to miała być drastyczna zmiana, przejęłabym się tym bardziej. :) Wybaczcie brak ostrości, światło jest fatalne i mój ubogi aparat sobie nie radzi. Włosy po farbowaniu są minimalnie jaśniejsze u nasady i błyszczą. Na drugim zdjęciu widać, że kolor miejscami wpada w fiolet. Gdyby kolor wyjściowy nie był taki ciemny i położyć na nie samą farbę zamiast glossa, efekt mógłby być bardzo ciekawy. Na sobie chyba wolę jednak miedzianą, czystą hennę. Włosy nieco suche i napuszone, jak to po farbie ziołowej. 2 mycia i będą jak nowe.

A żeby nie straszyć tylko przesuszem, pokażę Wam jeszcze włosy po oleju z rokitnika:



Farbujecie włosy same czy w salonie? Wolicie naturalne farby, czy gotowe drogeryjne lub profesjonalne? Przyznam Wam się, że marzy mi się własny salon, gdzie poza standardowymi usługami będę mogła oferować farbowanie henną i indygo. :)

piątek, 20 września 2013

Moje dziecko jest wspaniałe (2). Psiara

Zo uwielbia zwierzęta wszelkiej maści. Małe, duże, narysowane, w bajce, w książeczkach, ale przede wszystkim na żywo. Prawdziwe zwierzęta, które można pogłaskać, dotknąć. Mamy w domu psa, więc siłą rzeczy pies jest zwierzakiem Zosi najbliższym.


Majkę przygarnęliśmy, kiedy byłam już w ciąży. Była już sporym, bo 6-miesięcznym szczeniakiem, którego opiekunowie w domu tymczasowym bardzo dużo już nauczyli. Przez to, że wiedzieliśmy, że spodziewam się dziecka, mogliśmy psa przygotować do tego, że nie będzie zawsze najważniejszy. :) Przez kilka miesięcy, kiedy Zo skończyła rok, były u nas w domu nawet dwa psy. Przygarnęłam powsinogę z cieczką (w celu oddania do adopcji po sterylizacji) i tak się z nią zżyliśmy, że w końcu została w rodzinie – ma ją teraz moja siostra i systematycznie ją odwiedzamy.

Kira trafiła do nas, kiedy Zosia mówiła pierwsze słowa. Kiepsko jej jeszcze wychodziło „tata”, ale potrafiła po swojemu powiedzieć: „pies”, „piesek”, „Majka”, „Kira”, „smycz”, „hau hau” i ulubione „ogon”.



Co dało mojemu dziecku obcowanie z psami?

Wiele radości. Zo uwielbia, kiedy Majka się cieszy, a Majka cieszy się razem z Zosią. Kiedy nasza sunia jest bardzo podekscytowana (a zdarza się to często), popiskuje, wskutek czego w słowniku Zosi przez jakiś czas figurowała jako „Ajajaj”.

Rozwój ruchowy. Za kim pełzało po czworakach moje dziecko? Komu rzuca piłkę? Z kim biega na spacerach? Oczywiście z Majką.

Nauczyła się stwarzać wyjątkową więź. Zwykle Majka jeździ z nami samochodem, ma swój kocyk rozlożony obok fotelika Zo. Jeśli gdzieś nie możemy jej zabrać, Zosi wyraźnie przeszkadza puste miejsce i pyta mnie, gdzie jest pies, lub też ciągle przypomina o jego braku.

Zosia nie szaleje na spacerach, kiedy widzi obcego psa. Ot, pokaże „pies”, zauważy, iż posiada on ogon czy ucho i tyle. Nie biegnie natychmiast do żadnego sierściucha. Wie, że nie można głaskać obcego psa, jeśli mama nie pozwoli. Nie wierzycie? No cóż, tak właśnie jest. :)

Posiadanie w domu zwierzęcia ma wielkie znaczenie zdrowotne. Systematycznie odrobaczamy Majkę i ogólnie dbamy o jej higienę, jednak wiadomo, że czworonóg obniża nieco poziom sterylności mieszkania (sierść, odrobina piasku, okazjonalne polizanie małej rączki), a co za tym idzie pięknie stymuluje odporność maluszka. Dzieci, które już w niemowlęctwie mają kontakt z psem lub kotem o wiele rzadziej zapadają na alergie (polecam poczytać tutaj).

