środa, 4 września 2013

Ziołowy kompres – niezbędnik w mojej pielęgnacji włosów.

Moja skóra głowy przepada za ziołami. Poza szamponami i odżywkami ziołowymi dość popularne są także płukanki, których ja osobiście nie lubię. Zawsze zapominam zaparzyć zioła, albo zapominam ze je zaparzyłam, dzięki czemu przygotowany napar lub wywar jest zawsze za zimny albo za gorący, a nie lubię do pieczołowicie zaparzonych ziół dodawać chlorowanej wody z kranu, żeby zmienić temperaturę.

Poza tym przy płukankach albo ilość ziół, która ma kontakt ze skalpem jest niewielka, albo włosy na długości cierpią przesusz. Mam za krótkie włosy, aby udało mi się polać tylko skalp, a końcówki pozostawić suche.

Jakiś czas temu kupiłam przy okazji większych zakupów zioła indyjskie, brahmi, shikakai i amla. Przez jakiś czas gotowałam swój szampon, ale problem był taki sam jak przy płukankach :) Położyłam zioła na włosy „po indyjsku” i to było to! Uczyniłam to tym chętniej, że wcześniej farbując włosy Heenarą zanotowałam spadek wypadania włosów o 98% po jednym zabiegu! (Tak tak, to nie literówka. Po jednorazowej aplikacji zamiast 100 włosów wypadły mi 2).

Dzięki regularnej aplikacji włosy zaprzestały wypadania całkowicie, a po kilku tygodniach dosięgnął mnie wysyp baby hair (przy codziennym wsparciu wcierką Joanna Rzepa). Mimo, że wypadanie nie powróciło, nadal co tydzień nakładam kompresy ziołowe. Wierzę, że pomogą mi w zapuszczaniu, a także moja skóra wyjątkowo je lubi. :)

Po dość krótkim czasie zioła indyjskie mi się skończyły. Gdzieś mi się obiło o oczy/uszy, że ktoś stosuje w ten sposób zioła polskie, tylko mieli je w młynku. No bo czemu by nie? Przecież korzystne dla włosów zioła rosną nie tylko w Indiach. :) Kwestia cenowa również nie jest bez znaczenia: za 100 g Amli zapłaciłam 15 złotych plus wysyłka, polskie zioła kosztują od 1,70 do około 3 złotych za 50 g i odbieram je na miejscu w aptece. W związku z powyższym ostatnie kilka miesięcy to kompresy tylko i wyłącznie z polskich ziół.


Bohaterami dzisiejszego odcinka są: rozmaryn, korzeń łopianu, tatarak. Dwa pierwsze są moimi ulubieńcami, tatarak też ma podobne działanie, al nie lubię jego zapachu. Oczywiście testowałam i inne zioła: liść brzozy, liść orzecha włoskiego, szałwię, lipę, pokrzywę, skrzyp. Wy możecie użyć też bylicy bożego drzewka, mydlnicy, korzenia pokrzywy, kłącza perzu, szyszek chmielu i z pewnością też wielu innych. Pamiętajcie, żeby do każdej mieszanki dołożyć zioło, które ma działanie nawilżające. U mnie tę rolę pełni łopian, ale sprawdzi się także lipa lub siemię lniane.


 
Zaczynam: zioła mielę w młynku i przesiewam przez sitko. Dodaję solidną łychę miodu. Zazwyczaj dokładam też łyżeczkę kozieradki, kurkumy lub imbiru dla pobudzenia wzrostu, ale tym razem zapomniałam. Dolewam zimnej, przefiltrowanej wody aż do uzyskania konsystencji gęstego jogurtu, przykrywam talerzykiem i odstawiam na noc. Używam miski specjalnie do tego przeznaczonej i plastikowej łyżeczki. Metalowa pewnie też się nada, ale plastik na pewno nie wejdzie w żadną reakcję.



Rano trzeba dolać wody, bo zioła ją wypiły. Tam, gdzie pasta miała kontakt z powietrzem, zmienił się jej kolor. Dodaję też kilka kropli gliceryny, żeby ułatwić wnikanie korzystnych substancji w skórę. Uwaga! Jeśli dodacie jej zbyt dużo, pasta będzie śliska i nie będzie trzymać się włosów (tak jak to miało miejsce tutaj, jak chcę coś komuś pokazać, to koniecznie robię to źle). Może być także kwas hialuronowy lub olej. Pastę nakładam na suche lub zwilżone wodą różaną włosy, tylko u nasady. Jeżeli nie nakładałam oleju na końcówki na noc, teraz zabezpieczam je jakąkolwiek emolientową odżywką.