Odstresowanie. Majka jest idealną powiernicą Zosinych sekretów i ewentualnych żalów. Poważnie, kiedy moje zachowanie Zosi się nie podoba, biegnie na psie posłanko na skargę. :)

Wreszcie, kiedy byłam brzdącem, zawsze mieliśmy przynajmniej jednego psa. Wprawdzie nie był to pies „domowy”, tylko „podwórzowy”, niemniej zawsze było do kogo się przytulić i pogadać i nie wyobrażam sobie tego komfortu moje dziecko pozbawiać.

Marzy mi się jeszcze kot, ale będzie musiał poczekać, aż przekonam do tego pomysłu Męża. :) Na pewno nie spodziewam się nowego lokatora w ciągu kilku najbliższych miesięcy, ponieważ czeka nas przeprowadzka do innego miasta. 


Wątpliwości, którymi nie omieszkali dzielić się ze mną inni widząc mnie z małym dzieckiem i psem (lub dwoma):

Czy nie ugryzie?

Otóż nie. Majka prędzej sobie odgryzie nogę niż zrobi krzywdę mnie lub mojemu dziecku. Kira ma bardziej buntowniczy charakter, ale od razu, pierwszego dnia wyjaśniłyśmy sobie kto jest na początku, a kto na końcu hierarchii. Nie wyobrażam sobie aby jeden domownik zagrażał drugiemu, w szczególności mojemu dziecku.

Czy dziecko nie skrzywdzi psa?

Wkładanie palców w oko, ciągnięcie za ogon... Małe dziecko, jako ciekawe świata, będzie próbować tych rzeczy, nie ma co się oszukiwać. Dlatego dopóki nie ufam Zosi w zabawach z Majką, zawsze jestem przy nich. Dodatkowo Zosi tłumaczymy i powtarzamy praktycznie codziennie, że z pieskiem trzeba delikatnie, a Majkę nauczyliśmy po prostu odchodzić, kiedy zabawa staje się dla niej uciążliwa. Ani jedno, ani drugie nie cierpi z tego powodu.

Biedne dziecko, ciągnie je pani na te spacery.

Cóż, tego nie będę nawet komentować. :D

A nie boi się pani, że piesek dzidzię przewróci? (Kiedy Zo stawiała pierwsze kroki)

No jakoś nie. Przewrócił ją już milion razy, niech się Młoda uczy uważać na otoczenie oraz bezpiecznie upadać. Life is brutal.

Nie niszczy w domu?

Majka nie. Nigdy. Nic. Kira codziennie likwidowała coś nowego, w związku z czym obecnie jest zwierzęciem wybiegowym i ma się doskonale. Chyba, że chodziło o Zo. Niszczy i brudzi, jak to dwulatek. :)

Widzę, że jak zwykle – miało być krótko, wyszło długo. Napiszcie proszę, jak to jest u Was – lubicie zwierzęta? Pamiętacie szczególnego przyjaciela z dzieciństwa? Może chcecie obejrzeć więcej zdjęć Majki?

Pozdrawiam Was ciepło! :)

czwartek, 19 września 2013

Chcecie wypróbować mydła z Lawendowej Farmy do mycia włosów? ROZDANIE ZAKOŃCZONE

Zapraszam na rozdanie!

Aby wziąć udział w konkursie, wystarczy się zgłosić w komentarzu. Nie trzeba nikogo lubić, obserwować ani udostępniać, mieć konta na fejsbuczku, korzystać z pejpala i oddawać swoich danych osobowych podejrzanym telemarketerom. 



Do wygrania:

Lawendowa Farma, mydło w kostce Rozmarynowy Twist (110 g, najlepiej zużyć przed 03/2014)
Lawendowa Farma, mydło w kostce Trzy Korzenie (110 g, najlepiej zużyć przed 02/2014)
Lavea, Szampon Przeciwłupieżowy w kostce (50 g, najlepiej zużyć przed końcem 12/2014).

Dwa pierwsze to mydła w 100 % naturalne przeznaczone specjalnie do mycia włosów. Trzecie to po prostu szampon w kostce, zawiera SLS.

Proste zasady:

  1. W konkursie może wziąć każda osoba pełnoletnia, która zgłosi się w komentarzu pod tym postem.
  2. Wystarczy podać swój adres email (żebym miała pewność, że wysyłam do osoby, która wygrała).
  3. Jestem wyłącznym sponsorem nagród.
  4. Wszystkie kosmetyki są nieużywane, oryginalnie zapakowane, przechowywane w suchym, chłodnym miejscu.
  5. Wysyłam na terenie Polski.
  6. Prawidłowo podany adres email daje jeden los.
  7. Można zdobyć jeszcze jeden los w jakikolwiek sposób udostępniając informację o konkursie (baner, facebook, notka, wydruk naklejony na przystanek tramwajowy) i podając link do udostępnienia. Ewentualnie fotę przystanku.
  8. Osoby, które obserwowały mojego bloga już przed konkursem automatycznie otrzymują dodatkowy los. W takim przypadku proszę o dopisek w zgłoszeniu o treści „pionierka.” :)
  9. Jak każdy widzi, maksymalnie można zdobyć 3 losy.
  10. Zgłoszenia przyjmuję do 13 października 2013 r. do północy.
  11. Kto jest szczęśliwym zwycięzcą ogłoszę 16 października.
  12. Ponieważ jestem trochę geekiem (geeczycą?) losowania dokonam za pomocą kostki dziesięciościennej i najprawdopodobniej dołączę do posta z wynikami zdjęcia z tego niesamowitego zdarzenia.

    O mydłach z Lawendowej Farmy pisałam bardziej szczegółowo wczoraj.

    Powodzenia! :)

środa, 18 września 2013

Moja przygoda z myciem włosów naturalnym mydłem.

Piszę „przygoda”, ponieważ miałam przy tym masę frajdy, nie dlatego, że jest to droga pełna niebezpieczeństw i niespodziewanych zdarzeń (no chyba, że komuś zdarzyło się mydło w oku, wtedy wie, że to nie przelewki). Przed zakupem przeczytałam mnóstwo opinii o myciu włosów mydłem, ostatecznie pomyślałam, że jeśli mydło na włosach się nie sprawdzi, z powodzeniem zużyję je do mycia ciała.

zdjęcia pochodzą ze strony Lawendowej Farmy 

Piszę „przygoda”, ponieważ miałam przy tym masę frajdy, nie dlatego, że jest to droga pełna niebezpieczeństw i niespodziewanych zdarzeń (no chyba, że komuś zdarzyło się mydło w oku, wtedy wie, że to nie przelewki). Przed zakupem przeczytałam mnóstwo opinii o myciu włosów mydłem, ostatecznie pomyślałam, że jeśli mydło na włosach się nie sprawdzi, z powodzeniem zużyję je do mycia ciała.

Dlaczego w ogóle obraziłam się na szampony?

Niecały rok po porodzie dopadła mnie burza hormonalna. Spodziewałam się jej o wiele wcześniej i skoro nie przyszła, naiwnie założyłam, że mnie ominie. Otóż nie ominęła. Ładne ciążowe włosy zaczęły wypadać jak szalone. Skoki nastrojów miliard razy większe niż w ciąży. Opóźniona depresja poporodowa... Skóra z mieszanej w kierunku tłustej zmieniła się w suchą i wrażliwą, ta na skalpie w bardzo nadwrażliwą, choć nadal tłustą.

Straciłam połowę włosów, a każde mycie każdym szamponem kończyło się strasznym swędzeniem i jeszcze większym wypadaniem. Nieważne, czy szampon zawierał SLS, czy nie. Czy był dla dorosłych czy dla dzieci, dla alergików czy łojotokowców, naturalny czy pozbawiony jakichkolwiek ekstraktów – świąd, uczucie napięcia skóry, wypadanie włosów tylko się pogarszało..

W akcie desperacji (byłam gotowa myć głowę naprawdę czymkolwiek, byleby nie swędziało) myjąc ciało mydłem aleppo „posmerałam” sobie też skalp.


Po tym pierwszym myciu włosy były przeokropne: posklejane w kilka strąków, matowe, no włosy kloszarda jak nic. Ale swędzenie ustało, w odpływie też włosów jakby mniej. Rozpoczęłam poszukiwania mydła specjalnie przeznaczonego do włosów, żeby niezmydlony olej nie osadzał się tak na długości. I tak trafiłam na informacje o Lawendowej Farmie.

Całym sercem wspieram tę firmę, która niedawno odniosła mały sukces – mianowicie otworzyła mały sklepik stacjonarny w Lublinie. Kibicuję Pani Ewie, która jest przemiłą osobą. Odpisze na każdego maila, informuje na bieżąco o wysyłce (która jest tak szybka, jakby mieszkała na poczcie), nie ma żadnego problemu żeby zmienić zamówienie o ile nie zostało jeszcze wysłane. Jakby tego było mało, prowadzi bloga,
gdzie możemy znaleźć świetne przepisy na naturalne kosmetyki DIY. W sklepiku Lawendowej Farmy możemy zaopatrzyć się także w ceramikę handmade, w masełka, balsamy do ust, płukanki do włosów czy mydła potasowe (płynne), także w wersji szamponowej, a wszystko to z ekstraktami z naszych polskich ziół. Jeżeli jeszcze nie znacie tego asortymentu, serdecznie Wam polecam zajrzeć, bo naprawdę warto.