Zawijam głowę w folię spożywczą, tworząc taki przeuroczy turban:


 
Całość zwykle zawijam jeszcze w turban z mikrofibry, żeby zatrzymał ciepło i ewentualne sączenie się spod folii.

Mieszankę trzymam na włosach co najmniej 40 minut, choć zdarzyło mi się i 2 – 3 godziny i nie było negatywnych skutków ubocznych. :) Jeżeli farbuję włosy, jednym z ziół jest henna i od czasu do czasu rozprowadzam ją na całej długości włosów, poza tym wszystko przebiega identycznie.
Następnie delikatnie spłukuję. Zioła przy spłukiwaniu są bardzo tępe, dlatego robię to uważnie, by nie zniszczyć mechanicznie włosów. Nakładam obficie odżywkę i wmasowuję pozostałości ziół w skalp, korzystając z okazji do zrobienia peelingu. W przypadku henny nie używam odżywki i nie myję włosów przez dobę lub dwie. Po spłukaniu całości włosy wystarczy wysuszyć, nie wymagają już mycia szamponem.

Brzmi jak bardzo dużo zachodu po nic, prawda? Przecież chyba prościej zrobić płukankę? W takim razie na zachętę moje baby hair po 4 miesiącach regularnego „kompresowania”. Nie jest to przed i po, tylko dwa ujęcia z dzisiaj, na mokrych włosach.


Udało mi się kogoś przekonać? :)

Dobrego dnia!


EDIT: Ponieważ pojawiły się pozytywne opinie na temat samego pomysłu czuję się zobowiązana dopisać, że nie jest on mój. Pojawił się na przykład tutaj u Fellogen, a do samej systematyczności dała mi kopa Wiedźma, która także napisała mi sporo o ziołach. Wprawdzie próbowałam kompresów już wcześniej sama, ale ostateczną, skuteczną formę przybrały one dzięki wyżej wymienionym. :)

12 komentarzy:

  1. Uwielbiam rozmaryn i łopian:) Mam spore zapasy w domu:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaak, rozmaryn często otwieram i wącham bez powodu ;)

      Usuń
  2. Fajny patent :) Troche zachowu rzeczywiscie, ale widac warto. Kiedys musze wyprobowac koniecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam szczególnie przy walce z wypadaniem :)

      Usuń
  3. Fajne fajne :D
    Udało się przekonać i możliwe, że nawet wypróbuję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najwygodniej zacząć jednak od indyjskich, zmielonych na proszek, który tez jest trudniejszy do wypłukania z włosów niż odżywka (szczególnie shikakai), a później hardkorowo przejść do polskich ziół z drobinkami. Ja nie umiem tak zmielić, żeby było bez drobinek.

      Usuń
  4. Ale ciekawy pomysł! Chętnie wypróbuję jak uzupełnię zapasy ziół :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło :) Mój jest raczej opis niż sam pomysł :)

      Usuń
  5. Chętnie bym wypróbowała taką wersję dla włosów blond czyli szałwia, rumianek, nagietek, lipa i miód.
    Sęk w tym, że chyba za chiny bym nie wypłukała resztek paproszków sproszkowanych ziół a przesiewać je na amen to nie ma chyba w tym konkretnym przypadku sensu, ponieważ pozbawi się ziół wszysstkiego drogocennego. Jak zatem się uchronić przed tymi paprochami na skalpie/we włosach?:/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po prostu bardzo długo płuczę włosy. Jeśli coś się mocno "przyklei", pomaga też umycie włosów na długości odżywką. Nawet jeśli we włosach zostaną ze 2-3 paproszki, wypadną przy czesaniu.

      Usuń
    2. Dobra, spróbuję w weekend, najwyżej będę siedzieć i skubać resztki z włosów :) Dziękuję!

      Usuń
  6. To coś dla mnie:) Będę musiała się bliżej przyjrzeć tym ziółkom:)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...