Dodam jeszcze, że dzisiejszy wpis nie jest w żadnym stopniu sponsorowany, powiem więcej, Pani Ewa nie ma pojęcia o istnieniu mojego bloga, a zakupy w Lawendowej Farmie robiłam już jakiś czas temu.. Po prostu to, co ma do zaoferowania to wspaniałe, naturalne produkty w doskonałych cenach. Uważam też, że warto wspierać polskie, małe przedsiębiorstwa. :)

Bardziej chyba znana od Lawendowej Farmy jest mydlarnia TULI, z którą też wiążę dobre wspomnienia. :) LF zachwyciła mnie jednak większym wyborem i czerpaniem z polskich ziół, których wiele jest ręcznie zbieranych przed produkcją mydła.

Co do samego mycia włosów mydłem: był to jedyny środek, którego używałam do mycia skalpu przez jakieś 3-4 miesiące. Moje cienkie, niedawno rozjaśnianie włosy na długości zmatowiły się i posklejały, ale zawijałam je w minikoczek i nie przejmowałam się tym wcale, bo ulga dla skóry głowy była niesamowita. Osad zostawał na moich włosach niezależnie od tego jak długo płukałam, jaka była temperatura wody, czy używałam płukanki z octu i/lub odżywki, czy nie. Od czasu do czasu zatem myłam je szamponem z SLS na długości i okazywało się, że są w coraz lepszym stanie! :) Niestety, nie mam zdjęć z tego okresu i musicie mi uwierzyć na słowo.

Po tych kilku miesiącach umyłam jednak włosy szamponem. Dlaczego? Przy codziennym myciu mydło było po prostu męczące. Zmoczyć, namydlić, dokładnie spłukać, namydlić, płukać kilka minut, odżywka, śmierdząca płukanka z octu.

Te kilka miesięcy w zupełności wystarczyło, aby doprowadzić mój skalp do używalności. Włosy przestały wypadać. Wprawdzie nadal nie rosły nowe, ale tutaj poprawę przyniosła dopiero zmiana diety i wcierki, których wcześniej bałam się używać. Moja skóra głowy całkowicie przestała stwarzać problemy i obyło się bez krążenia po dermatologach. Nadal borykam się jedynie z przetłuszczaniem, ale jest coraz lepiej. :)


Mydełek z LF używałam także do mycia ciała, łącznie z higieną intymną, mycia twarzy, a także do kąpieli Zosi i mycia jej włosów. Były przy tym niesamowicie wydajne, jedna kostka przy codziennym stosowaniu przez nas dwie wystarczała na półtora miesiąca. Na moich włosach mydło pozostawiało osad, ale Zosiowe włosy wyglądały jak po szamponie i odżywce: błyszczące, elastyczne i zdrowe, łatwo się rozczesywały.

Podsumowując, plusy mycia włosów naturalnym mydłem LF:
  • doskonałe dla podrażnionej skóry głowy
  • same naturalne składniki
  • dostępny wersje również bez olejków eterycznych, czyli coś dla wrażliwców i małych dzieci
  • przystępna cena
  • doskonała wydajność
  • polski produkt
  • do wyboru kilka rodzajów mydeł w kostkach oraz w płynie, a także gotowe płukanki octowe.
Minusy:
  • mydło musi wyschnąć pomiędzy użyciami, potrzebna jest mydelniczka, która to umożliwi
  • trudniejsze w obsłudze od duetu szampon + odżywka
  • niektóre włosy wymagają przyzwyczajenia się do mydeł i przez pierwsze tygodnie wyglądają nieciekawie
  • na moich włosach mydło pozostawia osad, pozbawiając je blasku i objętości. Efekt mija po umyciu szamponem
  • dopiero od niedawna dostępne stacjonarnie (Lublin).

Pisałam kilka razy w komentarzach na Waszych blogach o mydłach w pielęgnacji włosów i spotykałam się z zainteresowaniem. W związku z tym jutro dla Was mydlana niespodzianka :)


Dobrego dnia, Dziewczyny! :)
 

poniedziałek, 16 września 2013

Mity o włosach (1). Zaplatane w warkocz szybciej rosną.

Dużo krąży w sieci, w czasopismach i w przekazie informacji o włosach, które na pierwszy rzut oka brzmią niewiarygodnie, albo i takich, które wyglądają na logiczne i prawdziwe, a okazują się wyssane z palca.

W cielęcych jeszcze latach, zanim zaczęłam się interesować włosami i później przygotowując się do pracy w salonie fryzjerskim, czasami spotykałam się z jakąś nowinką, która zbijała z nóg. Że włosy należy obcinać przed pełnią. Że podcinane szybciej rosną. Że ktoś ma gęste, bo w niemowlęctwie rodzice obcięli mu włosy maszynką. Że farba nałożona na włosy zmienia kolor naszych naturalnych włosów. I wiele innych, których teraz nie pamiętam.

Pomyślałam zatem, że korzystając ze swojej wiedzy (jakąś tam przecież posiadam), umiejętności obserwacji, ewentualnie bawiąc się w królika doświadczalnego lub wykorzystując w tej roli osoby trzecie, rozpocznę na blogu cykl postów rozprawiających się z mitami, lub też potwierdzającymi je. Mam nadzieję, że podoba Wam się ta koncepcja? Jeżeli spotkałyście się z jakimś mitem i chciałybyście,żebym go zweryfikowała, zostawcie proszę taką informację w komentarzu pod tym postem. Postaram się przygotować post o każdym micie, który Was interesuje, o ile nie będziecie proponować czegoś, co może wyrządzić trwałą krzywdę mnie lub innym.

Po tym przydługim wstępie zajmę się mitem, który poznałam niedawno, kiedy po niefortunnym cieniowaniu szukałam informacji na temat skutecznego przyspieszenia wzrostu włosów. Mianowicie, na którejś zagranicznej stronie znalazłam informację, że aby włosy rosły szybciej, należy je zawsze zaplatać w warkocz.

Brzmi jak bzdura, prawda? No bo co ma uczesanie do kondycji cebulek? Tak sobie pomyślałam i odłożyłam ten pomysł do przemyślenia później. Uznałam go za bubel, a także miałam zwyczajnie za krótkie włosy żeby zapleść je w jakikolwiek sposób.

Po głębszym przemyśleniu sprawy doszłam do wniosku, że coś tam jednak w tym zaplataniu i zapuszczaniu jest. No bo tak:
  • po pierwsze, jeżeli ktoś nosi włosy cały czas rozpuszczone, ich końce mogą się rozdwajać, niszczyć, łamać i wykruszać, czemu zaplatanie w dużym stopniu może zapobiegać. Efekt? Dłuższe włosy.
  • po drugie, robiłyście sobie kiedyś warkocz dobierany (francuski, belgijski, jakąś kombinację, wszystko jedno)? Osobiście uwielbiam to robić, ponieważ zaplatany umiejętnie, bez szarpania bardzo mnie relaksował. Takie przeplatanie, rozdzielanie włosów i ich przeczesywanie w trakcie robienia tej fryzury, to nic innego jak masaż skóry głowy. A masaż, jak wie każda szanująca się włosomaniaczka wspomaga ukrwienie skalpu, dostarcza cebulkom substancji odżywczych i w efekcie wspomaga wzrost włosa.
  • po trzecie, włosy splecione w warkocz optycznie są znacznie krótsze. Zatem jeżeli nosimy je spięte właściwie cały czas, podczas czesania łatwiej jest rozkoszować się faktem, jakie one jednak już są długie.
  • po czwarte, luźno spleciony warkocz jest doskonałą fryzurą dla długich, ciężkich włosów, ponieważ nie nadwyręża cebulek, bowiem ciężar czupryny rozkłada się w nim bardzo równomiernie. Szanując korzenie włosów zwiększamy żywotność pasm, a zatem również ich długość.
Niezależnie od przyspieszania wzrostu warkoczami, kiedy olejuję włosy na noc, zawsze zaplatam je w dwa warkocze, bo tak mi się po prostu wygodnie śpi.

Podsumowując, teorię o dobroczynnym wpływie warkoczy uważam za wiarygodną.

A ponieważ wszystkie lubimy oglądać piękne włosy i fryzury, mam dla Was kilka warkoczowych upięć, które szczególnie przykuły moją uwagę.



 



Ps. Jutro już wracam do szybkiego internetu. Będę mogła częściej pisać i więcej u Was spamować. ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...